Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anglojęzyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anglojęzyczne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 stycznia 2021

"The Seven Deaths Of Evelyn Hardcastle" oraz wielki powrót (???) Chmurzastego ☆ミ

    Dziwne doświadczenie miałam z tą książką. Zaczęłam ją czytać będzie już prawie z dwa lata temu, doszłam do dziewięćdziesiątej strony i przestałam z takiego czy innego powodu, nieważne. Jak widać nie wciągnęła mnie na tyle, żeby o niej pamiętać przez cały ten okres. W tym roku postanowiłam jednakże podoczytywać książki rozpoczęte kiedyś tam, w zamierzchłych czasach, i "The Seven Deaths Of Evelyn Hardcastle" na tej liście również się znalazła.

   O dziwo, mimo dosyć zagmatwanej już od pierwszych stron fabuły, pamiętałam mniej więcej, co się w książce działo. Ot, główny bohater budzi się w obcym sobie ciele, nie wie zupełnie gdzie jest, co się dzieje i dlaczego. Dowiaduje się natomiast dosyć szybko, że ma osiem wcieleń na odkrycie, kto stoi za morderstwem tytułowej Evelyn, inaczej nigdy nie wydostanie się z tego dziwnego miejsca i czasu. Żeby utrudnić sprawę, ma dwójkę rywali, którzy dążą do tego samego celu, a na dodatek ktoś czyha na jego życie.

   To, że po tak długim okresie pamiętałam, co się przez te dziewięćdziesiąt stron wydarzyło, powinno dać mi do myślenia. Początkowo jednak kontynuowanie czytania szło mi opornie i nawet wiem, dlaczego. Jako czytelniczka, która bardziej skupia się na postaciach niż na fabule, nie mogłam się przekonać do głównego bohatera. No bo jak tu go polubić, gdy nie dość, że nic o nim nie wiemy, to jeszcze on sam o sobie wie niewiele więcej, a dodatkowo przy każdym przeskoku do kolejnego ciała zmienia się w pewnym stopniu jego charakter (osoby, które użyczają mu "lokum", są delikatnie mówiąc mało sympatyczne). Zagmatwanie fabularne również nie pomagało, akcja pełzła naprzód w tempie, w jakim szło mi czytanie przez ostatnie lata (czytaj: ślamazarnym) i tak przy dwieście którejś tam stronie zastanawiałam się, czy to nadal zastój czytelniczy daje o sobie znać, czy też może książka ta jest po prostu nie dla mnie. 

   Na szczęście postanowiłam, że nie odpuszczę i dojdę do końca, choćbym miała skończyć zła na książkę jak osa, i dobrze zrobiłam! W którymś momencie nagle zaczęło mnie intrygować, w którą stronę pójdzie fabuła, główny bohater nabrał rumieńców, cała zgraja antypatycznych typów przebywających w domiszczu Blackheat, mimo iż coraz bardziej antypatyczna, zrobiła się ciekawsza. Zagadka śmierci Evelyn Hardcastle do końca książki pozostała dla mnie zagadką, nie będę bowiem udawać, że zgadłam co i jak. Owszem, parę niespodzianek nie było niespodziankowych, dosyć dobrze szło mi również łączenie w naszyjnik koralików porozrzucanych to tu, to tam przez autora. Głównego "złego" książki jednak nie odkryłam do końca i poczułam się w pełni usatysfakcjonowana tym, kto się nim okazał. Wyjaśnienie tego, czym jest Blackheat i kim jest główny bohater, również poszło zupełnie innym torem, niż się spodziewałam.

   Nie wiem, jak pod względem tłumaczenia wygląda polskie wydanie, ale Stuart Turton świetnie operuje językiem, jego proza jest jasna i przejrzysta, a przy tym po prostu ładna językowo. I tak, mimo, że zagmatwanie fabularne pierwszej połowy "Siedmiu śmierci..." może zniechęcić, a i fabuła do tych pędzących na łeb na szyję nie należy, warto dać książce szansę i przeczytać ją do końca. Polecam jednakże przygotować sobie duży kubek kawy tudzież herbaty, a dla mających problem z zapamiętywaniem nazwisk również kartkę papieru i długopis, żeby notować, w którym ciele w danym momencie przebywa bohater, kto się spotkał z kim i kiedy (sama tego nie zrobiłam i bardzo później żałowałam).


tytuł: The Seven Deaths Of Evelyn Hardcastle
autor: Stuart Turton
liczba stron: 528


ocena: ★★★☆☆ 1/2 (byłoby cztery, gdyby nie ciągnący się niemiłosiernie początek)




czwartek, 11 października 2018

Magia, miecz i fantastyka z lat siedemdziesiątych - Michael Moorcock "Elric of Melniboné"

   Znacie kanon fantastyki według Andrzeja Sapkowskiego? Z listą książek wybranych przez pisarza jako tych tzw. must read można polemizować, można się z nią nie zgadzać i zarzucać jej nieobecność nowszych, lecz już uznanych pozycji gatunku. Można ją potraktować również jako ciekawy zbiór tytułów, do których prawdopodobnie nigdy by się bez niej nie sięgnęło i które zaginęłyby w odmętach niepamięci, przynajmniej w przypadku młodszych czytelników. Ja sama, choć lat parę na karku już mam, z wieloma pisarzami z tego kanonu nie miałam dotychczas okazji się zapoznać, a o niektórych wręcz nie słyszałam. Ponieważ jednak wyzwanie książkowe Kirimy dotyczące czytania klasyki fantasy samo się nie zrobi, sięgnęłam do Sapkowskiej listy i wybrałam pozycję, o której słyszałam w zamierzchłych czasach swej młodości.

   "Elric z Melniboné", tytułowy bohater książki Michaela Moorcocka, to 428 władca narodu pradawnych istot zamieszkujących Smoczą Wyspę, albinos obdarzony potężną magią, a równocześnie żyjący tylko dzięki magicznym wywarom. Pełen moralnych i filozoficznych rozterek Elric różni się od pozostałych Melnibonczyków jak niebo od ziemi, co przysparza mu sporo problemów, zwłaszcza ze strony książęcego kuzyna Yyrkoona, który knuje i spiskuje, by przejąć tron i przywrócić Melniboné dawną potęgę i sławę. Młodego władcę wspierają jego ukochana (o ironio siostra Yyrkoona) i opiekun smoków, od których nazwę wzięła wyspa. I dobrze, że ma przy sobie Elric ludzi, którym może zaufać, bo przed nim walka z barbarzyńskimi najeźdźcami z południa, spotkania z dawnymi Władcami Chaosu i poszukiwanie pradawnych czarnych mieczy.

   Będzie krótko, bo i książka niedługa, zaledwie 160 stronicowa. "Elric of Melniboné" to pierwszy tom długaśnego cyklu fantasy w starym, dobrym klimacie fantastyki końca dwudziestego wieku. Potężni bohaterowie, otoczeni równie potężnymi sprzymierzeńcami i wrogami, a także pięknymi kobietami (a jakże), magia i miecz, mroczne bóstwa i przypadkowe przyjaźnie, wszystko to znajdziemy u Moorcocka. Czego drogi Czytelniku tu nie znajdziesz, to skomplikowanej fabuły, stopniowo rozwijających się wątków i szczegółowo opisanych zależności między bohaterami. Opowieść o Elricu to szereg epizodów, niby ze sobą powiązanych, ale tak naprawdę sprawiających wrażenie, jakby pisarz tworzył je na poczekaniu, bez większego planu. Jeden wynika z drugiego i nawet całkiem dobrze pasuje do całości? Świetnie, zostawiamy. O to, co będzie się działo w dalszej części historii pomartwimy się później.

   Także postaci są w większości typowe dla opowieści magii i miecza: dobrzy są dobrzy, źli są źli, barbarzyńcy są barbarzyńscy, a Władcy Chaosu odpowiednio chaotyczni. Całą zabawę z odcieniami szarości zostawił pisarz dla tytułowego Elrica, który jest bohaterem o tyle ciekawym, że wymykającym się łatwemu określeniu go mianem postaci negatywnej bądź pozytywnej. Próżno jednak szukać wielkiego rozwinięcia pomysłu na tego albinoskiego władcę, bo nie ma na to czasu w tak krótkiej książce. Zakładam jednak, że w dalszych tomach cyklu autor rozwinął tkwiący w nim  potencjał i stanie się Elric naprawdę interesującym bohaterem.

   Będę szczera - "Elric of Melniboné" nie jest dobrą literaturą. Warsztat pisarza niekiedy kuleje, akcja rozwija się bardzo schematycznie i całość ratuje właściwie tylko dobry język i główny bohater. Mimo tego te sto sześćdziesiąt stron zapewniło mi sporo dobrej zabawy, zaprawionej nutką nostalgii za czasami, kiedy zaczytywałam się chociażby opowieściami o Conanie z Cimmerii. Czy polecam książkę Moorcocka? Tak, ale tylko tym, którzy tak jak ja z rozrzewnieniem wspominają literaturę inną niż dzisiejsze rozbudowane i skomplikowane historie fantasy, a także wszystkim, którzy mają ochotę na krótką, lekką i niewymagającą wielkiego udziału mózgu lekturę. Ja sama po kolejne tomy cyklu prawdopodobnie sięgnę, bo jako wypełniacze czasu między jednym książkowym grubaskiem a drugim na pewno świetnie się sprawdzą.



tytuł: Elric of Melniboné
cykl: The Elric Saga (vol.1)
autor: Michael Moorcock
liczba stron: 160



ocena: ★★★☆☆ (tylko ze względu na nostalgię, inaczej byłoby o jedną gwiazdkę mniej)

sobota, 8 września 2018

Sierpniowe podsumowanie czytelnicze ☆ミ

   Wakacje, wakacje i po wakacjach. Znaczy dla tych, którzy je mieli, dla mnie bowiem sierpień był miesiącem wytężonej pracy, gdyż szczyt sezonu jak nie chciał się skończyć, tak nadal nie chce. Sierpniowy wynik uważam w związku z tym za sukces, biorąc pod uwagę brak czasu  i gorąco nie sprzyjające lekturze.

