wtorek, 14 listopada 2017

Sandersonowy natłok myślowy, część II - Brandon Sanderson "Words of Radiance/Słowa światłości"

   Przyszło! Powiadomienie z bookdepository, że "Oathbringer" rozpoczął powolną podróż do naszego pięknego kraju, a ściślej mówiąc do mojego miasta rodzinnego, więc jeszcze tylko z dwa tygodnie i będzie w moich rękach!!! Gdyby nie to, że szwy jeszcze nie ściągnięte, to odtańczyłabym taniec radości tu i teraz.

   Tak więc o czym to ja chciałam... Ach tak, "Word of Radiance", drugi tom w cyklu Archiwum Burzowego Światła Brandona Sandersona. Dawkowałam sobie przyjemność przypominania przygód Kaladina, Shallan i Dalinara nie spiesząc się, czytając po parę rozdziałów dziennie, aż wreszcie doszłam do ostatnich dwustu stron. Choć wiedziałam dobrze, co się stanie, pochłonęły mnie one całkowicie, przez co wczorajszy wieczór spędziłam opatulona kocem, rozdygotana i warcząca na każdego, kto przeszkadzał mi w czytaniu. Coś takiego jest w książkach Sandersona, że emocje towarzyszące jego opowieściom nie maleją z każdym kolejnym przeczytaniem, lecz wręcz przeciwnie, rosną i rosną, i przyprawiają mnie o coraz mocniej bijące serce, wypieki na twarzy i łzy w oczach. 

   Zastanawiałam się, w jaki sposób pisać o tej książce i doszłam do wniosku, że podobnie jak w przypadku "The Way of Kings" odpuszczę sobie pisanie typowej recenzji. O świecie wiele już powiedziałam, przedstawiłam system magiczny i głównych bohaterów, i cokolwiek więcej bym napisała, nie obyło by się bez zdradzania fabuły, a nie wybaczyłabym sobie odebrania przyjemności poznawania świata Świetlistych Rycerzy czytelnikom, którzy dopiero planują rozpoczęcie przygody z Archiwum Burzowego Światła. Postanowiłam więc przedstawić parę spostrzeżeń, które przyszły mi do głowy podczas czytania, przywołać momenty, które mnie rozśmieszyły, a także poruszyć kwestię tłumaczenia (z góry ostrzegam, będę narzekać).

   Po pierwsze wrócę do czegoś, co napisałam przy tomie pierwszym - uwielbiam relacje między Dalinarem a jego synami, zwłaszcza Adolinem. O ile dobre związki między braćmi występują w literaturze fantastycznej całkiem często, o tyle między ojcem i synem zawsze coś jest nie tak. Przeleciałam wzrokiem po półkach i nie znalazłam ani jednej książki, w której te relacje byłyby równie dobre, jak w "Words of Radiance". Dalinarowi nie tylko udało się wychować Adolina na świetnego wojownika i godnego następcę, ale także na po prostu dobrego człowieka, którym niekiedy kierują emocje, a nie logika, ale który serce ma na właściwym miejscu. Adolin natomiast ufa swojemu ojcu i stara się go wspierać nawet wtedy, gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Dalinara dopada szaleństwo. Najlepszym natomiast dowodem więzi między nimi i wzajemnego szacunku jest moment, kiedy Adolin przeciwstawia się woli ojca i nie zgadza na to, by wystawił się na niebezpieczeństwo, a Dalinar, i tutaj uwaga! słucha jego opinii i poddaje się woli syna! Uwierzycie? To coś niesłychanego i niespotykanego w sytuacji, gdy ojciec jest arcyksięciem, jednym z najpotężniejszych ludzi na świecie. Relacje między Dalinarem i Adolinem to jeden z głównych powodów, dla których mogłabym Sandersona wyściskać z wdzięczności.

   Po drugie - Shallan i Adolin. Nie będę zdradzać, jak potoczą się losy tej dwójki i kim dla siebie się staną lub nie, chcecie się dowiedzieć, przeczytajcie książkę. Przywołam natomiast moment, w którym prowadzą rozmowę i bynajmniej nie przebiega ona tak, jak powinna się toczyć według wszelkich prawideł flirtu między mężczyzną i kobietą. Wszystko rozbija się bowiem o... kupę. Zastanawialiście się kiedyś, jak sobie radzili rycerze w zbrojach, gdy podczas wielogodzinnych bitew natura dawała o sobie znać? Ja się zastanawiałam. Shallan również, i prowadzi to do jednej z najśmieszniejszych kwestii w całej książce.

    Po trzecie - Kaladin. Wiecie, czy jest zawstydzenie z drugiej ręki? To takie uczucie, które ogarnia nas, gdy bohater książki lub filmu robi coś głupiego i zawstydzającego i sami macie ochotę schować się ze wstydu gdzieś, gdzie nikt was nie zobaczy. Otóż Kaladin w "Słowach światłości" ma kilka wyskoków, które spowodowały, że musiałam odłożyć książkę i przypomnieć sobie, że to nie ja zachowuję się jak głupiec, tylko on. Równocześnie zdawałam sobie sprawę, że między innymi to właśnie te błędne decyzje, ciągła walka z samym sobą i czającą się za rogiem depresją sprawiają, że Kaladin to jeden z bardziej "prawdziwych" bohaterów fantastycznych, jakich znam, pełen niepewności, uprzedzeń i wad, a równocześnie silny, zdecydowany, potrafiący (z bólem, ale jednak) przyznać się do błędu, jednym słowem wymiatający jak stąd na Alaskę. 

   Po czwarte - Szeth. Zabójcy w Bieli poświęcone są przede wszystkim interludia i to, w jaki sposób Sanderson pokazuje popadanie tej postaci w coraz większe szaleństwo, sprawia, że trudno mu nie współczuć i nie chcieć dla niego lepszego końca niż prawdopodobnie będzie jego udziałem. 

   Po piąte - nawiązania do innych książek dotyczących światów w cosmere Sandersona. Hoyt, tutaj znany pod imieniem Wit (po polsku Trefniś, choć ja osobiście przetłumaczyłabym jego imię/pozycję jako Kpiarz, ale co kto lubi) pojawia się w większości, jeśli nie we wszystkich opowieściach z cosmere. Postać tajemnicza, która wie więcej niż ktokolwiek inny na danym świecie, a której zadanie nadal pozostaje dla nas nieodgadnione, a dzięki temu również fascynujące. Nie jest on jednak jedynym nawiązaniem do innych światów stworzonych przez pisarza. Dopiero teraz, po kolejnym przeczytaniu zdałam sobie sprawę z tego, że pewien przedmiot, który pojawia się przy końcu książki, znam już z "Rozjemcy". Ach, te smaczki odkrywane przy kolejnych czytaniach.

   Po szóste - oprawa graficzna Archiwum Burzowego Światła jest cudowna. Rysunki rozpoczynające każdy rozdział, nawiązujące do postaci bohaterów, którym jest on poświęcony, szkice Shallan, przedstawiające zwierzęta i rośliny Rosharu, mapy Strzaskanych Równin, to wszystko sprawia, że nawet czytelnik, który nie zatrzymuje się, żeby sobie wyobrazić świat przedstawiony w opowieści, nie będzie miał problemu z przywołaniem obrazu danego pojęcia czy istoty, które się w książce pojawiają.

