wtorek, 19 czerwca 2018

Cienka, szara linia między pozytywem i negatywem - Klaudiusz Szymańczak "Negatyw"

   Nie wiem, czy też tak macie, drodzy Odwiedzający, że niekiedy książka niekoniecznie bardzo dobra, wręcz powiedziałabym przeciętna, spełnia dokładnie Wasze oczekiwania i dobrze się przy niej bawicie mimo wszystkich jej niedociągnięć? I potem ciężko jest Wam ją ocenić, bo z jednej strony spełniła swoje zadanie, czyli dostarczyła Wam niezłej rozrywki, a z drugiej widzicie wszystkie błędy i braki w fabule czy kreacji bohaterów? Dla mnie taką właśnie pozycją jest książka Klaudiusza Szymańczaka, będąca zresztą jego literackim debiutem.

   "Negatyw" jest historią śledztwa, a właściwie dwóch śledztw, prowadzonych w dwóch różnych ramach czasowych i na dwóch różnych kontynentach. Oba łączy postać agenta FBI, Johna Slade'a, wywodzącego się z rodziny polskich imigrantów Amerykanina, który z nowojorskiej policji przeszedł do Federalnego Biura Śledczego i od razu zwrócił na siebie uwagę przełożonych jako człowiek z bystrym umysłem, nietypowym spojrzeniem na pewne sprawy i wykazujący się dużą inicjatywą. Jemu właśnie polecono rozwiązać sprawę śmierci syna amerykańskiego dyplomaty w Warszawie, o czym opowiada jeden wątek, a także zagadkowej śmierci w Harlemie w Nowym Jorku (wątek drugi).

   Napisałam we wstępie, że książka Szymańczaka jest książką przeciętną, gdyż to słowo najlepiej ją opisuje. Zaznaczyć muszę od razu, że nie jest to przeciętność negatywna, która sprawia, że mogłabym żałować sięgnięcia po tę pozycję. To jest taka przeciętność, która objawia się brakiem fajerwerków i nagłych zwrotów akcji, która nie zaskakuje i nie zmusza do myślenia, ale równocześnie nie nudzi i mimo wszystko zaciekawia i zachęca do przeczytania do końca, żeby się dowiedzieć, kto, jak i dlaczego.

   Agent Slade jest typem bohatera, który nie skrada serca czytelnika, tylko zadomawia się w nim stopniowo i powoli. Człowiek o wyraźnych zasadach moralnych, elastyczny w myśleniu, dzięki czemu dostrzega to, co innym może umknąć. Żaden z niego Bond, kojarzył mi się raczej z porucznikiem Colombo, choć może bez jego uroku i z bardziej pasującą agentowi FBI aparycją. Pisarz chce nam przedstawić go jako kogoś wyjątkowego, o kim jego przełożeni mówią, że wybija ponad przeciętność, że ma w sobie to coś. Cóż, jak dla mnie Slade nie popisuje się niczym wybitnym, po prostu wykonuje swoją pracę i robi to, co do niego należy. Jeżeli to miałaby być ponadprzeciętność, to z FBI musi być naprawdę krucho.

   Także sama fabuła nie stanowi o oryginalności czy wyjątkowości tej książki. Mamy dwa śledztwa, zupełnie zresztą ze sobą nie powiązane (o czym jeszcze napiszę), w których krok po kroku, za sprawą sprawdzonych technik śledczych i odrobiny inwencji twórczej głównych bohaterów (bo w śledztwie polskich towarzyszy Slade'owi dwójka polskich policjantów z dochodzeniówki) dochodzimy do rozwiązania zagadki śmierci syna dyplomaty i latarnika z Wisconsin. Jak już wspomniałam, nie ma tu żadnych fajerwerków, choć wyniki śledztwa w przypadku wątku amerykańskiego mogą odrobinę zaskoczyć.