   Sierpień zakończyłam wynikiem ośmiu przeczytanych książek, a dodatkowo udało mi się również dołożyć do stosiku trzy mangi. Językowo po raz pierwszy od dłuższego czasu przeważają książki po polsku, bo zaplątały się wśród nich zaledwie dwie pozycje anglojęzyczne i dwie po japońsku. Gorzej wygląda ta statystyka w narodowości autorów, bo tylko troje (niech będzie czworo) z nich to moi rodacy.

   Jeżeli chodzi o gatunki, to fantastyka wygrywa na całej linii, choć i kryminał, i literatura faktu również się pojawiła. Ale od początku.

    


  • Miesiąc rozpoczął się od klasyki horroru s-f, czyli "Inwazji porywaczy ciał" Jacka Finneya. Zaskakująco zabawna i lekko opowiedziana, choć przecież dotycząca inwazji kosmicznych kokonów na naszą ukochaną planetę, cudownie wydana przez wydawnictwo Vesper książka to szybkie, przyjemne czytadło w sam raz na letnie upały.
  • Równie lekka (w dialogach, bo bynajmniej nie w akcji) druga część cyklu Sebastiena de Castella przyniosła emocje zgoła inne. W "Cieniu rycerza" bowiem Falcio val Mond, kantor Wielkich Płaszczy, doświadcza takiego sadyzmu autora, że moje słabe serce ledwo to zniosło. Aż strach się bać, co będzie się działo w kolejnych częściach!
  •  "Kolor z innego wszechświata" Tanabe Gou to jedyna w tym zestawieniu manga w języku polskim, oparta na opowiadaniu H. P. Lovecrafta. Oryginał uwielbiam za ponurą, nieprzyjemną (aż chciałoby się rzec, bluźnierczą) atmosferę i z przyjemnością muszę stwierdzić, że udało się panu Tanabe w jego komiksie wspaniale ją oddać, mimo paradoksalnego braku koloru.

   
      

   Pora na polskich autorów i autorki. Mamy tutaj miszmasz gatunkowy i wiekowy, a na dodatek przeważają panie.
  • "Szamanka od umarlaków", pierwsza część cyklu Martyny Raduchowskiej to książka z gatunku urban fantasy, do którego często nie sięgam, i być może to właśnie miało wypływ na mój odbiór tej pozycji. Widzę tu potencjał językowy i fabularny, ale niestety nie do końca spełniony. Żeby nie było, po drugą część na pewno sięgnę, bo mam nadzieję na rozwinięcie pomysłu, który autorka miała bądź co bądź przedni.
  • Dla odmiany "Tajemnica Diabelskiego Kręgu" Anny Kańtoch, choć stworzona z myślą o młodszym czytelniku, niezwykle przypadła mi do gustu pod każdym względem. Świetny język, świetny pomysł, a przede wszystkim świetna atmosfera, a wszystko to zawarte w opowieści o wakacyjnej przygodzie i aniołach.
  • Do recenzji "Seansu w Domu Egipskim" zabieram się i zabieram i na pewno powstanie, bo mam parę rzeczy (w dużej mierze bardzo pozytywnych) do powiedzenia na temat opowieści Maryli Szymiczkowej, a raczej jej stwórców Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego. Na razie powiem tylko, że udało się panom napisać świetny kryminał z przełomu XIX i XX wieku, a Profesorowa Szczupaczyńska będzie dla mnie musiała rozwiązać jeszcze niejedną zbrodnię.
 
   Pora na dwie książki anglojęzyczne, różne jak niebo i ziemia. I choć tylko jedna z nich podbiła moje serce na amen, obie przyniosły mi dużo przyjemności z czytania.
  • "The Song of Achilles" Madeline Miller to, obok "Terroru" Dana Simmonsa, zdecydowanie moja ulubiona książka tego lata. Przyznaję bez bicia, tylu chusteczek podczas czytania nie zużyłam już dawno. Historia Patroklosa i Achillesa opowiedziana na nowo sprawiła, że z bardzo dużą nadzieją patrzę w niedaleką przyszłość, gdy sięgnę po "Kirke" tej autorki. 
  • W przeciwwadze do poważnej "Pieśni o Achillesie", "City of Ghosts", najnowsza książka Victorii Schwab, znanej polskim czytelnikom przede wszystkim z cyklu o "Odcieniach magii", to powieść przeznaczona dla młodszych czytelników, opowiadająca losy Cass, dziewczynki, która widzi duchy. Choć docelowy odbiorca podobny jest do książki Anny Kańtoch, pani Schwab postawiła na akcję i lżejszy nieco ton, co zresztą świetnie wpisuje się w konwencje literatury dla młodszej młodzieży.
   

   Ostatnie pozycje, które dopełniły sierpniowego stosiku książek przeczytanych, to "Demonolodzy" Geralda Brittle'a oraz piąty i szósty tomik mangi "Shinrei Tantei Yakumo". Pierwsza z nich poświęcona jest Edowi i Lorraine Warrenom, usankcjonowanej przez Watykan parze demonologów, którzy opowiadają o sprawach przez siebie prowadzonych, w tym wszelkiego typu opętaniach, nawiedzeniach, itp. Ciekawe, niekiedy trochę przerażające relacje małżeństwa to świetna lektura na Halloween, szkoda, że sama nie poczekałam z czytaniem do jesieni. Jeśli chodzi o mangę, to przyznaję bez bicia, wiek mój daje mi się we znaki między innymi płakaniem na zupełnie płaczu nie wymagających scenach. Przygody Yakumo i jego ferajny nadal przynoszą mi sporo radochy i we wrześniu na pewno będę kontynuować tę serię, tym bardziej, że kolejne dwa tomiki mam już na podorędziu.

   Podsumowanie gwiazdkowe
dwie książki ★★★
dwie książki ★★★ 1/2
sześć książek ★★★★
jedna książka ★★★★★

   Jak widać pod względem oceny sierpień był miesiącem udanym i nawet pozycje najniższe w rankingu dostały trzy gwiazdki. Mogę sobie tylko życzyć, by i wrzesień był równie zagwiazdkowany.

   Co do postanowień noworocznych, to o ile to dotyczące czytania polskich autorów wypadło więcej niż zadowalająco, o tyle book haul lipcowy całkowicie mnie pokonał i na trzynaście zdobytych w tym miesiącu pozycji, w sierpniu udało mi się przeczytać całe dwie. Wstyd, hańba i poruta, posypuję głowę popiołem i obiecuję poprawę!



   Jak wypadają Wasze stosiki przeczytanych pozycji? Czy urlopy tudzież wakacyjne wypady sprzyjały czytaniu, czy też brakło na nie czasu w natłoku wrażeń? Dajcie znać, z chęcią zobaczę, co tam ciekawego znalazło się w Waszych podsumowaniach.
  



wtorek, 4 września 2018

Brak mi słów, czyli book haul - sierpień 2018 ☆ミ

   Dwadzieścia jeden! Dwadzieścia jeden książek, które zalegają na podłodze, na biurku, pod biurkiem, na parapecie i oczywiście na półkach. Tak, w sierpniu z okazji szczytu sezonu dostałam dobrą wypłatę, ale dwadzieścia jeden? Ludzie, powstrzymajcie mnie!

   Obowiązkowe narzekania odwalone, pora przejść do sierpniowego szału zakupowego. Niby sezon ogórkowy, niby same wznowienia, a jednak z powodu wszelkiego typu promocji, którymi zasypywały nas wydawnictwa, udało mi się zdobyć multum ciekawych książek, zarówno w wersji tradycyjnej, jak i elektronicznej. Wygląda to tak:
  • pięć książek po angielsku, w tym jedna, którą już posiadam w wersji elektronicznej, ale i papierową mieć musiałam,
  • osiem ebooków, wszystkie po polsku (w tym pięć polskich autorów),
  • sześć książek po polsku (tutaj tylko jedna rodzimego twórcy),
  • jeden komiks po polsku,
  • jedna manga po japońsku.

   Uff, długa ta lista.

   Zacznę od pierwszej zdobyczy sierpniowej, którą był trzydziesty trzeci tomik mojej ukochanej mangi "Haikyuu!!". Może się to wydawać niemożliwe, ale jeszcze tego i poprzedniego tomiku nie przeczytałam. Powód jest jeden: niedługo zaczynają się Mistrzostwa Świata w siatkówce, co oznacza dużo kibicowania, ogrom emocji i mało okazji do czytania. Między jednym meczem a drugim jak znalazł będzie za to manga tej dyscyplinie sportu poświęcona. Czyż nie wspaniale to sobie wymyśliłam? Tak swoją drogą powinnam była o braku czasu z okazji mistrzostw pomyśleć podczas robienia zakupów, bo naprawdę, kiedy ja mam to wszystko przeczytać?!?

   "The Song of Achilles" Madeline Miller już od dawna posiadałam na czytniku i właściwie nie planowałam kupowania wersji papierowej. A potem książkę przeczytałam i całkowicie przepadłam. To bez wątpienia jedna z ulubionych pozycji tego roku i jako taka w stu procentach zasługiwała , żeby zająć zaszczytne miejsce w moim księgozbiorze. 

   Podobnie jak większość książek anglojęzycznych zamawiałam "Pieśń o Achillesie" z BookDepository, skorzystałam więc z okazji i po promocyjnej cenie wrzuciłam do koszyka również "Do Androids Dream Of Electric Sheep?" Philipa K.Dicka. Nie miałam jeszcze okazji zapoznać się z oryginałem historii znanej mi z filmu, dlatego bardzo się ucieszyłam, że udało mi się ją zdobyć po pieniądzach. A że okładka filmowa? Cóż, przeżyję.