   Mogłabym tak pisać i pisać, ale na tym urywam mój słowotok dotyczący "Words od Radiance". Na zakończenie chcę bowiem zająć się czymś, co ma nie tyle związek z treścią książki, ile z polskim wydaniem. Sanderson nie jest jednym z tych pisarzy, których język jest poetycki i zwiewny, wręcz przeciwnie, styl pisania ma raczej do rzeczy, twardo kawa na ławę, bez upiększeń i niepotrzebnych ozdobników. Jednakże Archiwum Burzowego Światła jest cyklem, w którym język autora rozwinął się znacznie na plus w porównaniu nie tylko do pierwszych jego książek, ale nawet w stosunku do cyklu o "Z mgły zrodzonym". Jest płynniejszy, odrobinę bardziej "high fantasy". W polskim tłumaczeniu niestety tego nie widzę. Jakiego by tu porównania użyć, hmmm, może tak: język oryginału w cyklu o Świetlistych Rycerzach jest jak jazda po autostradzie, język polskiego tłumaczenia - jak jazda na wiejskiej drodze. Anna Studniarek zrobiła niezłą robotę, w końcu ponad tysiącstronnicowa cegła to wyzwanie nie lada, jej tłumaczeniu brakuje jednak polotu i płynności. Pomijając kwestię nazw własnych, o których wspomniałam przy "Drodze królów", nie udało jej się przełożyć wielu zabaw słownych i dowcipu, który jest wszechobecny w książce Sandersona. Nawet zwykłe zdania przypominają niekiedy byle jak obciosany pieniek, niedopieszczony i niedogładzony.

Przykład pierwszy z brzegu: "He was a far worse liar than Shallan was" pani Studniarek przetłumaczyła jako "Nie umiał kłamać jak Shallan". Pomijając, że zdanie to brzmi dla mnie dziwnie (prawdopodobnie to tylko moje odczucie), dlaczego nie przetłumaczyć go jako "Był z niego kłamca gorszy niż z Shallan"? Albo "Był gorszym kłamcą niż Shallan"? Albo przynajmniej dodać "tak dobrze" po słowie "kłamać"? To takie drobnostki, ale co rusz wytrącały mnie z równowagi, gdy raz jeszcze czytałam ulubione fragmenty, tym razem po polsku.

Ktoś może powiedzieć "jak jesteś taka mądra, to sama przetłumacz". Nie jestem tłumaczem, nie sądzę również, by mój język polski był na wystarczająco wysokim poziomie, by takiego zadania się podjąć. Mam jednak prawo oczekiwać, że ten, kto tłumaczeniem zajmuje się profesjonalnie, będzie potrafił to zrobić dobrze. To tylko moja opinia i można się z nią nie zgodzić, zdaję sobie z tego sprawę. Tym jednak, którzy chcą naprawdę poznać prozę Sandersona, polecam sięgnąć po oryginał. Nie jest to czytanie łatwe, ale warto.

   Kończę drugą część mojego sandersonowego natłoku myślowego, mam nadzieję, że nie zdradziłam za wiele, a równocześnie zachęciłam do zapoznania się z "Words od Radiance". Teraz nie pozostaje mi nic innego, niż czekać na paczuszkę z trzecim tomem cyklu. Jeszcze tylko parę dni, dam radę!

"Words of Radiance", podobnie jak "The Way of Kings" otrzymuje ode mnie najwyższą ocenę.

★★★★★

piątek, 10 listopada 2017

TAG książkowy, czyli jak to okazało się, że jestem straszliwą blogową gadułą ☆ミ

   Nie przypuszczałam, że ten dzień kiedykolwiek nadejdzie, lecz dzięki cudownej Ewelinie z Gry w bibliotece stało się - została OTAGOWANA! Jako, że mam chwilowe wahania czytelnicze (jestem w trakcie "Words of Radiance" Sandersona, ale nie chcę tej książki skończyć za szybko, żeby potem nie umierać z tęsknoty przed dotarciem do mnie "Oathbringera", a znając życie zajmie to z dwa tygodnie po premierze; z drugiej strony nie potrafię się zabrać za nic innego, bo Sanderson... ach, te czytelnicze problemy), tag od Eweliny spadł mi jak gwiazda z nieba. 

   Zatem do dzieła!

  • Z jakim autorem/autorką chciałabyś porozmawiać osobiście i dlaczego?
W tym pytaniu królują panowie, a pierwsza dwójka nikogo raczej nie zaskoczy. 

J.R.R.Tolkien jest twórcą mojego najukochańszego fantastycznego świata, niesamowitej mitologii i cudownych bohaterów, więcej powodów nie potrzebuję. 

Brandona Sandersona chciałabym zapytać, skąd czerpie do swoich dzieł pomysły na magię i dlaczego, na wszystkie moce na ziemi i niebie, zabił (SPOILER!) Lightsonga? Znaczy ja wiem, dlaczego, ale DLACZEGO?!?!? 

Kornelowi Makuszyńskiemu natomiast chciałabym podziękować za jedne z największych wzruszeń mojego życia, czyli końcówkę "Przyjaciela wesołego diabła". Przepięknie napisaną i tchnącą taką dobrocią, że samo wspomnienie przyprawia mnie o łzy wzruszenia.

  • Czy robisz plany czytelnicze - na dany rok, miesiąc, wakacje? I czy udaje Ci się potem ich realizacja?
Jestem osobą robiącą bardzo niewiele planów, nie tylko czytelniczych. Lubię pewną dozę pozytywnej niepewności w moim życiu. Tak też jest z książkami - nie wiem, co ciekawego znajdzie się na mojej półce, albo na co przyjdzie mi ochota, albo co intrygującego znajdę w zbiorach rodziny i przyjaciół. Po co więc robić plany? Jeśli mam na oku książkę, którą chcę przeczytać, po prostu biorę ją do ręki i czytam. Wyjątkiem są maratony czytelnicze, w których udział po raz pierwszy w życiu wzięłam parę miesięcy temu. To jedyne okazje, kiedy rzeczywiście ustalam sobie tzw. listę TBR i się jej trzymam.

  • Czy w jakimś przypadku ekranizacja przerosła w Twoich oczach swój pierwowzór literacki?
Moim pierwszym impulsem była odpowiedź przecząca. Ekranizacja żadnej z moich ulubionych książek nie osiągnęła poziomu swojego literackiego pierwowzoru. Nie oznacza to, że np. takiego "Władcę pierścieni" Jacksona nie kocham na zabój, co to to nie. Ponieważ jednak nie ma na świecie dwojga ludzi o takiej samej wyobraźni, tak i wyobraźnia reżyserów, choć niekiedy niesamowita, nie odda na sto procent tego, co widzę w swojej głowie, kiedy czytam książkę.

Po chwili zastanowienia znalazłam jednak przykład, trochę oszukany, bo książki po prostu nie dałam rady przeczytać (nie lubię romansów, nawet tych historycznych) - "Przeminęło z wiatrem" z Vivien Leigh i Clarkiem Gable potrafiło utrzymać mnie w fotelu do końca historii, czego książkowy pierwowzór nie potrafił dokonać.

  • Kto jest Twoim najbardziej znienawidzonym bohaterem literackim?
To chyba najtrudniejsze z pytań w całym tagu, nad którym spędziłam najwięcej czasu. O ile nie znoszę setki, tysięcy postaci literackich, które przyprawiają mnie o tzw. wkurw, o tyle rzadko się zdarza, żebym zapłonęła uczuciem tak gorącym, że można by je nazwać nienawiścią. Jak się nad tym zastanowić, to zdumiewającym jest, o ile łatwiej jest mi kochać bohaterów książkowych. Z ciekawości, czy tylko ja tak mam, zadałam to pytanie mojej Mami, ale okazało się, że ona również nie potrafi na nie odpowiedzieć. 