   Gdzie leży więc przyczyna przeciętności powieści Szymańczaka? Dla mnie istnieją dwa powody, które zaniżyły ocenę książki. Pierwszy z nich to podzielenie książki na dwa wątki, z których ten warszawski, choć ciekawy ze względu na spojrzenie na polską rzeczywistość okiem kogoś z zewnątrz, jest tak naprawdę zupełnie niepotrzebny. Albo inaczej, byłby niezłym pomysłem na kolejną powieść o przygodach agenta Slade'a, tutaj natomiast został potraktowany po macoszemu, w drugiej części książki rozdziałów mu poświęconych prawie nie ma. Nie wiem, czy to świadomy wybór autora, czy też pomysł wydawcy, w każdym razie według mnie książka zyskałaby dużo na tempie i intrydze, gdyby go nie było. Drugi powód jest bardzo subiektywny i być może inni czytelnicy zupełnie go nie zauważą tudzież nie będzie im przeszkadzał. Chodzi mi o podejście bohatera do kwestii rasizmu i tolerancji. Ci, którzy czytali książkę i zaraz naskoczą na mnie z krzykiem, że przecież John Slade brzydzi się rasizmem, jak każdy normalny człowiek powinien, i że ma przyjaciół wśród czarnych mieszkańców Ameryki, i że kolor skóry dla niego nie jest ważny, i że takich tolerancyjnych bohaterów potrzebujemy więcej, proszeni są o poczekanie z linczem jeszcze chwilę. Wszystko to prawda i chwała Slade'owi za to, że stara się być człowiekiem bez uprzedzeń, a jeśli takie zauważy, stara się je wyplenić i być lepszym. Nie podoba mi się natomiast sposób, w jaki pisarz stara się nam to wszystko wcisnąć do gardła  i dopchać ręką, żeby weszło głębiej. Za każdym razem, gdy Slade ma coś do powiedzenia na temat niesprawiedliwości rasowej i społecznej, robi się z tego niemal wywód filozoficzny (i tak, wiem, że z wykształcenia jest filozofem), ale pal licho, nie do zniesienia dla mnie jest to, że obecni w takich momentach ludzie należący do szykanowanych grup społecznych, zwłaszcza Afro-Amerykanie, natychmiast zaczynają pałać do Slade'a wielką przyjaźnią, w ich oczach pojawiają się serduszka i nachwalić się nie mogą, jakim to cudownym białym przyjacielem jest tenże agent. Ta ich reakcja wprawiała mnie za każdym razem w zakłopotanie i zdenerwowanie. Nie lepiej było zostawić to na wewnętrzne rozmyślania bohatera i przełożyć to na jego zachowanie? Po co te brawa za bycie kimś, kim człowiek po prostu powinien być i bez przyklasku otoczenia? Wiem, co Klaudiusz Szymańczak chciał ustami swojego bohatera powiedzieć, ale sposób, w który się do tego zabrał, zupełnie do mnie nie przemawia.

   To powiedziawszy, mimo wszystko polecam sięgnąć po "Negatyw", ponieważ nie jest to książka zła, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że to autorski debiut. Powieść jest sprawnie napisana, a jej fabuła nie ma żadnych niedociągnięć logicznych. Język Szymańczaka, bardzo naturalny i lekki sprawia, że przez książkę się mknie, choć rozbicie na dwa wątki w dwóch różnych ramach czasowych może trochę zaburzać rytm czytania. Powiem wręcz, że jeśli ktoś zupełnie nie zgodzi się z drugim z moich zarzutów, książka może zyskać nawet gwiazdkę więcej. Ja mam nadzieję, że autor nie porzuci agenta Johna Slade'a i będziemy mieli okazję spotkać się z nim podczas innego śledztwa, tym razem może w całości związanego z Polską?


tytuł: Negatyw
autor: Klaudiusz Szymańczak
wydawnictwo: Burda Książki
liczba stron: 454



ocena: ★★★☆☆

sobota, 9 czerwca 2018

Weź głęboki wdech i pozwól sobie utonąć - Marta Kisiel "Toń"