   Dwudziestego ósmego sierpnia miała premierę pierwsza dziecięca książka Victorii Schwab. Lubię język pani Schwab, lubię jej wyobraźnię, ciekawa jednak byłam, jak poradzi sobie na gruncie literatury dla młodszej młodzieży. "City Of Ghost" na szczęście okazało się bardzo przyjemną, wciągającą opowieścią i już wiem, że z chęcią przeczytam następne jej części. Do koszyka włożyłam na dokładkę "The Dark Vault" tejże autorki, będące połączonym wydaniem dwóch książek z cyklu "The Archive", których nie miałam jeszcze okazji przeczytać, a na dodatek okraszonych do tej pory nie publikowaną krótką historią rozgrywającą się w tym świecie. No i jak tu nie skorzystać? Nie wiem co prawda, czy dam radę przeczytać tę książkę do końca roku, bo za niecały miesiąc premiera "Vengeful", na którą nie mogę się doczekać, ale lepiej mieć książkę na wszelki wypadek, bo a nuż będę miała za dużo wolnego czasu (ha).

   Ostatnim anglojęzycznym zakupem, a zarazem jedną z dwóch pozycji połączonych osobą autora, jest "Complete Cthulhu Mythos Tales" H.P.Lovecratfa. Bez wątpienia to jedna z najpiękniejszych książek, jakie posiadam i warta była każdego grosza, który na nią wydałam. Ta skórzana okładka! Te złote tłoczenia! Ten Cthulhu, przewiercający czytelnika wzrokiem! Cudo, po prostu cudo. 

   Na fali lovecraftowskiej postanowiłam również zapoznać się z komiksową wersją jednego z najciekawszych i najbardziej nieprzyjemnych opowiadań samotnika z Providence i tym sposobem w sierpniowym stosiku zagościł "Kolor z innego wszechświata" Tanabe Gou. Przyznam, że podchodziłam do niego z ostrożnością, na szczęście okazało się jednak, że rysownikowi udało się oddać ponurą, dziwaczną atmosferę opowiadania i komiks dołącza do mojej ciągle powiększającej się kolekcji lovecraftowskich cudów.

   Sierpień w ogóle obfitował w pozycje natury "nie z tego świata". No bo jak inaczej określić książkę Geralda Brittle'a "Demonolodzy", poświęconą małżeństwu Eda i Lorreaine Warrenów, którzy zajmowali się tą właśnie profesją? Lektura to ciekawa i wciągająca, choć tematyką bardziej pasująca do jesiennych, halloweenowych TBRów. Recenzja się pisze i mam nadzieję, że napisze już wkrótce. Podobnie zresztą jak ta poświęcona "Seansowi w Domu Egipskim" Maryli Szymiczkowej (tudzież Jacka Dehnela i Pitra Tarczyńskiego, jak kto woli). Egzemplarz tego przesympatycznego kryminału wygrałam w konkursie instagramowym i po przeczytaniu mogę powiedzieć z czystym sercem, że Profesorowa Szczupaczyńska zawojowała moje serducho swoim ironicznym poczuciem humoru i inteligencją, i z pewnością nie jest to ostatnie moje z nią spotkanie.

   Kolejne cztery pozycje to efekt oglądania filmików Anity z Book Reviews by Anita. Osóbka ta poinformowała widzów bowiem o świetnej promocji na stronie Galerii Książki, gdzie wszystkie cztery tomy cyklu "Siedem Królestw" kosztowały po 10 złotych. Grzechem byłoby nie skorzystać (choć nie powiem, żebym przed oglądnięciem filmiku wiedziała, że ten cykl został w ogóle w Polsce wydany), dlatego też stos podłogowych grubasków powiększył się do rozmiarów niebezpiecznych dla każdego, kto się do niego zbliży.

   Pora na książki elektroniczne, których również nazbierało się od groma. Wszystko przez odkrycie przeze mnie portalu Publio, który akurat w momencie, gdy na niego po raz pierwszy trafiłam, w promocji zamieścił publikacje wydawnictwa Uroboros po bodajże jedenaście złotych.


   Trzy z nich już za mną i choć "Szamanka od umarlaków" Martyny Raduchowskiej nieco mnie rozczarowała, to już "Tancerze burzy" Jaya Kristoffa i "Tajemnica Diabelskiego Kręgu" Anny Kańtoch spodobały mi się na tyle, że myślę o zakupie kolejnych części, tym razem w wersji papierowej. Przede mną wciąż "Przeklęci święci" Maggie Stiefvater, o której słyszałam mnóstwo sprzecznych opinii, oraz "Triskiel. Gwardia" Krystyny Chodorowskiej, o której dla odmiany słyszałam bardzo niewiele.


   Na zakończenie ebookowego miesiąca skusiłam się jeszcze na "Katar" i "Kongres futurologiczny" Stanisława Lema, bo wstyd nie znać niczego naszego czołowego twórcy fantastyki naukowej, a także na "Morderstwo w pociągu" Kerry Greenwood, bo bardzo lubię serial o "Zagadkach kryminalnych Panny Fisher" i ten leciutki kryminał będzie jak znalazł na długie, jesienne wieczory.

   Chciałabym powiedzieć, że we wrześniu będzie spokojniej i że na pewno nadgonię z czytaniem pozycji ze stosików (bo niestety więcej ich niż jeden) hańby, ale brzydzę się kłamstwem, więc nie powiem. 


   Dajcie znać, jak wyglądają Wasze zakupy sierpniowe, a jeśli czytaliście którąś z wymienionych pozycji, podzielcie się swoją opinią. Do zobaczenia za miesiąc! (znaczy z book haulem, bo zaległe recenzje się piszą)  





sobota, 28 lipca 2018

Tragiczna wyprawa w góry Ural - Donnie Eichar "Dead Mountain"

   Wędrowanie wśród szczytów, wspinaczka wysokogórska, przeprawa przez trudno dostępne tereny - nawet teraz, z wysokiej klasy sprzętem na podorędziu, stanowią ogromne wyzwanie fizyczne i psychiczne, łatwo więc sobie wyobrazić, jak wielkim samozaparciem i odwagą musieli wykazywać się ludzie, którzy podejmowali ten trud kilkadziesiąt nawet lat temu. Tym bardziej, że górska przyroda i pogoda potrafią być kapryśne i okrutne, zwłaszcza zimą. Ile to już ofiar pochłonęły przepiękne, lecz niedostępne szczyty i zdradliwe rozpadliny! Nawet niższe stoki potrafią być śmiertelnie niebezpieczne w specyficznych warunkach pogodowych, o czym przekonali się na własnej skórze bohaterowie historii przedstawionej w opowieści o "Martwej Górze".

   Książka Donniego Eichara "Dead Mountain: The Untold True Story Of The Dyatlov Pass Incident" poświęcona jest wyprawie w góry Uralu dziewięciu młodych ludzi, która niestety skończyła się tragicznie, a na dodatek powód śmierci wędrowców przez dziesiątki lat owiany był tajemnicą, niezliczonymi teoriami spiskowymi, a nawet plotkami o UFO. W luty 1959 roku dziesięciu przyjaciół z Uralskiego Instytutu Politechnicznego w Swierdłowsku, doświadczonych wspinaczy i wędrowników, wyruszyło w góry Uralu, by zdobyć szczyt Otorten. Trasa, którą sobie zaplanowali, w zimowych warunkach należała do najtrudniejszych możliwych. Grupa, składająca się początkowo z ośmiu mężczyzn i dwóch kobiet, zmniejszyła się o jedną osobę, kiedy Jurij Judin zmuszony był do porzucenia wędrówki ze względów zdrowotnych. Pozostała dziewiątka dotarła niemal do celu podróży, lecz ze względu na trudne warunki pogodowe musiała rozbić obóz na zboczu góry Chołatczachl (tytułowa Martwa Góra w języku tubylców). Tam Igor Diatłow i jego przyjaciele zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach, a poszukiwania i następujące po nich śledztwo toczone w sprawie ich śmierci dostarczały coraz to nowych tajemnic.

   Donnie Eichar, amerykański producent filmowy i telewizyjny, zafascynowany historią przełęczy Diatłowa postanowił spróbować dojść do przyczyn śmierci uczestników wyprawy (a raczej okoliczności, w których ona nastąpiła), zapoznając się z dostępnym materiałem dowodowym, rozmawiając z rodzinami ofiar i Judinem, a także wybierając się w podróż śladami zmarłych studentów i konsultując wyniki swoich wypraw ze specjalistami w różnych dziedzinach. Do jakich wniosków doszedł, nie będę Wam zdradzać, ale brzmią one całkiem przekonująco, a zarazem zaprzeczają wszelkiego typu hipotezom o podłożu spiskowym czy paranormalnym.

   Co podobało mi się w książce najbardziej, to sposób, w jaki autor przybliża nam sylwetki uczestników tragicznej wyprawy, posługując się fragmentami ich pamiętników, dużą ilością zdjęć oraz obrazem wyłaniającym się ze wspomnień ich rodzin i przyjaciół. Robi to w niezwykle prosty, sympatyczny i przekonujący sposób, malując przed nami portrety zwykłych młodych ludzi, zapalonych turystów i przede wszystkim przyjaciół na dobre i złe. Wydaje mi się, że był to chyba najlepszy sposób na uczczenie ich pamięci i opowiedzenie o ich ostatnich chwilach.