Jak już jednak wspomniałam, poświęciłam temu pytaniu sporo czasu i mam odpowiedź, ha!

Jeżeli chodzi o znienawidzonego bohatera literackiego tego roku, to jest nim Eli z "Vicious" V.E.Schwab (jednej z najlepszych książek przeczytanych w tym roku, mam nadzieję odświeżyć ją sobie za niedługo i napisać recenzję). Och, jak ja nie znoszę tego sukinsyna! Zauważyłam, że bardzo dużo negatywnych emocji wywołują we mnie bohaterowie, którzy używają religii na wytłumaczenie swoich działań. Nie jestem osobą religijną, ale potrafię dostrzec, że każda wiara może swoim wyznawcom przynieść pocieszenie, ulgę i radość. Kiedy jednak ktoś tak jak Eli używa jej jako usprawiedliwienia dla swoich czynów (nie powiem jakich, polecam przeczytać, bo naprawdę warto), to wyzwala to we mnie okropną agresję i zgrzytam wtedy zębami ze złości. 

Najbardziej jednak znienawidzoną postacią w całym moim czytelniczym życiu jest bez wątpienia gnida, która zastrzeliła Winnetou. Gdziekolwiek jesteś, mam nadzieję, że cierpisz niewyobrażalne katusze!

  • W jakim książkowym świecie chciałabyś zamieszkać?
W wielu i w żadnym. Problem każdego chyba fana fantastyki - światy w ukochanych książkach są cudowne, magiczne i chciałoby się je odwiedzić choćby na chwilę, ale niestety, zazwyczaj wypełnione są również wojną, przemocą, a także przerażającymi istotami, na widok których ja osobiście umarłabym ze strachu. Dlatego może zmienię słowo "zamieszkać" na "odwiedzić", dobrze? Chciałabym odwiedzić Shire i wziąć udział w hobbickiej biesiadzie, zostać jeźdźcem smoka na Pernie, zobaczyć Ankh-Morpork i Patrycjusza (może być z daleka), przez chwilę potowarzyszyć Simonowi w krainie Sithów (ale zanim Ineluki zaczął mieszać), porozmawiać z Lightsongiem i wziąć udział w lekcji transmutacji u profesor McConagall. Mogłabym kontynuować w nieskończoność, ale przede mną jeszcze pięć pytań, więc może na tym poprzestanę.

  • Korzystasz z bibliotek, czy wolisz kupować książki na własność?
Zdecydowanie to drugie. Choć biblioteki, zwłaszcza te stare, lubię za ich atmosferę i ciszę, książki wolę kupować. Raz, żeby wspierać twórcę, którego lubię, dwa, żeby móc do książki wrócić zawsze, gdy mnie na to najdzie ochota. 

  • Czy zdarza Ci się czytać książki w obcym języku?
Bez przerwy. Ostatnimi czasy ilość przeczytanych książek anglojęzycznych jest co najmniej porównywalna, jeśli nie większa, niż tych wydanych po polsku. Lubię czytać w oryginale, bo przekonałam się na własne oczy, że dobre tłumaczenie nie jest tak częste, jakbym tego chciała. Czytam również po japońsku, choć tu królują mangi, bo nie mam cierpliwości do książek w tym języku (bez furigany ani rusz). Mam jednak nadzieję, że w przyszłym roku także w tym języku uda mi się przeczytać coś poza komiksowego.

  • Czy wracasz do książek, które już czytałaś? Jeśli tak, to dlaczego?
Wracam, i to wielokrotnie. Ukochane książki potrafię czytać co roku i za każdym razem odkrywam w nich coś nowego, zanurzam się w dobrze znane światy niczym w puchową pierzynkę, spotykam z bohaterami, którzy bliżsi są mi niż większość żyjących w naszym świecie osób. Nie zawsze czytam od deski do deski, niekiedy sięgam po konkretny rozdział czy tom, ale zawsze towarzyszy tym powrotom ogromna radość i trudno mi zrozumieć ludzi, którzy swoją przygodę z ulubioną książką kończą po jednym przeczytaniu.

  • Najbardziej przereklamowana powieść tego roku to...?
Chyba nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Po pierwsze nie jestem pewna, jakie książki ukazały się w 2017 roku, bo zupełnie nie śledzę nowości, i nawet gdy jakąś przeczytam, nie mam pojęcia, że taką właśnie jest. Po drugie, poza fantastyką czytam książki zupełnie przypadkowe i w dużej mierze starsze, a przynajmniej takie, o których rzadko słychać obecnie w blogosferze i na booktubie. Sięgnęłam do listy 100 bestsellerów na stronie Empiku i niewiele mi to pomogło, bo np. za takim Mrozem nie przepadam, ale czy mogę powiedzieć, że jego tegoroczne książki są przereklamowane, skoro ich nie czytałam? Raczej nie. Zostawiam więc pytanie bez odpowiedzi.

  • Najbardziej niedoceniony autor to...?
I znowu klops, i znowu problem z odpowiedzią. Sięgam zatem po listę przeczytanych przeze mnie w tym roku książek i... może Boris Akunin? Nie widziałam recenzji jego książek na żadnym blogu, a to przecież tak sympatycznie napisane kryminały. Albo Becky Chambers z jej "Daleką drogą do małej, gniewnej planety"? Autorka, która na anglojęzycznym booktubie ma się całkiem dobrze, i której książkę przeczytałam z prawdziwą przyjemnością, a u nas jakoś o niej cicho, mimo że od premiery minęły z dwa miesiące.

   
   Uff, okazało się, że nie znam czegoś takiego jak krótka, acz treściwa odpowiedź. Jak na osobę, która w życiu prywatnym potrafi nie wydobyć z siebie żadnego dźwięku przez długi czas, dostałam pisanego słowotoku. Gratuluję tym, którzy dotrwali do końca!

   Zapraszam do zrobienia tagu w postaci niezmienionej (wena twórcza wyczerpała się przy odpowiadaniu na pytania Eweliny;P) wspaniałe:

- Anię Halasz z Księganny,
- Cass z Cozy Universe,
- Akashę89 ze Straszliwa Buchling.



środa, 8 listopada 2017

Seryjni mordercy z medycznym zboczeniem - Tess Gerritsen "Chirurg"

   Jak to się stało, że w trakcie maratonu czytelniczego Archiwum Burzowego Światła Sandersona przeczytałam coś zupełnie innego, zarówno rozmiarowo, jak i pod względem gatunku i treści? Ano tak, że idąc na operację oddałam przełożonej oddziału na przechowanie swoje "kosztowności", do których zaliczam również Kindelka, i wróciwszy z operacji byłam tak zamroczona po narkozie, że najzupełniej w świecie zapomniałam odebrać swoich rzeczy, a szefowa oddziału wróciła do domu z kluczem do szafy. Jak dobrze, że w torebce zawsze mam również papierowe czytadło! Tym razem padło na książkę podkradniętą z półki siostrzyczki, czyli "Chirurga" Tess Gerrisen. Swoją drogą, nie ma to jak czytać o psychopatycznym mordercy, wycinającym macice kobietom, będąc w szpitalu z powodu operacji na narządach rozrodczych. Brawo ja.

   Akcja książki dzieje się w Bostonie, gdzie brutalnie mordowane są młode, samotne kobiety, którym nieznany sprawca wycina na żywca macicę, a potem dokańcza dzieła podrzynając gardło. Brzmi brutalnie i tak też jest. Tess Gerritsen, jako lekarka internistka wie co nieco o medycynie i nie boi się tej wiedzy użyć. Opisy zbrodni do najprzyjemniejszych nie należą, a równocześnie dzięki swojej obrazowości pozwalają dobrze sobie wyobrazić horror i przerażenie, które przeżywać musiały ofiary.