   Przez długi, długi czas należałam do grona tych polskich wielbicieli fantastyki, którzy pochłaniali setkami książki pisarzy zagranicznych, omijając zupełnie nasze rodzime podwórko. Potem pojawił się Sapkowski ze swoim wiedźminem, gdzieś tam mignął Grzędowicz i Achaja Ziemiańskiego, i tyle. Czy wynikało to z zupełnej nieznajomości polskiego rynku, czy może z niewiary w umiejętności polskich autorów, dość rzec, że dopiero niedawno zaczęłam sięgać do, jak się okazało, całkiem szerokiego grona nadwiślańskich twórców. Zaczęło się od Anny Lange i jej Clovisa LaFaya, a potem już poszło. Nie wszystkie książki mi się spodobały, niektóre urzekły mnie całkowicie (do dziś myślę o "Starej Słaboniowej" Joanny Łańcuckiej), inne były takie sobie, jak choćby "Szeptucha" Katarzyny Bereniki Miszczuk, ale wszystkie one odbudowały, czy też raczej zbudowały moją wiarę w rodzimą fantastykę. Wśród pisarzy o największym według mnie potencjale znalazła się Marta Kisiel, którą poznałam w sympatycznym "Dożywociu", a która wspięła się na szczyt ulubionych polskich autorów z najnowszą swoją opowieścią.

   "Toń", bo o niej mowa, premierę swoją miała w maju i jest jedną z nielicznych książek, które przeczytałam zaledwie parę dni po ukazaniu się w księgarniach. Opowiada ona historię trójki niezwykłych kobiet, a także paru innych dziwacznych i intrygujących osób. Wszystko zaczyna się od Dżusi, która przyjeżdża do Wrocławia na wezwanie swojej ciotki, by zaopiekować się jej mieszkaniem. Zakręcona, zwariowana dziewczyna zjawia się w mieście i od razu łamie najważniejsze zasady panujące w świecie ciotki Klary, wpuszczając do mieszkania tajemniczego Ramzesa i uruchamiając tym samym lawinę zdarzeń, z którymi będzie sobie musiała poradzić ona, jej siostra Eleonora, różna od Dżusi jak ogień od wody, oraz budząca szacunek i strach ciotka Klara. Do tego wszystkiego dochodzi wspomniany wyżej Ramzes, nietypowy zegarmistrz Gerd oraz przesympatyczny chłopak Dżusi, Karolek.

   To, co urzekło mnie już w "Dożywociu", a zachwyciło w "Toni", to język Marty Kisiel. Ależ ta kobieta potrafi się posługiwać naszym językiem! Na równi lekkim piórem kreśli naturalnie brzmiące, zabawne dialogi i delikatne metafory, a wszystko okrasza ironicznym i lekko złośliwym poczuciem humoru. Rozmowy między siostrami Stern zdają się zapisem normalnej, codziennej konwersacji, bardziej niż literackim ich przedstawieniem. Wiecie o co mi chodzi? Czytając te dialogi miałam wrażenie, że siedzę obok dwóch współczesnych młodych kobiet i słucham ich rozmów "na żywo", i nie raz i nie dwa myślałam sobie, że dokładnie tak brzmię, gdy spotykam się ze swoją siostrą. Równocześnie jednak nie jest to język prosty (prostacki?), ma swój rytm i melodię, a już w opisach Marta Kisiel daje prawdziwy popis umiejętności językowych, gdzie wszystko jest na swoim miejscu i ani jedno słowo nie sprawia wrażenia niepotrzebnego.

    Język to nie jedyny plus prozy autorki. Udało jej się stworzyć galerię niezwykle barwnych indywidualności, w której nawet postaci poboczne zaciekawiają, a główni bohaterowie to gromada sympatycznych dziwaków, którzy potrafią skraść serce czytelnika. Kolorowa i zakręcona Dżusi, chłodna, pedantyczna Eleonora, ciotka Klara, skrywająca pod maską twardości i zimna traumatyczne dzieciństwo - nie sposób ich nie polubić, choć każda z nich ma swoje ciemniejsze strony. I choć to one stanowią trzon, wokół którego kręci się cała intryga, nie są jedynymi postaciami, na których można zawiesić oko. Tak zwana płeć brzydka jest równie dobrze reprezentowana, a przy tym każdy z panów prezentuje zupełnie różny typ mężczyzny. Tajemniczy Ramzes, który nie do końca jest tym, na kogo wygląda (czyli ekscentrycznym antykwariuszem), zegarmistrz Gerd, który bynajmniej nie zajmuje się wyłącznie naprawą zwykłych zegarków, no i wreszcie Karolek, słodki, dobry Karolek, który skrada serca swoją misiowatością i dobrym jedzeniem.