   Książka podzielona jest na rozdziały poświęcone samej wyprawie, rozdziały dotyczące akcji poszukiwawczej i następującemu po niej śledztwu, a także dziejącej się współcześnie podróży Eichara do Rosji i próbom rozwikłania zagadki przełęczy Diatłowa. Dzięki temu czytelnik nie gubi się w zalewie rosyjskich nazwisk i dat, w czym pomagają również znajdujące się na końcu książki wykaz osób i chronologiczna lista wydarzeń. Ogromnym plusem są również dziesiątki archiwalnych zdjęć, na których widzimy uśmiechniętych i wygłupiających się młodych ludzi, którzy tak naprawdę niczym nie różnią się od dzisiejszych studentów wypełnionych radością życia i wiarą w siebie. Zresztą książka jest świetnie wydana: pod obwolutą znajduje się twarda okładka z reprodukcją zdjęcia góry Chołatczachl, a śnieżnobiałe strony i czcionka przypominają nieco dokumenty pisane na maszynie.

   Rekonstrukcja ostatnich chwil grupy Diatłowa i ostateczna teoria Donniego Eichara na temat tego, co ich spotkało, zawarta jest w ostatnim rozdziale książki. Brzmi przekonująco, podparta jest naukowymi badaniami, ale pamiętać należy, że nigdy tak naprawdę nie dowiemy się, czy jest tą prawdziwą. Zbyt wiele czasu minęło od tamtych wydarzeń, zbyt wiele nieścisłości pojawiło się chociażby w sprawie datowania wydarzeń, nie mniejszą przeszkodą jest również nieudostępnienie dziennikarzom śledczym niektórych państwowych informacji niejawnych. Niemniej jednak ja osobiście po zakończonej lekturze poczułam się usatysfakcjonowana historią przedstawioną przez Eichara i nie żałuję ani jednej minuty spędzonej na Martwej Górze.



tytuł:  Dead Mountain: The Untold True Story Of The Dyatlov Pass Incident
autor: Donnie Eichar
wydawnictwo: Chronicle Books
liczba stron: 288



ocena: ★★★☆☆ 1/2

wtorek, 3 lipca 2018

Niezakupowy book haul - czerwiec 2018☆ミ

   Czerwiec (podobnie jak początek lipca) minął mi pod znakiem Mundialu i Ligii Narodów w siatkówce, w związku z czym nie miałam czasu ani na czytanie, ani na pisanie. Na dodatek nałożyłam na siebie zakaz zakupów książkowych, dzięki czemu w mojej biblioteczce pojawiły się wyłącznie mangi, e-booki za przysłowiową złotówkę i książki dostane z różnych okazji. Mogę więc z dumą stwierdzić, że udało mi się przeżyć bez kupowania nowych pozycji, co godne pochwały jest tym bardziej, że w czerwcu ukazało się multum nowych książek, na widok których aż ślinka mi ciekła.

   Co w takim razie znalazło sobie drogę w moje ręce?

   Zaraz na początku miesiąca przyszło do mnie "Gałęziste" Artura Urbanowicza, które miałam wcześniej okazję przeczytać w formie elektronicznej, ale autor był tak miły, że wysłał mi również wersję papierową. Lubię wracać do książek, nawet jeśli nie były one dla mnie pozycjami pięciogwiazdkowymi, a poza tym pięknie się "Gałęziste" będzie prezentować na półce.

   Kolejną pozycją, którą otrzymałam, tym razem w konkursie instagramowym (pierwszą od początku mojej przygody z tą platformą), jest "Twarz Grety di Biase" Magdaleny Knedler. O dziwo, mimo że zazwyczaj nie czytam literatury obyczajowej, mam wielką ochotę zabrać się za tę książkę, tym bardziej, że podobno część dzieje się we Włoszech, z którymi mam wspólną historię, choć to rozmowa na inny czas.

   Ponieważ ręce świerzbiły mnie do wydania pieniędzy, a chciałam jednak wytrwać w postanowieniu nie kupowania książek, zdecydowałam się na zaspokojenie moich potrzeb zakupowych w Book Offie, gdzie nabyłam tomy 2, 3 i 4 mangi "Shinrei Tantei Yakumo". Pierwszy tom był całkiem wciągający, w związku z czym stwierdziłam, że lepiej zaopatrzę się w większą ilość. Na niewiele się to zdało, wszystkie trzy tomiki przeczytałam w jeden dzień. No cóż, życie.

   Jak to się stało, że zakaz zakupowy nie objął e-booków? Ano tak, że koleżanka, z którą znam się od czasów stypendium w Japonii i z którą łączyło mnie zamiłowanie do japońskich zespołów rockowych, wydała w czerwcu książkę pod tytułem "Guardians", która jest pierwszym tomem w jej debiutanckiej serii zatytułowanej "Reverberations". Powiedzcie sami, jak mogłam jej nie wesprzeć i nie kupić tego e-booka, no jak? Opowieść o zespole visualowym zyskującym super moce w stylu magical girls (tudzież boys w tym przypadku) brzmiała jak coś w sam raz na letnie, leniwe popołudnie i rzeczywiście, spełniła swoje zadanie. Bawiłam się przy niej wyśmienicie, bo choć nie jest to literatura najwyższych lotów, to dostarczyła mi sporo radości choćby ze względu na swoją tematykę.

   Końcówka miesiąca okazała się nie mniej bogata w zdobycze. Najpierw z okazji Dnia Ojca dostałam od taty (wiem, nie powinno tak to działać, ale darowanemu koniowi i tak dalej) książkę dobrze wpisującą się w moje dalekowschodnie zainteresowania. "Istota ryżu. O duszy japońskiego jedzenia" Michaela Bootha brzmi przepysznie, choć o ile mi wiadomo autor znęca się w niej nad japońskim curry, co uważam za bluźnierstwo. Cóż, o gustach nie tylko kulinarnych się nie dyskutuje.

   Przy kolejnym pobycie w Japonii kontynuowałam serię zakupów mangowych z następnymi czterema tomikami "Shinrei Tantei Yakumo", mam nadzieję, że tym razem starczą na dłużej. Może powinnam je sobie dozować, jeden tomik na tydzień?

   Nie mogłam się również oprzeć e-bookowi będącemu połączeniem opowieści o Sherlocku Holmesie i lovecraftowskich Przedwiecznych, o znamiennym tytule "Shadows Over Baker Street: New Tales of Terror!". Brzmi pulpowo? Mam nadzieję, że takim właśnie się okaże! Od czasu do czasu nachodzi mnie bowiem ochota na literaturę nie najwyższych lotów, ale za to jakże zabawną i dostarczającą przyjemności.

   Ostatniego dnia miesiąca, zaraz po powrocie z Japonii, wyciągnęłam ze skrzynki ostatnią już pozycję, czyli "Horyzont umysłu" Thomasa Arnolda, którą dostałam do recenzji od samego autora. Mam nadzieję zabrać się za nią na początku lipca, choć przypuszczam, że dopóki nie skończą się Mistrzostwa Świata w piłce nożnej, dopóty z moim czytaniem będzie kiepsko.

   Podsumowując, nie kupując ani jednej książki papierowej i tak zdobyłam ich cztery, rozmangowałam się na całego z siedmioma tomikami opowieści o detektywie medium, a także wspomogłam koleżankę w początkach jej drogi pisarskiej. No i nie zapominajmy o najbardziej znanym detektywie na świecie, który musiał się będzie zmierzyć z Cthulhu!


   A jak prezentują się Wasze czerwcowe stosiki? Równie różnorodnie, czy jednak bardziej uporządkowanie i z sensem?

środa, 6 czerwca 2018

Majowe podsumowanie czytelnicze ☆ミ

   Podsumowania czytelnicze i nie tylko, jak się zaraz okaże.

   Zanim jednak przejdę do podsumowań, chciałabym Was wszystkich poinformować, że stało się nieprawdopodobne - założyłam stronę na facebooku i konto na Instagramie! Ja, która czuje się w odmętach mediów społecznościowych jak nie przymierzając struś w morzu. Czytaj, niezbyt dobrze. Chmurzaste Zaczytanie na facebooku to przede wszystkim dobry sposób na śledzenie nowych wpisów, bo wiele więcej się tam nie dzieje i raczej dziać nie będzie. Za to prowadzenie konta instagramowego powoli zaczyna mi się bardzo podobać, dlatego serdecznie zapraszam do podziwiania moich "arcydzieł" sztuki fotograficznej, mam nadzieję, że z każdym kolejnym zdjęciem będzie tylko lepiej.

   Autopromocji koniec, czas na podsumowanie.

   Maj był miesiącem ogromnej ilości zakupów, o których możecie przeczytać we wpisie book haulowym, szybkiego czytania na początku miesiąca, kiedy to w dziesięć dni przeczytałam sześć z jedenastu skończonych pozycji, mniejszej ilości recenzji ze względu na brak czasu i jednego bardzo miłego spotkania. Ale od początku.

   Piękny, wiosenny maj skończyłam jedenastoma przeczytanymi pozycjami, w tym:

  • dwoma mangami po japońsku,
  • dwoma książkami po angielsku (coś wyjątkowo mało, jak na mnie),
  • siedmioma książkami po polsku.
   Może zacznę od mang, o których wiele tu pisać nie będę. 

   "Ojisama to Neko" Sakurai Umi to przesłodka, prześliczna opowiastka o przyjaźni grubiutkiego kota i starszego pana, wpis pełen zachwytów i rozpływania się możecie przeczytać tutaj. Jeśli chodzi o "Haikyuu!!" vol.31 to jak zwykle było sportowo, z dużymi emocjami i mniejszą niż zazwyczaj dawką humoru, ale w końcu grają chłopcy w najważniejszych w ich szkolnym życiu zawodach, więc ten tego. 


   Wyjątkowo skromnie przedstawia się lista książek anglojęzycznych, bo zamyka się w zaledwie dwóch pozycjach. 

   "Morning Star" to świetne zakończenie trylogii "Red Rising" Pierce'a Browna, nic tylko życzyć sobie, żeby więcej serii kończyło się tak dobrą odsłoną. Recenzję mam w planach od miesiąca, ale biorąc pod uwagę, jak wyglądać będzie początek czerwca, jeszcze trochę potrwa, zanim będziecie ją mogli przeczytać. 