   Głównych bohaterów jest w książce kilku. Tytułowego Chirurga poznajemy nie tylko poprzez morderstwa, których się dopuszcza, ale również poprzez napisane w pierwszej osobie rozdziały - wstawki, którego pozwalają poznać czytelnikowi głębię zła kryjącą się w tym człowieku. Uważam, że Gerritsen dobrze zrobiła, decydując się na ten zabieg literacki, dzięki niemu wchodzimy w umysł mordercy, poznajemy jego fascynacje, zainteresowania i związek, jaki istnieje w jego głowie między nim a jego ofiarami.

   Jeżeli chodzi o tych, którzy na niego polują, to na pierwszy plan wysuwa się dwójka detektywów, Thomas Moor i Jane Rizzoli. Moor jest człowiekiem po przejściach, cierpiącym wdowcem, którego ciepły i spokojny charakter pozwala na dobry kontakt nie tylko ze współpracownikami, lecz również świadkami i ofiarami zbrodni. Rizzoli jest jego przeciwieństwem: chłodna, wybuchowa, jedyna kobieta w zespole, walcząca każdego dnia ze stereotypami i seksizmem współpracowników. Współpraca tych dwojga początkowo układa się nieźle, ale im dalej w książkę, tym gorzej.

   Ostatnią z osób, na której skupia się autorka, jest doktor Catherine Cordell. Catherine pracuje w bostońskim szpitalu jako jedna z najbardziej uznanych chirurgów w Stanach. W pracy prawdziwy tytan spokoju i opanowania, w życiu prywatnym przerażona kobieta, która po przejściach w poprzednim miejscu zamieszkania nie ufa nikomu, zaryglowuje się w mieszkaniu i boi wyjść na zewnątrz.

   Ta czwórka pcha fabułę do przodu i to ich wybory prowadzą do takiego a nie innego zakończenia książki, które, przyznam szczerze, nie zrobiło na mnie specjalnego wrażenia. Nie było w nim nic zaskakującego, ot zdarzyło się dokładnie to, co przypuszczałam, że się zdarzy. Co więcej, o ile Chirurg był postacią ciekawą i naprawdę przerażającą, o tyle reszta bohaterów zostawiła po sobie uczucie zawodu. Bo tak, Moor kreowany na głównego detektywa śledztwa tak naprawdę zakończenie akcji przesiedział cholera wie gdzie. Rizzoli, dzięki której Catherine przeżyła, właściwie została bohaterką ostatecznej akcji, ale jako postać była osobą tak niesympatyczną i nie dającą się polubić, że szczerze mówiąc miałam gdzieś, czy jej się uda czy nie. A doktor Cordell była po prostu nijaka, a jej związek z kimś, kogo imienia nie wymienię, bo spoilery, był jak dla mnie zupełnie nierzeczywisty i za szybki jak na to, czego w przeszłości doświadczyła.

   Nie jestem wielką fanką thrillerów medycznych, może to właśnie miało wpływ na moją ocenę książki Tess Gerritsen. "Chirurga" czytało się szybko (nawet wychodząc z narkozy, a to naprawdę coś) i przyjemnie, fabuła książki jest całkiem ciekawa, choć niezbyt skomplikowana, przykładowo tego, kim był Chirurg, domyśliłam się w zarysie już w połowie książki. Szkoda mi tylko tych postaci, zupełnie w moim odczuciu zmarnowanych i miałkich. Gdyby bohaterowie byli odrobinę lepiej zarysowanymi osobowościami, książka z pewnością dostałaby ode mnie wyższą notę, a tak jest tylko dobrze.



autor: Tess Gerritsen
tytuł: Chirurg
wydawnictwo: Świat Książki
ilość stron: 336


ocena: ★★★☆☆

piątek, 3 listopada 2017

Sandersonowy natłok myślowy - Brandon Sanderson "The Way of Kings/Droga królów"

   Drodzy Czytelnicy i Czytelniczki, proszę zaopatrzyć się w kawkę tudzież herbatkę, ciepły kocyk i ewentualnie kota, gdyż przed nami długi, długi wpis, będący mniej recenzją, a bardziej subiektywnymi przemyśleniami, niepochamowanym słowotokiem i ogólnym fangirlizmem. Gotowi? To zaczynam.

   Niekwestionowanym królem fantasy jest dla mnie Tolkien. Uważam jego twórczość nie tylko za wyznacznik tego, co w fantastyce najlepsze, ale również za świetne pisarstwo wychodzące daleko poza gatunek, w którym tworzył. Przez wiele, wiele lat żadna książka nie zbliżyła się nawet do poziomu emocji, które wzbudziła we mnie wędrówka Froda i Sama. Szczerze mówiąc, uważałam, że nigdy nie przeczytam już nic, co zawładnęło by moją wyobraźnią w takim stopniu jak historia Pierścienia. Na szczęście się myliłam i z wielką radością to przyznaję.

    W 2014 roku po raz pierwszy sięgnęłam po książkę autora, o którym do tej pory jakimś cudem nie słyszałam i o którym nie wiedziałam nic poza tym, że na swoim koncie ma multum grubych tomiszczy fantastycznych. Jak to ja, zamiast zacząć od początku, rozpoczęłam moją przygodę z Brandonem Sandersonem od środka, ale za to ambitnie. „The Way of Kings” to opasła, ponad tysiąc dwustu stronnicowa cegła, która pochłonęła mnie całkowicie w takim stopniu, że przeczytałam ją w dwa dni, by zaraz sięgnąć po „Words of Radiance”, drugą, równie ogromną część. Od tego czasu przeczytałam obie części z Archiwum Burzowego Światła parokrotnie, również po polsku (choć stanowczo preferuję wersję angielską, gdyż w tłumaczeniu polskim jest parę „kwiatków”, które mnie okropnie rażą).

   Tym oto sposobem dochodzimy do listopada 2017 roku, kiedy to moje biedne, spragnione serce doczekało się trzeciej części dziesięcio (ponoć) tomowego cyklu, pod tytułem „Oathbringer”. Do premiery zostały już tylko dwa tygodnie, książkę oczywiście zamówiłam z pół roku temu. W ramach oczekiwania postanowiłam przeczytać ponownie zarówno „Drogę królów”, jak i „Słowa światłości”. Raz, żeby sobie przypomnieć fabułę (a jest co przypominać!), dwa, żeby ponownie wejść w niesamowity świat wyobraźni Sandersona.

   Dziś skończyłam „The Way of Kings” w pięknej, wydanej w UK dwutomowej wersji i postanowiłam podzielić się swoimi odczuciami i wrażeniami. Nie będzie to tak pełna recenzja, jaką aż płonę, żeby napisać, ponieważ chciałabym uniknąć spoilerów fabularnych dla tych, którzy jeszcze książki przeczytać okazji nie mieli. Skupię się raczej na świecie i bohaterach, a jest to, co wszyscy wielbiciele twórczości Sandersona mogą potwierdzić, temat rzeka.

Świat

   Z ręką na sercu przyznaję – jestem zazdrosna o wyobraźnię Sandersona. Jak temu człowiekowi mieszczą się w głowie te wszystkie światy i te niezwykłe systemy magiczne, no jak?