   Cała ta szalona gromada byłaby w stanie pociągnąć każdą, nawet kiepską historię. Na szczęście jednak Marta Kisiel oprócz świetnych postaci potrafi również stworzyć ciekawą fabułę, opartą na intrygującym pomyśle ludzi, którzy potrafią duchowo przenosić siebie i ludzi im towarzyszących w czasie. Już samo w sobie stanowiłoby to wystarczającą podbudowę pod intrygę, ale "Toń" jest przede wszystkim historią rodziny Sternów, z wszystkimi ich sekretami i mrocznymi tajemnicami, a także opowieścią o tym, jak strasznymi w skutkach potrafią być chciwość i nieczułość, jak traumatyczne wydarzenia z młodości potrafią wypaczyć spojrzenie na świat i jak trudno naprawić i utrzymać relacje rodzinne z całym tym bagażem na plecach.

   Próbowałam znaleźć coś, co można by "Toni" zarzucić, bo nie może być tak, żeby było tylko różowo. Próbowałam, ale jedyne, co mi przychodzi na myśl to to, że książka powinna być dłuższa. Przeleciałam przez nią szybko, wręcz zbyt szybko, a chciałabym zanurzyć się w opowieści o siostrach Stern jeszcze głębiej i na dłużej. Myślę, że autorka mogła rozwinąć niektóre wątki, a i zakończenie, choć całkowicie pasujące do charakteru opowieści, zostawia odrobinę niedosytu, że jak to, że już koniec?

   Podsumowując ten przydługi wywód, "Toń" to kawał naprawdę dobrze napisanej literatury, mieszającej w sobie kilka różnych gatunków, bo i sagi rodzinnej, i lekkiego kryminału, posypanych nutką fantastyki i szczyptą komedii, która przyciąga świetnym językiem i sympatycznie skrzywionymi bohaterami. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji sięgnąć po książki Marty Kisiel, sięgnijcie po "Toń", a nie będziecie zawiedzeni.


*Pisząc tę recenzję zdałam sobie sprawę, że wśród książek polskich pisarzy, które sprawiły na mnie najlepsze wrażenie, zdecydowanie dominują te napisane przez panie. Zdziwiło mnie to i mile zaskoczyło, bo zazwyczaj to panowie dominują na moich półkach. Drogie Panie, oby tak dalej! 


tytuł: Toń
autor: Marta Kisiel
wydawnictwo: Uroboros
liczba stron: 320


ocena: ★★★★☆

środa, 6 czerwca 2018

Majowe podsumowanie czytelnicze ☆ミ

   Podsumowania czytelnicze i nie tylko, jak się zaraz okaże.

   Zanim jednak przejdę do podsumowań, chciałabym Was wszystkich poinformować, że stało się nieprawdopodobne - założyłam stronę na facebooku i konto na Instagramie! Ja, która czuje się w odmętach mediów społecznościowych jak nie przymierzając struś w morzu. Czytaj, niezbyt dobrze. Chmurzaste Zaczytanie na facebooku to przede wszystkim dobry sposób na śledzenie nowych wpisów, bo wiele więcej się tam nie dzieje i raczej dziać nie będzie. Za to prowadzenie konta instagramowego powoli zaczyna mi się bardzo podobać, dlatego serdecznie zapraszam do podziwiania moich "arcydzieł" sztuki fotograficznej, mam nadzieję, że z każdym kolejnym zdjęciem będzie tylko lepiej.

   Autopromocji koniec, czas na podsumowanie.

   Maj był miesiącem ogromnej ilości zakupów, o których możecie przeczytać we wpisie book haulowym, szybkiego czytania na początku miesiąca, kiedy to w dziesięć dni przeczytałam sześć z jedenastu skończonych pozycji, mniejszej ilości recenzji ze względu na brak czasu i jednego bardzo miłego spotkania. Ale od początku.

   Piękny, wiosenny maj skończyłam jedenastoma przeczytanymi pozycjami, w tym:

  • dwoma mangami po japońsku,
  • dwoma książkami po angielsku (coś wyjątkowo mało, jak na mnie),
  • siedmioma książkami po polsku.
   Może zacznę od mang, o których wiele tu pisać nie będę. 