   Druga z książek w języku Shakespeara to zbiór opowiadań "Meet Cute" różnych autorów. Właściwie nie mam wiele do powiedzenia o tym e-booku, bo w takiej formie go przeczytałam. Ot, krótkie, niezbyt skomplikowane i w większości zupełnie przeciętne opowiadania o momentach, w których bohaterów trafia strzała amora, a przynajmniej bardzo blisko nich przelatuje. 


   Przechodzimy wreszcie do największej grupy, czyli książek przetłumaczonych na bądź napisanych po polsku. Tutaj rozrzut panuje spory, od thrillerów przez standardową u mnie fantastykę, do urban fantasy w wykonaniu Marty Kisiel. 

   Miesiąc rozpoczął się z przytupem, bo od "Legionu" Brandona Sandersona. Zbiór dwóch opowiadań o losach mężczyzny, w którego głowie żyje zbyt dużo innych osób, wypełnionych typowym dla Sandersona humorem i niezwykłą wyobraźnią podsumować mogę dwoma słowami: chcę więcej! 

   Po tej odrobinie fantastyki naszła mnie ochota na coś innego, najlepiej z trupem w tle, w związku z czym sięgnęłam po "Kobietę w oknie" A.J.Finna i "Nocny film" Marishy Pessl. Obie książki, o których było dosyć głośno w środowisku booktuberskim i blogowym, zawiodły niestety pokładane w nich nadzieje. W obu podobał mi się język autorów i sam pomysł, obie miały również sporo słabszych punktów, które zaważyły na bardzo przeciętnej ocenie. 

   Następna w kolejce książka to baśniowa opowieść z dawnej Rosji, oparta i czerpiąca garściami z folkloru rosyjskiego, prosta, ale niezwykle urokliwa. Mowa o "Niedźwiedziu i słowiku" Katherine Arden. Pomijając zachwycającą okładkę, sama opowieść również chwyciła mnie za serce, przede wszystkim dzięki temu, że przeniosła mnie w czasy dzieciństwa, kiedy to zaczytywałam się w baśniach z różnych stron świata. Nie jest to książka bez wad, ale czyta się ją niezwykle przyjemnie i z czystym sumieniem mogę polecić na spokojne, późnowiosenne wieczory, tudzież leżakowanie w słoneczne popołudnia w ogrodzie.

   Najsłabszą książką przeczytaną w maju, pod pewnymi względami gorszą nawet od zupełnie przeciętnego "Meet Cute" był "Pierwszy róg" Richarda Schwartza. Ależ się na niej zawiodłam! Nie od strony treści, bo ta była ciekawa, nie od strony wykonania, bo napisana była dowcipnie i lekkim piórem, lecz od strony prowadzenia bohaterów i ich specyficznego spojrzenia na pewne kwestie. Więcej wkurzeń w recenzji.

   Na szczęście dobry honor fantastyki uratował Brian McClellan z "Obietnicą krwi". Można napisać dobrą, wciągającą fantastykę bez wszechobecnych cycków i gwałtów? Można. Na dodatek z magią do tej pory niespotykaną w tym gatunku literackim i ciekawymi głównymi bohaterami, którzy może i nie są zbyt sympatyczni, ale i tak trzyma się za nich kciuki.

   Na zakończenie miesiąca zostawiłam sobie książkę, na którą sporo czekałam i o której słyszałam same pozytywne opinie. "Toń" Marty Kisiel nie zawiodła i jedyne, co mogę jej zarzucić, to to, że mogłaby być dłuższa. Świetny język autorki, bardzo sympatyczne bohaterki i bohaterowie, a także nasz piękny Wrocław i polski charakter opowieści składają się na książkę, na którą warto było czekać. Podobnie jak warto poczekać na recenzję, która na pewno powstanie, obiecuję!


   Podsumowanie gwiazdkowe

jedna książka ★★
pięć książek ★★★
trzy książki ★★★★
dwie książki ★★★★★

   Maj to miesiąc, w którym zakończyłam pełnym sukcesem postanowienie noworoczne dotyczące czytania co najmniej 1/3 książek kupionych w poprzedzającym miesiącu - po raz pierwszy przeczytałam wszystkie pozycje z kwietniowego book haula. Brawo ja! Dla odmiany kwartalna fantastyka z wyzwania czytelniczego Kirimy przeszła na czerwiec, Terry Pratchett czeka na okazję. Udało mi się za to wypełnić jeszcze jedno z postanowień noworocznych - Marta Kisiel odhaczyła swoją "Tonią" książkę polskiego autora. 


   Na zakończenie wspomnieć muszę o spotkaniu z Sylwią z unSerious.pl, z którą spędziłyśmy parę godzin zajadając ciastka i rozmawiając nie tylko o książkach. Sylwia, dziękuję bardzo za przesympatyczne popołudnie i mam nadzieję, że jeszcze nie raz będzie okazja do spotkania! 

   Jak wyglądał Wasz czytelniczy maj, drodzy Odwiedzający? Czy piękna, choć może nieco za gorąca pogoda, zachęciła Was do czytania na potęgę, czy wręcz przeciwnie, nie mogliście się zmusić do sięgnięcia po książkę? 

piątek, 11 maja 2018

Gdy czerwień staje się złotem - Pierce Brown "Golden Son" (tom 2 trylogii "Red Rising")

   Wraz z kolejnymi moimi recenzjami nie tylko nabywam doświadczenia w pisaniu, ale też zaczynam sobie zdawać sprawę z wielu dziwactw, czy też raczej pewnych cech charakteryzujących mnie jako osobę piszącą o książkach. Ostatnio odkryłam kolejną - bardzo ciężko zabrać mi się za pisanie o swoich absolutnych ulubieńcach, o opowieściach, które poruszyły mnie i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Gniot? Proszę bardzo, jedno mrugnięcie okiem i potok słowny na kilka tysięcy znaków. Książka pięciogwiazdkowa? Przeczytana we wszystkie możliwe strony, wyobrażona i wyśniona ze szczegółami, a mimo to nie potrafię zasiąść przed klawiaturą i ubrać uczuć w słowa. Nie powinno zatem nikogo dziwić, że do recenzji drugiej i trzeciej części cyklu "Red Rising" Pierce'a Browna zabieram się od ponad tygodnia i dopiero dziś znalazłam w sobie siłę, żeby się z nimi zmierzyć.

   "Golden Son" to drugi tom trylogii science fiction, która przypomniała mi, jak bardzo ten gatunek literacki lubię i jak bardzo mi go brakowało. Darrow, Czerwony syn Marsa, który w pierwszej części cyklu przenika do świata Złotych, stojących na samym szczycie drabiny społecznej znanego nam wszechświata, popada w niełaskę u swojego protektora i zarazem człowieka, którego nienawidzi najbardziej na świecie. Wystarczyło jedno potknięcie i z bohatera staje się outsiderem. Naciskany przez Synów Aresa z jednej, a własne sumienie z drugiej, stawia wszystko na jedną kartę i wywołuje wojnę domową wśród najważniejszych rodów skupionych wokół Luny i Marsa, wojnę, w której być może przyjdzie mu stanąć przeciwko ludziom, których nazwał swoimi przyjaciółmi.

   W pierwszej części cyklu zachwyciło mnie to, jak skomplikowanym bohaterem jest Darrow. Młody człowiek, którego los rzucił w zupełnie obcy mu pod każdym względem świat, a który mimo to potrafi obrócić swoją inność w broń, dzięki której zdobywa miejsce w elitach tego świata. W "Złotym synu" jego postać  rozwija się nadal i z każdym krokiem odkrywamy nowe głębie tego (nie)zwykłego chłopaka z kopalni czerwonej planety. Gdzieś przeczytałam opinię, że Darrow to taki Gary Stu, któremu wszystko się udaje, który wszystko wie i który przez to jest nudny i denerwujący. No cóż, widocznie nie czytaliśmy tej samej książki. Darrow nie tylko popełnia błędy, nie tylko pełen jest wahania i wewnętrznego rozdarcia, ale i traci więcej, niż ktokolwiek inny w tej opowieści.

   Swoją drogą muszę oddać panu Brownowi honory, udało mu się bowiem stworzyć narrację pierwszoosobową, która po raz pierwszy w moim czytelniczym życiu nie tylko mnie do siebie przekonała, ale także pozwoliła mi naprawdę "wejść" w bohatera i odczuwać to, co on czuje, i myśleć to, co on myśli. Brawo!

   W "Golden Son" akcja toczy się jeszcze szybciej, niż w pierwszym tomie serii, a jej rozmach jest zupełnie nieporównywalny: z kopalni Marsa i terenów Instytutu przenosi się na powierzchnię planety i na Lunę, stanowiącą centrum wszystkiego. Tu batutę trzymają nie głowy rodów, które kierowały wychowankami Instytutu, lecz Octavia au Lune, rzeczywista władczyni świata. Darrow toczy na tej scenie nierówną walkę nie tylko o własne życie, lecz o przyszłość ludzkości.

   Powtórzyć muszę ostrzeżenie z recenzji "Red Rising" - świat Złotych jest brutalny i czytelnik musi być na to przygotowany. To nie opowiastka, w której wszyscy doczekają szczęśliwego finału, lecz okrutna opowieść o wojnie, w której trzeba być przygotowanym na ofiary. A finał... finał "Złotego syna" doprowadził mnie do wściekłości i rozpaczy, z których długo nie mogłam się otrząsnąć. Mimo, iż zdawałam sobie sprawę, że to środkowa część serii i że najpierw musi być źle, żeby potem mogło być lepiej, nie byłam przygotowana na takie psychiczne sponiewieranie. Wszystkim pragnącym sięgnąć po trylogię pana Browna polecam od razu kupić wszystkie tomy, żeby móc natychmiast sięgnąć po następny, inaczej depresja gwarantowana.