   Czytałam kiedyś książkę, której autorka stwierdziła chyba, że po co się wysilać, skoro można „stworzyć” fantastyczną rzeczywistość poprzez nadanie znanym nam istotom i zjawiskom dziwnych nazw. Rozciągnęła tym sposobem przed czytelnikiem wizję „niezwykłego” świata, zapełnionego bzykami śpiewającymi wśród grzdów i narowistymi biechniakami ujeżdżanymi przez dzielnych krędziołków (inwencja twórcza moja, bo nie pamiętam i nie chcę pamiętać). Czytało się to to okropnie, wtórne to było i mdłe aż do bólu.

   U Sandersona jest to nie do pomyślenia. Jego cosmere zapełnione jest planetami, z których każda jest inna, a Roshar – świat „Drogi królów” króluje wśród nich swoją niezwykłością. Wyobraźmy sobie bowiem podmorskie krainy z długimi, falującymi wodorostami, chowającymi się i wychylającymi ukwiałami, malutkimi krabami i skorupiakami, a potem przenieśmy to wszystko na ląd. Otrzymujemy świat o niezwykłym kolorycie, z trawą chowającą się w ziemi w celu uniknięcia zdeptania, z ogromnymi stawonogami zamiast zwierząt pociągowych, z latającymi węgorzami. Co więcej, jedyna kraina, której flora i fauna przypomina tę naszą, ziemską, uważana jest za niezwykłą, wręcz dziwaczną i nienaturalną. Wszystko to opisane jest w niezwykle plastyczny, przemawiający do wyobraźni sposób, dzięki czemu wyobrażenie sobie ogromnego stwora kryjącego się wśród Strzaskanych Równin przychodziło mi równie łatwo, co przywołanie obrazu karalucha, brrr.

   Nie można również nie wspomnieć o sprenach, maleńkich istotach będących fizyczną manifestacją żywiołów (np. ogniospreny, wiatrospreny), uczuć (np. honorspreny), a nawet ran czy śmierci. Raczej wrażenia niż istoty myślące, spreny towarzyszą ludziom i wydarzeniom i nikt nie pomyśli, że mogą być czymś więcej (spoiler – mogą).

Mitologia i magia

   Sanderson znany jest jako twórca skomplikowanych i fascynujących systemów magicznych. Nie inaczej jest w przypadku „Drogi królów”, jest to jednak temat tak obszerny, że nie będę się w niego zbytnio zagłębiać, bo żeby go naprawdę poznać i zrozumieć, trzeba wyżej wymienioną pozycję przeczytać. Powiem tylko tyle: to, czego potrafią dokonać bohaterowie dzięki Wiązaniu Mocy, jest niesamowite, Ostrza Odprysku fizycznie przecinające rzeczy nieożywione i w niewytłumaczalny sposób „przecinające” duszę istot żywych są niezwykłe, a Pancerze, których posiadacze są niemal niepokonani w walce, godne swojej sławy. Niezwykle ciekawe są również kamienie Nadające Duszę (odmawiam używania słowa Duszniki, które pojawia się w polskiej wersji), dzięki którym powstają nie tylko drobne przedmioty użytku codziennego, ale wręcz całe obozy – miasta na Strzaskanych Równinach.

   Nie zapominajmy również o Przynoszących Pustkę (podobnie jak w przypadku Duszników, na słowo Pustkowce dostaję dreszczy), mitycznych stworach przynoszących zniszczenie i śmierć, które według legend zostały pokonane przez Świetlistych Rycerzy, a które w rzeczywistości nie zniknęły z Rosharu i … proszę sobie doczytać, mnie ujawnienie prawdy o nich zaskoczyło i nie chcę psuć przyjemności tego odkrycia przez niebaczne zaspoilerowanie.

Bohaterowie

   Z góry przepraszam za tę część wpisu, moja miłość do bohaterów „Drogi królów” jest zbyt wielka, by dało się ją ująć w koherentne zdania. Nie chcę również zdradzić zbyt wiele o fabule, która w dużej mierze rozwija się poprzez wybory i działania głównych postaci książki, proszę się więc nie dziwić, jeśli wyjdzie z tego pomieszanie z poplątaniem.

   Archiwum Burzowego Światła przewidziane jest na dziesięć tomów i, jak łatwo się domyśleć, ilość postaci przewijających się przez książki będzie ogromna. W samej „Drodze królów” mamy kilku (kilkunastu, jeśli liczyć wszelkiego rodzaju interludia) bohaterów z rozdziałami im poświęconymi. Główną trójkę stanowią: Kaladin, Ciemnooki oszczepnik, niewolnik, wreszcie członek drużyny mostowych; Shallan Davar, Jasnooka dziewczyna o niezwykłych zdolnościach malarskich i mrocznym sekrecie; Dalinar Kholin, jeden z dziesięciu Arcyksiążąt – najpotężniejszych ludzi w Alethkarze, jeśli nie na całym Rosharze, który zmaga się zarówno z pozostałymi książętami, jak i z własnym umysłem i wizjami, które go dręczą podczas arcyburz. Ta trójka ma do odegrania największą rolę w nadchodzących wydarzeniach i to na nich skupia się uwaga pisarza i czytelników.

 Ktoś musi zacząć. Ktoś musi wystąpić naprzód i zrobić to co jest właściwe, ponieważ jest właściwe. Jeśli nikt nie zacznie, to nikt nie może podążyć za nim.

   Nie będę pisała nic o historii Kaladina, powiem tylko tak – los nie daje chłopakowi chwili odpoczynku. Gdy wydaje się, że już gorzej być nie może, okazuje się, że przeznaczenie ma w zapasie jeszcze wiele kłód do rzucenia mu pod nogi. Kaladin to ciekawa postać, z jednej strony młodzieniec wykształcony (na tyle, na ile to możliwe w przypadku Ciemnookich), który zostałby chirurgiem, gdyby nie wojna i ludzka nienawiść; z drugiej strony oszczepnik, jakiego świat nie widział, obdarzony instynktem przetrwania i pomysłowością pozwalającą mu na trzymanie się życia mimo przeciwności. Równocześnie jest chłopakiem niezwykle wrażliwym, walczącym z depresją, a nawet myślami samobójczymi. To, w jaki sposób dba o swoich towarzyszy, jego chęć niesienia pomocy każdemu źle potraktowanemu przez los, sprawiły, że zakochałam się w nim na zabój. A ostatnie parę rozdziałów poświęconych jemu i Dalinarowi czytałam z wypiekami na twarzy i obgryzionymi z nerwów paznokciami.

Twierdzę, że żadne osiągnięcie nie ma tak wielkiej wagi jak droga, która do niego prowadziła. Nie jesteśmy istotami celu. To podróż nas kształtuje.

   Shallan, mimo bycia Jasnooką, a więc osobą uprzywilejowaną w społeczeństwie Alethich, pod pewnymi względami ma sytuację równie ciężką. To, co zaplanowała razem z braćmi, żeby uratować swój ród, ciąży jej na sumieniu, ale nie pozwala sobie na poddanie się zwątpieniu i wątpliwościom. Osóbka inteligentna, sprytna i zadziwiająco (jak na swoje wychowanie i dzieciństwo) silna psychicznie – Shallan nie poddaje się i nie zbacza z raz obranego celu i trudno jej za to nie szanować. Rysunki z jej notatnika ozdabiają całą „Drogę królów” i odgrywają ważną rolę w rozwoju fabuły, pozwalając Shallan dostrzec świat, z którego istnienia niewielu zdaje sobie sprawę. W pierwszym tomie cyklu odgrywa nieco mniejszą rolę niż Kaladin i Dalinar, ale w drugim staje się centralną postacią w walce z nadchodzącym nieszczęściem.