   "Ojisama to Neko" Sakurai Umi to przesłodka, prześliczna opowiastka o przyjaźni grubiutkiego kota i starszego pana, wpis pełen zachwytów i rozpływania się możecie przeczytać tutaj. Jeśli chodzi o "Haikyuu!!" vol.31 to jak zwykle było sportowo, z dużymi emocjami i mniejszą niż zazwyczaj dawką humoru, ale w końcu grają chłopcy w najważniejszych w ich szkolnym życiu zawodach, więc ten tego. 


   Wyjątkowo skromnie przedstawia się lista książek anglojęzycznych, bo zamyka się w zaledwie dwóch pozycjach. 

   "Morning Star" to świetne zakończenie trylogii "Red Rising" Pierce'a Browna, nic tylko życzyć sobie, żeby więcej serii kończyło się tak dobrą odsłoną. Recenzję mam w planach od miesiąca, ale biorąc pod uwagę, jak wyglądać będzie początek czerwca, jeszcze trochę potrwa, zanim będziecie ją mogli przeczytać. 

   Druga z książek w języku Shakespeara to zbiór opowiadań "Meet Cute" różnych autorów. Właściwie nie mam wiele do powiedzenia o tym e-booku, bo w takiej formie go przeczytałam. Ot, krótkie, niezbyt skomplikowane i w większości zupełnie przeciętne opowiadania o momentach, w których bohaterów trafia strzała amora, a przynajmniej bardzo blisko nich przelatuje. 


   Przechodzimy wreszcie do największej grupy, czyli książek przetłumaczonych na bądź napisanych po polsku. Tutaj rozrzut panuje spory, od thrillerów przez standardową u mnie fantastykę, do urban fantasy w wykonaniu Marty Kisiel. 

   Miesiąc rozpoczął się z przytupem, bo od "Legionu" Brandona Sandersona. Zbiór dwóch opowiadań o losach mężczyzny, w którego głowie żyje zbyt dużo innych osób, wypełnionych typowym dla Sandersona humorem i niezwykłą wyobraźnią podsumować mogę dwoma słowami: chcę więcej! 

   Po tej odrobinie fantastyki naszła mnie ochota na coś innego, najlepiej z trupem w tle, w związku z czym sięgnęłam po "Kobietę w oknie" A.J.Finna i "Nocny film" Marishy Pessl. Obie książki, o których było dosyć głośno w środowisku booktuberskim i blogowym, zawiodły niestety pokładane w nich nadzieje. W obu podobał mi się język autorów i sam pomysł, obie miały również sporo słabszych punktów, które zaważyły na bardzo przeciętnej ocenie. 

   Następna w kolejce książka to baśniowa opowieść z dawnej Rosji, oparta i czerpiąca garściami z folkloru rosyjskiego, prosta, ale niezwykle urokliwa. Mowa o "Niedźwiedziu i słowiku" Katherine Arden. Pomijając zachwycającą okładkę, sama opowieść również chwyciła mnie za serce, przede wszystkim dzięki temu, że przeniosła mnie w czasy dzieciństwa, kiedy to zaczytywałam się w baśniach z różnych stron świata. Nie jest to książka bez wad, ale czyta się ją niezwykle przyjemnie i z czystym sumieniem mogę polecić na spokojne, późnowiosenne wieczory, tudzież leżakowanie w słoneczne popołudnia w ogrodzie.

   Najsłabszą książką przeczytaną w maju, pod pewnymi względami gorszą nawet od zupełnie przeciętnego "Meet Cute" był "Pierwszy róg" Richarda Schwartza. Ależ się na niej zawiodłam! Nie od strony treści, bo ta była ciekawa, nie od strony wykonania, bo napisana była dowcipnie i lekkim piórem, lecz od strony prowadzenia bohaterów i ich specyficznego spojrzenia na pewne kwestie. Więcej wkurzeń w recenzji.

   Na szczęście dobry honor fantastyki uratował Brian McClellan z "Obietnicą krwi". Można napisać dobrą, wciągającą fantastykę bez wszechobecnych cycków i gwałtów? Można. Na dodatek z magią do tej pory niespotykaną w tym gatunku literackim i ciekawymi głównymi bohaterami, którzy może i nie są zbyt sympatyczni, ale i tak trzyma się za nich kciuki.