   Mogłabym tak ciągnąć te peany pochwalne jeszcze długo, mogłabym napisać o tym, jak wspaniale było powrócić do tych bohaterów i do skomplikowanej rzeczywistości społeczeństwa podzielonego ze względu na kolory, ale nie chcę zdradzić żadnej niespodzianki fabularnej, a prawdopodobnie bez spoilerów by się nie obeszło. Podsumuję więc krótko: jeśli nadal nie czytałeś/czytałaś trylogii Pierce'a Browna, to natychmiast rzuć to, co trzymasz w rękach i do księgarni tudzież biblioteki marsz!   

 
tytuł: Golden Son
autor: Pierce Brown
cykl: Red Rising (tom 2)
wydawnictwo: Hodder & Stoughton General Division
ilość stron: 445


ocena: ★★★★★

wtorek, 8 maja 2018

Minimalistyczny book haul - kwiecień 2018 + krótkie podsumowanie miesiąca

   Przede mną podsumowanie majówkowego bookathonu i góra nie napisanych recenzji, ale postanowiłam zacząć od spóźnionego book haula i czytelniczego podsumowania poprzedniego miesiąca, bo drugi tydzień maja się zaczął, a na blogu pustki panują i wiatr wieje.

   Kwiecień okazał się miesiącem, który udowodnił, że jak bardzo się postaram, to jestem w stanie ograniczyć zakupy książkowe do minimum. Być może przyczynił się do tego fakt, że przez połowę miesiąca nie było mnie w kraju, a także świadomość, że to maj wyznaczyłam sobie na miesiąc, w którym wykorzystam karty urodzinowe do Empiku i tym samym zasypię się książkami. Było nie było, zakupy kwietniowe ograniczyły się do stosiku na zdjęciu poniżej ↓


   Jak widać, zdobycze kwietniowe to:

  • cztery książki papierowe (dwie po polsku i dwie po angielsku),
  • jeden e-book po angielsku,
  • jeden komiks po polsku,
  • dwie mangi po japońsku.

   Dlaczego kupiłam najnowszy, trzydziesty pierwszy tomik "Haikyuu!!" i artbook do tejże serii, nie muszę chyba tłumaczyć. Uwielbiam i tyle. "Nightwinga" za to kupiłam z czystego sentymentu, dawno już nie czytałam komiksu z uniwersum DC, a do Nightwinga zawsze miałam słabość.

   Na "Thunderhead" Neala Shustermana czekałam z niemałą niecierpliwością, bo pierwsza część tego młodzieżowego cyklu s-f całkiem mi się spodobała, a na dodatek słyszałam wiele opinii, że druga część jest jeszcze lepsza. "Rosemary's Baby" Iry Levina kupiłam niejako z rozpędu, bo jak już zamawiać książki na BookDepository, to lepiej w kupie, a poza tym miałam ochotę przekonać się, jak też ten klasyk odbiorę w formie oryginalnej, książkowej. Za to "Meet Cute" kupiłam tylko dlatego, że Amazon zaoferował cenę jednego dolara, a chciałam zobaczyć, czy moja niechęć do opowieści romantycznych będzie również obecna przy formach krótszych (książka jest zbiorem opowiadań).

   O "Kobiecie w oknie" A.J.Finn i "Niedźwiedziu i słowiku" Katherine Arden wiem tylko tyle, ile zdołałam przeczytać na blogach tudzież zobaczyć na youtubie. Postanowiłam jednak, że wypadałoby się przekonać, czym to to jest i czy rzeczywiście warte jest swojego rozgłosu (plus okładka tej drugiej książki jest śliczna, podoba mi się bardziej niż wydania anglojęzycznego).

   To tyle, jeśli chodzi o zakupy książkowe. Wiem, niektórzy powiedzą, że osiem pozycji to nadal dużo, ale dla mnie jest to stosik wyjątkowo niewielki, plus w połowie składający się z komiksów, więc ten tego. Przejdźmy zatem do czytelniczego posumowania miesiąca.

Na zdjęciu brakuje książki Trevora Noah, którą przekazałam w chętne ręce Mamy, a także "Gałęzistego" Artura Urbanowicza, którą czytałam w formie elektronicznej.

   Tutaj również jest gorzej, niż w marcu, który był miesiącem rekordowym pod względem ilości przeczytanych książek, ale takie spowolnienie tempa chyba było mi potrzebne. Szkoda tylko, że mniejsza ilość pozycji (osiem bez wliczania arbooka do "Haikyuu!!, którego przeczytać się nie da ze względu na zawartość składającą się w dziewięćdziesięciu procentach z obrazków) nie równała się większej ilości recenzji, ale cóż poradzić, gdy do wyboru jest pisanie lub spanie, zwycięzca może być tylko jeden.

   "Dear Martin" Nica Stone'a to poruszająca opowieść o młodym czarnoskórym Amerykaninie, który boryka się z traumą po bezzasadnym i brutalnym aresztowaniu przez policję, a także z ogólną znieczulicą i rasizmem, wszechobecnym z społeczeństwie amerykańskim. Recenzję mam nadzieję pewnego dnia napisać, na razie powiem tylko tyle, że o ile tematy poruszane przez autora są ważne i dające do myślenia, o tyle nie do końca przekonał mnie język pisarza i postać głównego bohatera.

   Dla odmiany Trevor Noah w swoim "Nielegalnym" przekonał mnie wszystkim, i językiem, i humorem, i zaskakującą ilością informacji na temat apartheidu, o którym do tej pory niewiele wiedziałam. Więcej o książce znajdziecie w jednej z niewielu recenzji napisanych w kwietniu, o tu.

   Jako wielbicielkę horrorów, którą od czasu do czasu nachodzi ochota na maratony filmowe tego gatunku (spędzam wtedy godziny przed ekranem komputera, aż ogarnia mnie znieczulica i przestaję się bać), wyjątkowo mało ruszają mnie opowieści przerażające w formie pisanej. Owszem, zwłaszcza wieczorami ogarnia mnie nieprzyjemne uczucie bycia obserwowaną, a wyobraźnia w każdym cieniu widzi potwora, ale przyzwyczaiłam się już do tego, że właśnie słowo nieprzyjemny najlepiej określa moje doświadczenie z taką literaturą. Także "Rosemary's Baby" Iry Levina tym słowem bym określiła, przy czym dodałabym trochę o świetnym budowaniu napięcia, zupełnym niezestarzeniu się opowieści i uczuciu, że rzeczywiście ma się do czynienia z klasyką.

   Obie polskie pozycje - "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział" Tomasza Marchewki i "Gałęziste" Artura Urbanowicza - to powieści debiutanckie, w którym widać duży potencjał autorów, ale i pewne niedociągnięcia warsztatowe (u Marchewki z budowaniem napięcia i postaci, u Urbanowicza z językiem i postaciami). Myślę jednak, że warto sięgnąć po te książki, by przy kolejnych pozycjach zaobserwować rozwój obu pisarzy.

   Ostatnią z napisanych w kwietniu recenzji była ta o "Thunderhead" Neala Shustermana. Autorowi udało się coś, co nie jest wcale częste w przypadku cykli książkowych - drugi tom jest lepszy niż pierwszy! Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona, w jakim kierunku przebiegł nie tylko rozwój fabuły, ale i rozwój głównych bohaterów. Wszystkim, którzy zastanawiają się, czy sięgnąć po polskie wydanie, które albo już, albo za chwilę ma się na polskim rynku pojawić, mogę powiedzieć, że warto.

  Na koniec zostawiłam sobie "Golden Son" Pierce'a Browna, drugiej części trylogii "Red Rising", do której recenzji jeszcze nie napisałam, ale którą zachwyciłam się niesamowicie, podobnie jak trzecim tomem przeczytanym już w maju. Cóż to była za jazda, co za emocje! Dawno już nie czytałam książki science fiction, która tak by mnie poruszyła. Nadal nie ochłonęłam do końca, ale gdy w końcu wezmę się za recenzję, możecie spodziewać się dużej ilości ochów i achów.

   Podsumowanie gwiazdkowe

trzy książki ★★★
trzy książki ★★★★
jedna książka ★★★★★

   Po raz pierwszy w tym roku nie udało mi się spełnić postanowienia noworocznego dotyczącego czytania 1/3 book haula z poprzedniego miesiąca. Na czternaście książek kupionych w marcu udało mi się przeczytać w kwietniu zaledwie cztery. Wstyd! Za to pojawiły się na liście przeczytanych dwie pozycje polskich autorów, a "Rosemary's Baby" zasiliło kwartalne wyzwanie czytelnicze Kirimy dotyczące klasyki. 


   Jak wyglądał Wasz kwiecień? Udało się przeczytać te książki, których ukończenie sobie zaplanowaliście? Mam nadzieję, że maj będzie dla Was miesiącem czytania w plenerze, bo pogoda zachęca do pikników z ukochanymi książkami jak nigdy.

piątek, 20 kwietnia 2018

Gdy Sztuczna Inteligencja bardziej moralną jest od człowieka - Neal Shusterman "Thunderhead"

   W październiku zeszłego roku po raz pierwszy zetknęłam się z twórczością Neala Shustermana i światem Kosiarzy, który stworzył. Z moich wspomnień, podpartych recenzją napisaną świeżo po przeczytaniu książki, wyłania się bardzo fajna młodzieżówka z niezwykle ciekawym światem, w którym Sztuczna Inteligencja, wszechobecna i wszechwiedząca, wprowadziła ludzkość w epokę nieśmiertelności, gdzie prawdziwa śmierć nadejść może tylko z ręki Kosiarza, czyli specjalnie w tym celu wybranego i wyszkolonego człowieka. Właściwie jedynym moim zarzutem był zbyt natarczywy (tudzież po prostu zbyt szybki) romans między dwójką młodych bohaterów, poza tym jednak czytało się "Kosiarza" bardzo dobrze i do drugiego tomu, który po angielsku wydany został w styczniu tego roku, nastawiona byłam pozytywnie, choć nie spodziewałam się wielkich fajerwerków. Ot, wystarczyłoby mi, gdyby autor zachował poziom części pierwszej z lekką poprawą w kwestii romansowej. Tym większe moje zaskoczenie i, co tu dużo mówić, zachwyt po przeczytaniu drugiego tomu. Ale po kolei.