Nigdy nie oczekuj od ludzi poświęcenia, którego sam byś nie podjął. Nigdy nie każ im walczyć w warunkach, w których sam odmówiłbyś walki. Nigdy nie proś człowieka, by dopuścił się czynu, którym nie splamiłbyś swoich rąk.

   Dochodzimy wreszcie do Dalinara, którego ubóstwiam całym moim rozfantazjowanym serduchem. Nie wiem, co bardziej lubię w tej postaci, czy to, że jest jedynym z Arcyksiążąt kierującym się kodeksem honorowym, o którym większość zapomniała, czy jego dobroć i szlachetność. A może niesamowitą i rzadko w książkach fantasy spotykaną mocną i ciepłą więź, jaka łączy go z jego synami, Adolinem i Renarinem? Umiejętność przyznania się do błędu? Niegodzenie się na niesprawiedliwość i nieczułość w stosunku do tych o niższej pozycji społecznej? Może po prostu uwielbiam go za to wszystko na raz. Swoją drogą, z powyższego opisu wyłania się człowiek bez skazy, a przez to nudny i mało prawdziwy. Nic bardziej mylnego! Dalinar nie potrafi sobie poradzić z wizjami, które nachodzą go podczas arcyburz, polityk również z niego nie najlepszy, choć w przeciwieństwie do czasów młodości w dyskursie politycznym posługuje się nie tylko pięściami, ale również głową. Jest zbyt ufny w stosunku do Sadeasa, swojego dawnego przyjaciela, a obecnie głównego przeciwnika wśród Arcyksiążąt. Może właśnie dzięki tym wadom tak łatwo go polubić? Team Dalinar FTW!!!

   Sanderson skupia się na tej trójce, ale pozostałe postaci są równie ciekawe i charakterystyczne. Szeth, Zabójca w Bieli, od którego zaczyna się walka Alethich z Parshendi. Jasnah Kolin, córka króla, heretyczka i naukowiec, największy umysł Rosharu. Synowie Dalinara – Adolin, wielki wojownik i równie wielki podrywacz, oraz Rinarin, zupełne przeciwieństwo brata, spokojny intelektualista. Członkowie drużyny mostowych Kaladina, indywidualności z zaskakującą przeszłością i ukrytymi talentami. Wszystkie te postaci stanowią integralną część opowieści i nie są biernymi obserwatorami wydarzeń, którym pędu nadaje wielka trójca, lecz bardzo często to właśnie ci „poboczni” bohaterowie dają Kaladinowi, Shallan i Dalinarowi impuls do działania.

   Czy ktoś, jakaś niewidzialna istota, musi zadecydować, że coś jest dobre, żeby było dobre? Wierzę że moja własna moralność, która odpowiada tylko przed moim sercem, jest pewniejsza i bardziej prawdziwa niż moralność tych, którzy postępują właściwie jedynie dlatego, że boją się kary.

   Na zakończenie chciałabym przywołać inną pozycję z kanonu współczesnej fantastyki, czyli cykl George'a R.R.Martina "Pieśń lodu i ognia", równie epicką, z równie bogatą galerią postaci i rozwiniętym światem. Można powiedzieć, że jeżeli chodzi o strefę polityki i walki o władzę saga Martina wygrywa z cyklem Sandersona. Dla mnie jednak ten właśnie aspekt - im dalej w historię świata "Gry o tron", tym większe skupienie się na zagrywkach politycznych kosztem postaci - sprawia, że Archiwum Burzowego Światła jest ciekawsze i, nie ukrywając, lepsze. Owszem, tu również przepychanki między ludźmi u władzy, wbijanie rywalom noża w plecy i inne brudne zagrywki mają miejsce. Główni bohaterowie pozostają jednak sobą, rozwijają się w oparciu o to, co dobre i właściwie, o trwanie przy własnej moralności. Dlatego właśnie wraz z każdą kolejną stroną lubię ich coraz bardziej, dlatego nie ma rozdziałów, które mam ochotę ominąć, bo przestało mi zależeć na losach takiego czy innego bohatera (co niestety ma miejsce w sadze Martina). "Pieśń lodu i ognia" przeczytałam z wypiekami na twarzy, ale czy sięgnę po nią jeszcze kiedyś? Nie jestem pewna, czy np. przed publikacją nowej części będzie mi zależało, żeby przypomnieć sobie, kto z kim, co i jak. Do książek z cyklu Archiwum Burzowego Światła wracam co parę miesięcy i odkrywam za każdym razem coś nowego i interesującego. Świadczy to o mistrzostwie Sandersona i jak dla mnie to on, a nie Martin, jest najlepszym pisarzem fantasy od czasów Tolkiena.

   Tym, którzy dotrwali do tego momentu gratuluję! Nie wiem, ile z mojego uwielbienia dla Sandersona i jego Archiwum Burzowego Światła udało mi się przelać w słowa, nie wiem, czy kogokolwiek zachęciłam do przeczytania tej książki (choć mam ogromną nadzieję, że jednak parę osób się znajdzie). Ciekawa jestem opinii tych, którzy podzielają moje odczucia i uczucia w stosunku do tej książki, a także tych, którym jakimś niezrozumiałym dla mnie sposobem "Droga królów" do gustu nie przypadła. 

   Ponieważ najbliższe parę dni spędzę w szpitalu (jak już ma się coś nie tak wydarzyć, to wszystko na raz), zabieram ze sobą "Words of Radiance", czasu na czytanie będę miała od groma, ale kolejny odcinek z cyklu "fangirlowanie fajne jest, a jak o Sandersonie, to już w ogóle" pojawi się dopiero po moim dojściu do stanu używalności. Do tego czasu raz jeszcze zachęcam wszystkich do sięgnięcia po tę książkę, proszę się nie przerażać rozmiarem, naprawdę warto!


Ocena (która nikogo nie powinna dziwić): ★★★★★

niedziela, 29 października 2017

Deszczowy book haul - październik 2017☆ミ

   Za oknem pada i pada, w domu ciepło i przytulnie, aż chce się wziąć do ręki książkę i czytać. Pogoda nie zachęca do wychodzenia z mieszkania, i dobrze, oznacza to bowiem mniejszą ilość odwiedzin w księgarniach. Można powiedzieć, że to właśnie dzięki aurze po raz pierwszy od początkowego wpisu na tym blogu udało mi się ograniczyć zakupy książkowe. Październik kończę na ośmiu nowych pozycjach, co stanowi połowę zakupów wrześniowych!

   Osiem nowych książek podzielonych na kategorie prezentuje się następująco:

  • cztery pozycje polskojęzyczne,
  • jedna manga po japońsku,
  • trzy e-booki po angielsku.
   Pierwszą z nowych książek październikowych była "Złotowidząca. Ucieczka" Rae Carson, której recenzję można znaleźć o tu, a której zdjęcia nie wstawię, bo zaraz po przeczytaniu pożyczyłam ją znajomej. Przygodowa młodzieżówka z elementami westernu i fantastyki bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, dlatego z przyjemnością postanowiłam kupić część drugą - "Złotowidząca. Schronienie". Czy wspominałam już, jak podobają mi się projekty okładek tej serii? 
 

   Kolejne dwie pozycje to tytuły znalezione wśród wielu blogowych recenzji, które zaciekawiły mnie na tyle, że postanowiłam je zamówić, mimo, że zazwyczaj unikam kupowania książek zupełnie dla mnie nowych, z autorami, których nie znam. Pierwszą z nich jest polecany przez Martę z Fantastyczne książki i jak je znaleźć "Wszechświat w twojej dłoni" Chrisophe'a Galfarda. Ja, matematyczny i fizyczny matołek, porywająca się na książkę o fizyce? A mówili, że cuda się nie zdarzają....