   W drugim tomie, zatytułowanym "Thunderhead", nadal śledzimy losy Citry i Rowana, choć pojawia się również parę innych osób, nowych i starych, które poznajemy lepiej z kolejnymi kartami książki. Po wydarzeniach "Kosiarza" Rowan prowadzi samozwańczą krucjatę przeciwko skorumpowanym Kosiarzom, przyjmując pseudonim Lucyfera i przywdziewając czarną szatę (która to barwa jest w świecie Kosiarzy zakazana). Citra natomiast, jako Kosiarz Anastazja, stara się stawić czoła korupcji toczącej ich społeczność od środka. Przed obojgiem głównych bohaterów piętrzą się coraz trudniejsze wyzwania i nawet pomoc Kosiarzy Curie i Faradaya, a także niebezpośrednie wsparcie Thunderheada zdają się niewystarczającymi w obliczu raka toczącego ich społeczność. Jaka bowiem jest szansa na to, że ludzie, którym dano do ręki władzę nad śmiercią i nad którymi kontrolę sprawują tylko oni sami, zechcą się z tą władzą rozstać?

   "Kosiarz" był sprawnie napisaną młodzieżówką science-fiction, ale nadal tylko młodzieżówką. Drugi tom określiłabym raczej mianem dorosłej, dojrzałej fantastyki. Po części wynika to z przemiany bohaterów, którzy mimo swojego nadal bardzo młodego wieku (oboje mają bodajże po osiemnaście lat) dojrzeli pod wpływem wydarzeń z pierwszej części cyklu. Zmienił się również ton opowieści, gdzie ponura atmosfera i przeczucie nadchodzącego nieszczęścia dominują nad całą historią. Koniec treningu i szkolenia się w zawodzie, koniec wydarzeń na małą w globalnym ujęciu skalę MidMerici. Decyzje podejmowane przez Citrę i Rowana zaważyć mogą bowiem nad całym światem, nawet jeśli żadne z nich nie zdaje sobie z tego sprawy.

   Największą bezsprzecznie zmianę przynosi książce "postać" Thunderheada, AI sprawującego pieczę nad ludzkością. Tak jak w pierwszym tomie poznawaliśmy świat i Kosiarzy czytając fragmenty ich pamiętników, tak w tym wchodzimy w "głowę" Sztucznej Inteligencji, patrzymy na świat jej oczyma a także dowiadujemy się więcej o historii świata, w którym wszystko kontrolowane jest przez Thunderheada, wszystko oprócz narodzin i śmierci. Poznawanie człowieka z perspektywy jego największego dzieła, filozoficzne przemyślenia Thunderheada nad istotą stworzenia, Boga i zależności między dziełem i twórcą, to chyba moje ulubione fragmenty książki. Myślę, że to właśnie one nadały opowieści dojrzałość i głębię, których w "Kosiarzu" fragmentami brakowało.

      Wspomniałam wcześniej o paru innych postaciach mających znaczenie w rozwoju fabuły. Ponownie spotykamy się z Xenocratesem, Najwyższym Ostrzem MidMerici, a także z mentorami głównych bohaterów - Kosiarzami Curie i Faradayem. Mamy również wątpliwą przyjemność zajrzeć do dwójki innych Kosiarzy, o których więcej nie powiem, bo spoilery. Najważniejszą jednak  dla przyszłości głównych bohaterów i, nie waham się powiedzieć, świata, osobą jest Greyson Tolliver, młody człowiek, który wbrew temu, co sam o sobie myśli, w oczach Thunderheada stanowi na równi z Citrą i Rowanem klucz do przyszłości ludzkości. Bardzo polubiłam tego zwyczajnego chłopaka, który z godnym podziwu zacięciem robi to, co musi, bo tak nakazuje mu jego sumienie, mimo że nie czeka go za to nic oprócz dużych kłopotów.

   W porównaniu z "Kosiarzem", w którym akcja toczyła się szybko i bez zbędnych przestojów, "Thunderhead" jest książką o wiele wolniejszą, choć pod koniec wydarzenia przyspieszają aż do bardzo emocjonującego (i odrobinę, przynajmniej dla mnie, niszczącego psychikę) finału. W tym tomie znamy już strukturę świata stworzonego przez Shustermana, w związku z czym możemy się skupić bardziej na polityce nim rządzącej, na jego historii i na samym Thunderheadzie. Nie znaczy to oczywiście, że nic się nie dzieje, wręcz przeciwnie, dzieje się dużo i to nie tylko w MidMerice, lecz także na innych kontynentach. Wszędzie widać oznaki nadchodzącej katastrofy, ale przyznam szczerze, że nie przewidziałam do końca sposobu, w jaki do niej w końcu dochodzi.

   Powiem tak: końcówka "Kosiarza" zapowiadała problemy w raju, finał "Thunderheada" jasno ukazuje nam, że raj zamieni się w piekło. W jaki sposób Neal Shusterman rozwiąże beznadziejną sytuację, w której znaleźli się bohaterowie? Nie mam pojęcia i nawet nie wiecie, jak mnie to cieszy! Nieco mniejszą radością napawa mnie natomiast fakt, że na kontynuację poczekać będę musiała dwa lata, bo zakładam, że tyle zajmie autorowi napisanie i publikacja trzeciego tomu. Sądząc jednak po poziomie, który trzyma pisarz w dwóch pierwszych częściach cyklu, warto będzie czekać. Czytelnicy w naszym kraju mogą natomiast cieszyć się na polską premierę "Thunderhead" (którego polski tytuł "Kosodom" przyprawia mnie o zdumienie i ból głowy), która planowana jest na dziewiątego maja bieżącego roku. Polecam sięgnąć po obie części cyklu, bo naprawdę warto.



tytuł: Thunderhead
cykl: Arc of Scythe (tom 2)
autor: Neal Shusterman
wydawnictwo: Simon & Schuster
liczba stron: 504



ocena: ★★★★☆

niedziela, 15 kwietnia 2018

W kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku - Lauren James "The Loneliest Girl in the Universe"

   Cytat, którym posłużyłam się w tytule wpisu, to slogan reklamowy jednego z najbardziej znanych i (nie waham się użyć tego słowa) kultowych kosmicznych horrorów, jakim jest "Obcy. Ósmy pasażer Nostromo". Uwielbiam ten gatunek i przerażenie, jakie we mnie wzbudza, uwielbiam poczucie odosobnienia i osaczenia, jakie towarzyszy bohaterom kosmicznych przerażających historii. Zamknięci w przysłowiowych czterech ścianach swoich pojazdów, otoczeni próżnią, stający do z góry wydawałoby się przegranej walki z potworami czającymi się za rogiem - oto ludzie, na których miejscu na pewno nie chciałabym się znaleźć. Niekiedy zdarza się jednak, że największym zagrożeniem wcale nie jest obca forma życia, lecz inny człowiek. Tak było w "Event Horizon", gdzie diaboliczny Sam Neil doprowadził do zagłady niemal całej swojej załogi (pod wpływem demonicznego statku, owszem, ale jednak), tak jest również w książce Lauren James.

   "The Loneliest Girl in the Universe" opowiada historię Romy Silvers, dziewczyny, która poza swoim statkiem The Infinity nie zna niczego innego. Urodzona w kosmosie, osierocona przez rodziców, którzy zginęli w tajemniczych dla czytelnika okolicznościach, Romy została dowódcą statku, jego mechanikiem, biologiem i przyszłą przywódczynią nowej kolonii na Ziemi II, do której zmierza The Infinity. Jej jedynym kontaktem z Ziemią jest Molly, terapeutka pracująca w NASA, i choć rozmowa za pośrednictwem plików audio nie jest łatwa (biorąc pod uwagę ogromną odległość, którą pliki przebywają w kosmosie, by po pół roku dosięgnąć adresata), Romy jest może nie szczęśliwa, ale w miarę przyzwyczajona do swojego losu, a z samotnością radzi sobie oglądając słuchając muzyki, oglądając ukochany serial i pisząc do niego fanfiki. Pewnego dnia dostaje wiadomość, że jej osamotnienie dobiega końca - z Ziemi wysłany został kolejny statek kosmiczny The Eternity, który za parę miesięcy ma doścignąć jednostkę Romy i przyłączyć się do niej w drodze do nowej kolonii. Między dziewczyną a J, dowódcą The Eternity zawiązuje się przyjaźń, stopniowo przeistaczająca się w uczucie. Pewnego dnia bohaterka odkrywa jednak coś, co sprawia, że radość ze spotkania z J'em zamienia się w trwogę, a cała sytuacja przeistacza się w koszmar.

   Pierwszy raz w życiu spotkałam się z książką, w której kosmiczny horror miesza się z thrillerem, a główna bohaterka przez osiemdziesiąt procent książki jest jedyną postacią z krwi i kości, z którą mamy do czynienia. Romy, wydawałoby się zwyczajna nastolatka, jest niezwykłą postacią, dziewczyną, która nigdy w życiu nie spotkała nikogo poza swoimi rodzicami, która nie ma wielkiej wiedzy na temat konwenansów i relacji międzyludzkich, ale za to wie, jak uniknąć nadlatującego meteorytu, jak wymienić panele w systemie podtrzymywania życia i jak rozwiązać równania matematyczne, które dla przeciętnego człowieka brzmią jak czarna magia. Polubiłam Romy za jej siłę w radzeniu sobie z samotnością i koszmarami nękającymi ją od wypadku, w którym straciła rodziców, za jej humor, za bycie fangirlem i pisanie fanfików do ukochanego serialu. Może właśnie dlatego to, co się w drugiej części książki dzieje sprawiło, że z nerwów obgryzałam paznokcie i każdy, najmniejszy nawet szelest w mieszkaniu przyprawiał mnie o nerwowe drżenie.