   Druga książka to coś bardziej w moim stylu, a do zakupu zachęciła mnie recenzja na blogu Zatracona w słowach.  Lubię elementy militarystyczne w fantastyce, mam nadzieję, że i w "Tysiącu imion" Django Wexlera będzie się dużo działo.


   W październiku ograniczyłam również zakupy mangowe (mimo, że BookOff, w którym zazwyczaj je kupuję, posiada ogromną kolekcję moich ulubionych tytułów za 100 jenów, czyli ok. 3,5 zł). Jedynym tomikiem nabytym w październiku jest dwudziesta ósma część przygód moich ulubionych siatkarzy, czyli  "Haikyuu!!". Oczywiście już przeczytana od deski do deski, nie raz i nie dwa. Teraz znowu będę czekać 3 miesiące na kolejny tomik *wzdech*


   Jeżeli chodzi o e-booki, to jak zwykle nie mogłam się oprzeć syreniemu śpiewowi Amazona i jego promocji książek za parę złotych. "Vengence Road" Erin Bowman to zakup okładkowy, przyznaję bez bicia. Widziałam tę książkę raz czy dwa na youtubie, ale nie mam bladego pojęcia, o czym opowiada, natomiast okładka przemówiła do mnie swoim projektem i kolorystyką. "Humans wanted" pod redakcją Vivian Caethe to zakup zupełnie przypadkowy przede wszystkim ze względu na to, iż nie miałam pojęcia, że ta książka istnieje. A przecież pomysł, który stał się inspiracją do jej powstania znam bardzo dobrze z tumblra. Mam nadzieję, że uda mi się w tym tygodniu napisać jej recenzję, w której wytłumaczę dokładniej, co, kto i dlaczego (choć może być ciężko, gdyż po raz kolejny "Droga królów" Brandona Sandersona pochłonęła mnie zupełnie i trudno mi odłożyć ją na bok, nawet na parę minut). Ostatnim e-bookiem jest "Red Rising" Pierce'a Browna, o której sporo słyszałam na anglojęzycznym booktubie i nic zupełnie na polskim. I znowu, oprócz tego, że jest to dystopia, nie wiem nic na temat tej książki. Wiele osób, których książkowe gusta podzielam, wypowiadało się o niej pochlebnie, pożyjemy, zobaczymy.
 

   To by było na tyle, jeśli chodzi o zakupy październikowe, natomiast nie są to wszystkie książki, które powiększyły moją kolekcję w tym miesiącu. "Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u" Anny Sulińskiej są prezentem od mojej cioci, która zapewne doszła do wniosku (słusznego zresztą), że jako stewardesa będę zainteresowana historią tej profesji w Polsce. Ciekawe, na ile praca na pokładzie zmieniła się od początków lotnictwa cywilnego w naszym pięknym kraju? 


   Ostatnia z wymienionych książek to wygrana w konkursie księgarni Bonito, tym bardziej zaskakująca, że pisząc się na udział w nim nie interesowałam się specjalnie samą nagrodą. A tu proszę, taka niespodzianka. O "Koszmarnych istotach, które spotykasz każdego dnia" Marco Kubisia nie wiem nic i, szczerze mówiąc, nie specjalnie mnie ciągnie, żeby się dowiedzieć, bo w moim odczuciu pisarstwo youtuberów jest często kiepskie i zupełnie niepotrzebne. Kto wie, może Kubiś udowodni mi, że to mylne przekonanie?


   Listopad będzie stał pod znakiem Brandona Sandersona i jego Archiwum Burzowego Światła (do premiery "Oathbringera" jeszcze tylko kilkanaście dni!!!), w związku z czym nie wiem, ile z zakupów październikowych będę w stanie przeczytać, wierzę jednak, że przynajmniej parę z nich znajdzie się w postaci recenzji na tym blogu.

   Mam nadzieję, że i Wasz październik był książkowo owocny i interesujący, a nadchodzący listopad przyniesie wiele pozytywnych czytelniczych zaskoczeń.  


sobota, 28 października 2017

Prawie się udało - podsumowanie Spookathonu ☆ミ

   Tak jak przypuszczałam, dwa dni w samolocie i długa wizyta u dentysty nie pozwoliły mi na ukończenie Spookathonu ze stuprocentowym wynikiem, choć gdyby nagiąć trochę reguły i np. uznać, że ze względu na dwa dni stracone powinnam doliczyć sobie jeden dodatkowy dzień, a wtedy wszystkie wyzwania zostałyby ukończone... Dobrze, już przestaję oszukiwać, wynik i tak jest zadowalający, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności przyrody.

   Spookathon odbywał się w dniach 16-22 października i zawierał w sobie pięć wyzwań, z których udało mi się skończyć trzy, a z dwoma pozostałymi prawie zdążyłam.


   Wyzwaniem I było przeczytanie thrillera i wywiązałam się z niego zaraz na początku maratonu. "Jaskiniowiec" Horsta czytało się bowiem szybko i przyjemnie, i choć dopiero po ukończeniu książki zdałam sobie sprawę, że rozpoczęłam przygodę z autorem od dziewiątego tomu cyklu, zupełnie tego nie odczułam, bo autor potrafił stworzyć bohaterów, którzy i bez tła osobistego przyciągnęli moją uwagę, a i fabuła zaciekawiła mnie i wciągnęła na tyle, że poradziłam sobie z książką w jeden dzień.

Ilość stron: 336



   Wyzwanie II to książka ze strasznym słowem w tytule. To zadanie również zakończyło się sukcesem. "This Monstrous Thing" Mackenzi Lee to opowiedziana na nowo historia Frankensteina i jego potwora, choć dziejąca się w steampunkowej, alternatywnej rzeczywistości. Debiut autorki oceniam za udany, bo opowieść o przygodach młodego Alasdaira i jego mechanicznego potwornego brata, podobnie jak wspomniany wyżej "Jaskiniowiec" wciągnęła mnie na tyle, że pochłonięcie jej zajęło mi zaledwie parę godzin.

Ilość stron: 374



   Wyzwanie V dotyczyło książki, której akcja umiejscowiona jest w przerażającym otoczeniu. Ja nagięłam je trochę ze względu na wielką ochotę na przeczytanie "Scythe" Neala Shustermana, która to pozycja nie pasowała do żadnego innego wyzwania, ale ponieważ świat bez naturalnej śmierci, zamiast której władzę nad życiem ludzi sprawują Kosiarze wydaje mi się wystarczająco przerażający, postanowiłam dopasować ją tutaj. I znowu okazało się, że wybrałam dobrze, bo "Scythe", mimo pokaźnych rozmiarów, przeczytałam niemal w całości w pociągu na trasie Katowice-Warszawa.


Ilość stron: 448

   Poległam na wyzwaniu III (książka o czymś, co przerażało w dzieciństwie) i IV (książka z pomarańczowym kolorem na okładce), mimo że akurat w tym wypadku zdecydowałam się na jedną i tą samą pozycję. "A Mountain Walked", zbiór opowiadań nawiązujących do twórczości Lovecrafta, skończyłam czytać w poniedziałek po południu, a więc dzień po zakończeniu maratonu. Bynajmniej nie dlatego, że źle mi się go czytało lub źle był napisany. Powód nieprzeczytania na czas leżał gdzie indziej - książka ta to 610-stronnicowa cegiełka po angielsku, na dodatek wiele z opowiadań powstało w pierwszej połowie XX wieku, więc ich język do najłatwiejszych nie należy. Niedzielny wieczór zakończyłam około pięćsetnej strony, ale nie miałam siły, by walczyć ze zmęczeniem i dokończyć pozycję na czas.