   Tak, drodzy Odwiedzający, przyznaję bez bicia, że czytanie tej książki wieczorem nie było najlepszym z moich pomysłów. Lauren James w świetny sposób oddaje coraz bardziej przerażającą i przytłaczającą atmosferę na The Infinity. Zwłaszcza to, co działo się od momentu odkrycia, że coś jest z J'em nie tak, aż do momentu kulminacyjnego, to prawdziwy majstersztyk. Martwi astronauci w koszmarach Romy, drapiący w zewnętrzne poszycie statku, przerażenie ogarniające dziewczynę wraz ze świadomością, jak bardzo została oszukana... mało która książka ostatnimi czasy dostarczyła mi tylu emocji. Jest to tym bardziej godne uwagi, że "The Loneliest Girl..." nie jest książką specjalnie skomplikowaną pod względem fabularnym, ani zbyt głęboką pod względem psychologicznym, ot młodzieżówka, tylko zamiast w szkole dziejąca się w kosmosie. Cały mój zachwyt wynika natomiast właśnie z mistrzowskiego operowania przez autorkę atmosferą i nastrojem.

   Nie chcę zdradzać, co tak naprawdę wydarzyło się w dzieciństwie Romy (swoją drogą że też po czymś takim wyrosła na normalną osobę) ani kim jest tajemniczy J. Powiem tylko, że pani James ma nosa do tego, co może przerazić czytelnika z wyobraźnią taką jak moja.

   Książka nie jest zbyt długa, wiele z tego, co się dzieje na jej kartach to zapisy maili, które wysyłają sobie na wzajem Romy i J, przez co pochłania się ją w jeden wieczór (choć tym, którzy nie lubią się bać, polecam czytanie w dzień), ale ilości emocji, które przynosi, starczyłoby na książkę dwa razy dłuższą.

   Polecam wszystkim lubiącym zarówno science-fiction, jak i kosmiczny horror (choć tym razem bez potworów z obcych planet).



tytuł: The Loneliest Girl in the Universe
autor: Lauren James
wydawnictwo: Walker Books
liczba stron: 290


ocena: ★★★★☆

piątek, 13 kwietnia 2018

Fanstastyka w wydaniu afrykańskim - Tomi Adeyemi „Children of Blood and Bone

   Były opowieści fantastyczne inspirowane europejskim średniowieczem, były i takie sięgające do kultur Dalekiego czy Bliskiego Wschodu, aż nadszedł wreszcie moment, w którym Tomi Adeyemi sięgnęła po kulturę zupełnie inną, mało ludziom Zachodu znaną, dzięki czemu powstała fantastyczna opowieść inspirowana Afryką, tamtejszymi wierzeniami i obyczajami.

   "Children of Blood and Bone", pierwsza część nowego cyklu fantastycznego dziejącego się w świecie przywołującym na myśl rozległe sawanny, gorące pustynie i gęste dżungle Afryki, opowiada historię grupki młodych ludzi związanych ze sobą okrutnymi wydarzeniami z przeszłości ich kraju zwanego Orïsha, kiedy to władca-tyran Saran niszczy magię i w straszliwym ludobójczym ataku morduje całą dorosłą społeczność maji, czyli tych, którzy magią władali. Mijają lata, dzieci zabitych w pogromie traktowane są jak niewolnicy, podludzie i wydaje się, że divîners, jak nazywani są potomkowie maji, w końcu znikną ze świata, podobnie jak zniknęli ich bogowie. Ale magię nie tak łatwo zniszczyć i to właśnie od wspomnianej grupy młodych ludzi zależeć będzie przyszłość całej Orïshy.

   Tomi Adeyemi, amerykańsko-nigeryjska pisarka studiowała zachodnio-afrykańską mitologię, kulturę i religie i to widać. Świat Orïshy przed nadejściem Sarana zamieszkiwali bogowie i boginie zupełnie różni od tych znanych nam z mitologii starożytnej, ludność kraju mówi różnymi językami wzorowanymi na językach afrykańskich, a skóra bohaterów opowieści bogata jest w odcienie brązu i czerni. Sam system magiczny, choć niezbyt skomplikowany, fascynuje swoją odmiennością, z ashe płynącą w krwi maji, pozwalającą im używać magii, z licznymi klanami maji i ich odmiennymi umiejętnościami, z bogami i boginiami związanymi z danym klanem, czy wreszcie z majacite, metalem zdolnym niszczyć magię i osobę nią się posługującą.

   Opowieść prowadzona jest z perspektywy trzech całkowicie odmiennych od siebie osobowości.

   Zélie Adebola należy do divîners, potomków maji, charakteryzujących się białymi włosami. Dziewczyna, podobnie jak reszta jej współbratymców, pozbawiona jest magii i prowadzi ciężkie życie pod żelaznymi rządami Sarana, za przyjaciół mając innych divînersów, ojca, brata Tzaina i Mamę Agbę, która opiekuje się stadkiem białowłosych dziewcząt. Dziewczyna jest silna, krnąbrna i łatwo pakuje się w kłopoty, ale też zrobiłaby wszystko dla swojej rodziny, zwłaszcza od kiedy jako małe dziecko była świadkiem zamordowania jej matki, potężnej magini, przez żołnierzy króla.

   Amari, królewska córka, która nigdy nie postawiła stopy poza murami pałacu, za jedyną przyjaciółkę ma divînerską służkę Bintę. Gdy Binta zostaje brutalnie zabita przez jej ojca, Amari stawia wszystko na jedną kartę i kradnie spod nosa jednej z głównodowodzących armii królewskiej tajemniczy zwój, który podobno może przywrócić magię do Orïshy.

   Inan, brat Amari, wierzy w ideologię głoszoną przez swojego ojca i nie pragnąc niczego bardziej, niż być przez króla docenionym i kochanym, postanawia nie dopuścić do powrotu magii, wyrusza więc w pogoń za swoją siostrą, pragnąc ją ocalić, a równocześnie zniszczyć wszystko, co stanie na drodze całkowitej dominacji Sarana nad społeczeństwem Orïshy.

   Główną bohaterką opowieści jest bez wątpienia Zélie. To ona wikła się w walkę z Saranem i jego ideologią, to na jej barkach spoczywa obowiązek uratowania społeczności divînersów od całkowitego zniszczenia. Zélie jest jedyną osobą zdolną wykorzystać trzy tajemnicze artefakty i przywrócić światu magię. Równocześnie jest typową nastolatką, pakującą się w kłopoty, popełniającą błędy i zakochującą się w zupełnie nieodpowiedniej osobie. Jako główna bohaterka sprawdza się całkiem nieźle, choć przyznam, że minęło parę rozdziałów, zanim zdołałam ją polubić.

   Dla mnie najlepiej napisaną, najbardziej dojrzałą i najsympatyczniejszą osobą jest bez wątpienia księżniczka Amari. Mimo, że wychowywana wśród czterech ścian, mająca za opiekunów okrutnego ojca i zimną matkę, dziewczyna zaskakuje odwagą i dobrym sercem. To właściwie od niej zaczyna się całe zamieszanie z magicznym zwojem i to wielokrotnie tylko dzięki niej reszta bohaterów nie rzuca się sobie do gardeł. Jako jedyna z głównej trójki nie ma w sobie nawet cienia magii, a szkoda, bo prawdopodobnie władałaby nią o wiele lepiej od Zélie, nie mówiąc już o Inanie.

   Przechodząc do Inana... ależ mnie ten chłopak irytował! Rozumiem, w jak ciężkim położeniu się znalazł, rozdarty między poczuciem obowiązku i wychowaniem w atmosferze nienawiści do magii, a niezaprzeczalną prawdą o własnej naturze. Ale do jasnej ciasnej, jak już decydujesz się na stanięcie po jednej stronie, doprowadź to do końca, a nie lataj tam i z powrotem, jak wiatr zawieje!! Inan, mimo że zdaje sobie sprawę, jakim człowiekiem jest jego ojciec, nie potrafi wyrwać się spod jego ręki, mimo że fizycznie i psychicznie powinien być o wiele silniejszy od swojej siostry. A już jego zachowanie pod koniec książki to kompletna katastrofa.

   Mówiąc o katastrofie, niezbyt udał się pani Adeyemi wątek miłosny między Zélie i Inanem (wiem, wiem, spoiler, ale powiedzmy szczerze, jeśli po pierwszych paru interakcjach tej dwójki nie zorientujecie się, do czego to prowadzi, to polecam mocniejsze okulary), mający wszystkie znamiona tzw. instalove. Mało przekonujący, zbyt szybki i noszący wszelkie znamiona nadchodzącej katastrofy. Można było go napisać lepiej, tym bardziej przy takiej a nie innej charakterystyce Inana.

   Poza tym drobnym (ha! zajmującym sporą część książki) wątkiem, "Children of Blood and Bone" wnosi powiew świeżości do fantastyki, przede wszystkim ze względu na bogactwo przedstawionego świata i jego wyjątkowość, choćby pod względem społeczeństwa, w którym nie uświadczysz białego człowieka. Pierwszy tom cyklu? trylogii? kończy się sporym zawieszeniem akcji i osobiście nie mogę się doczekać, jak zmieni się świat Orïshy w kolejnych odsłonach opowieści.



tytuł: Children of Blood and Bone
autor: Tomi Adeyemi
cykl: Legacy of Orïsha (tom 1)
wydawnictwo: Pan Macmillan
liczba stron: 531



ocena: ★★★★☆