   Podsumowując: trzy z pięciu wyzwań zakończyły się pełnym sukcesem, do ukończenia pozostałych dwóch zabrakło parę godzin. Przeczytałam razem 1658 stron (jeśli policzyć do końca "A Mountain Walked" to ostateczną liczbą jest 1768), a więc całkiem nieźle. Żadna z wybranych do Spookathonu książek nie zawiodła moich oczekiwań, dzięki czemu uważam październikowy maraton za udany. Zapraszam do recenzji spookathonowych wyzwań książkowych i życzę miłego, zaczytanego końca października.

wtorek, 24 października 2017

Cena za nieśmiertelność - Neal Shusterman "Scythe"

   Wyobraźmy sobie świat, w którym ludzkość pokonała swojego największego wroga - śmierć. Nikt nie umiera śmiercią naturalną, nikt tak naprawdę nie ginie w wypadkach na drodze, nawet upadek z dachu drapacza chmur kończy się na "śmierci tymczasowej", o której po paru dniach się zapomina i żyje dalej. Raj na ziemi, prawda? Problemem jest właściwie tylko przyrost naturalny, który zapełnia Ziemię kolejnymi miliardami ludzi i z którym trzeba sobie jakoś radzić. I tu do akcji wkraczają Kosiarze - grupa wybranych, których jedynym zadaniem jest kontrola populacji poprzez zadawanie nieodwracalnej śmierci. Kosiarze darzeni są szacunkiem, podziwem, ale i strachem, bo od wyroków przez nich wydanych nie ma odwołania i ucieczki, a próba sprzeciwu kończy się okrutną karą, czyli śmiercią całej rodziny buntownika. Z drugiej strony, szansa na bycie wybranym do odstrzału jest jedna na milion, więc większość ludzi cieszy się nieśmiertelnością bez żadnych zmartwień.

   "Scythe" Neala Shustermana (w Polsce wydana pod tytułem "Kosiarze") jest opowieścią o takim właśnie utopijno-dystopijnym świecie. Główni bohaterowie, Citra i Rowan, to dwójka nastolatków, którzy pewnego dnia spotykają na swojej drodze Kosiarza Faradaya, i dzięki swoim niewyparzonym gębom (oraz specyficznym cechom charakterów) dostają od niego propozycję nie do odrzucenia - mają zostać jego uczniami w fachu zadawania śmierci. Żadne z nich nie jest tym zachwycone i początkowo postanawiają zrobić wszystko, byle tylko obrzydzić do siebie Faradaya i rozczarować go na tyle, żeby pozwolił im wrócić do dawnego życia. Z czasem okazuje się jednak, że stary Kosiarz dobrze wiedział, kogo wybrać na swoich praktykantów, bo Citra i Rowan nie dość, że zaczynają się przekonywać do makabrycznego zawodu, to na dodatek zwracają na siebie uwagę innych Kosiarzy. Co niestety nie przynosi im nic dobrego...

   Temat śmierci i nieśmiertelności poruszany w literaturze i sztuce był od niepamiętnych czasów. Setki bohaterów książkowych i filmowych pragnęło zwycięstwa nad śmiercią i życia wiecznego, zazwyczaj jednak pogoń za nieśmiertelnością kończyła się dla nich nieszczęśliwie, samotnością, znużeniem życiem i pragnieniem tego, z czym tak mocno walczyli i co znalazło się poza ich zasięgiem. U Neala Shustermana nieśmiertelność zdaje się na pozór być czystą radością i wiecznym szczęściem, ale i tutaj nie wszystko jest tak różowe, jakby się zdawało. Artyści tworzą sztukę pozbawioną duszy, młodzi ludzie dla zabawy wymyślają coraz obrzydliwsze i wymyślne sposoby na "tymczasową" śmierć, a nad wszystkim wisi widmo Kosiarzy, którzy w miejsce boga rządzą życiem i śmiercią. Co więcej, zakon Kosiarzy toczy od wewnątrz rak, którym jest korupcja i szaleństwo, nad którymi nikt tak naprawdę nie sprawuje kontroli, gdyż Thunderhead (sztuczna inteligencja sprawująca pieczę nad całym światem) na mocy prawa nie może wtrącać się w sprawy zakonu.

   Neal Shusterman stworzył świat ciekawy i nietypowy, chociażby z powodu Thunderheada, dzięki któremu na świecie panuje pokój i dobrobyt (a nie dystopijna przyszłość znana choćby z "Terminatora"), jak i samej postaci Kosiarza, którym nie jest żadna nadnaturalna istota, ale zwykły człowiek, z wszystkimi jego zaletami i wadami.

   Główni bohaterowie to dwójka młodych ludzi, którzy z jednej strony zachowują się jak przeciętne nastolatki, a z drugiej wykazują się sporymi talentami i indywidualnością. Rowan musi przejść drogę stanowczo trudniejszą i mroczniejszą niż Citra, zmienia się więc bardziej niż jego towarzyszka, ale na szczęście nie traci swoich pozytywnych cech, dzięki którym na początku książki można go polubić. Citra za to staje się stanowczo ciekawsza wraz z kolejnymi rozdziałami, dzięki czemu z denerwującej, zwyczajnej uczennicy zmienia się w młodą kobietę o mocnym kręgosłupie moralnym, umiejącą radzić sobie w trudnych sytuacjach z wyczuciem, ale i pomysłowością.

   Właściwie jedynym, co mnie może nie tyle denerwowało, ile powodowało ból oczu przy częstym ich wywracaniu, było uczucie łączące tych dwojga. Ja wszystko rozumiem, wspólna nauka i trening, stawianie czoła przeciwnościom, bla bla bla, ale żeby przejść z niechęci do miłości w ciągu trzech miesięcy, bo tyle mniej więcej to zajęło? I wytrzymać w tym uczuciu przez cały rok bez żadnego kontaktu? W wieku, w którym nad uczuciami wcale nie jest łatwo panować? Jakoś mnie to nie przekonało, a przynajmniej nie w wykonaniu Shustermana. Co nie znaczy, że to jakiś ogromny zarzut, bo na szczęście obyło się bez cukierkowości i nadmiernego wzdychania do ukochanej/ukochanego. Komuś o bardziej romantycznej duszy moje odczucia mogą nawet nie przyjść do głowy.

   Książka kończy się rozwiązaniem paru wątków, ale równocześnie ostatni wpis w pamiętniku Citry zapowiada dalszą walkę o powrót do ideałów pierwszych Kosiarzy, a ponieważ tytuł drugiego tomu ma brzmieć "Thunderhead", domyśleć się można, że i sztuczna inteligencja będzie miała w nim więcej do powiedzenia. Nie pozostaje więc nic innego, jak czekać do początku stycznia 2018 roku. Tych, którzy jeszcze nie zapoznali się z przygodami Citry i Rowana zapraszam do lektury, bo mimo blisko pięciuset stron książkę czyta się niezwykle szybko i przyjemnie, a opowieść o zastępcach Śmierci wciąga i wbrew pozorom daje dużo do myślenia (zwłaszcza cytaty z pamiętników Kosiarzy).


autor: Neal Shusterman
tytuł: Scythe
tytuł polski: Kosiarze
cykl: Arc of a Scythe (Żniwa śmierci)
wydawnictwo: Simon & Schuster Books for Young Readers
ilość stron: 448


ocena: ★★★☆☆ 1/2