   Na zakończenie miesiąca zostawiłam sobie książkę, na którą sporo czekałam i o której słyszałam same pozytywne opinie. "Toń" Marty Kisiel nie zawiodła i jedyne, co mogę jej zarzucić, to to, że mogłaby być dłuższa. Świetny język autorki, bardzo sympatyczne bohaterki i bohaterowie, a także nasz piękny Wrocław i polski charakter opowieści składają się na książkę, na którą warto było czekać. Podobnie jak warto poczekać na recenzję, która na pewno powstanie, obiecuję!


   Podsumowanie gwiazdkowe

jedna książka ★★
pięć książek ★★★
trzy książki ★★★★
dwie książki ★★★★★

   Maj to miesiąc, w którym zakończyłam pełnym sukcesem postanowienie noworoczne dotyczące czytania co najmniej 1/3 książek kupionych w poprzedzającym miesiącu - po raz pierwszy przeczytałam wszystkie pozycje z kwietniowego book haula. Brawo ja! Dla odmiany kwartalna fantastyka z wyzwania czytelniczego Kirimy przeszła na czerwiec, Terry Pratchett czeka na okazję. Udało mi się za to wypełnić jeszcze jedno z postanowień noworocznych - Marta Kisiel odhaczyła swoją "Tonią" książkę polskiego autora. 


   Na zakończenie wspomnieć muszę o spotkaniu z Sylwią z unSerious.pl, z którą spędziłyśmy parę godzin zajadając ciastka i rozmawiając nie tylko o książkach. Sylwia, dziękuję bardzo za przesympatyczne popołudnie i mam nadzieję, że jeszcze nie raz będzie okazja do spotkania! 

   Jak wyglądał Wasz czytelniczy maj, drodzy Odwiedzający? Czy piękna, choć może nieco za gorąca pogoda, zachęciła Was do czytania na potęgę, czy wręcz przeciwnie, nie mogliście się zmusić do sięgnięcia po książkę? 

niedziela, 3 czerwca 2018

Nigdy więcej, czyli ogromny book haul - maj 2018 ☆ミ

   Postanowione: w czerwcu nie kupuję żadnych książek! To, co stało się w maju przekracza bowiem moje najśmielsze oczekiwania i wkracza w rejony zakupowego koszmaru. Miesiąc zakończył się bowiem liczbą siedemnastu kupionych pozycji, plus jedną otrzymaną w prezencie. Tak, wiem, ktoś może powiedzieć, że siedemnaście to wcale nie tak wiele, że są ludzie, którzy potrafią kupić i trzydzieści książek. Dla mnie jednak jest to ogrom, tym bardziej pamiętając o noworocznym postanowieniu czytania co najmniej 1/3 książek w danym miesiącu kupionych. Jedna trzecia z siedemnastu to prawie sześć pozycji, z czego jedna w całości po japońsku (nie będąca na dodatek mangą, tylko książką z prawdziwego zdarzenia!). Już widzę, jak w czerwcu, z nadchodzącym corocznym lotem kontrolnym (będącym swego rodzaju egzaminem z wiedzy lotniczej wszelakiej) będę w stanie te sześć książek przeczytać.

   Narzekań koniec, przejdźmy do book haula. Na majowe cudowności składa się:

  • dziewięć pozycji po polsku (w tym ta będąca prezentem),
  • dwie pozycje anglojęzyczne papierowe,
  • pięć anglojęzycznych e-booków,
  • jedna manga i jedna pół-manga pół-książka po japońsku.


   Pierwszą zdobyczą majową był "Nocny film" Marishy Pessl, o której sporo wcześniej słyszałam i która przyciągnęła mnie promocyjną trzydziestoprocentową zniżką w Empiku. Duże miałam względem niej oczekiwania, być może dlatego nieco się zawiodłam, o czym możecie przeczytać w recenzji.


   Empik uraczył mnie również wielgachną paczką prezentową (wreszcie przydała się karta urodzinowa!) z czterema bardzo od siebie różnymi książkami. Na "Obietnicę krwi" Briana McClellana czaiłam się od dawna, bo entuzjastyczne recenzje Kirimy, Eweliny i Sylwki nie pozwalały mi zasnąć po nocach. No i opłaciło się, bo książkę czytało się świetnie, a zresztą co będę mówić, przeczytajcie sami. Zupełnie inaczej miała się sytuacja z "Pierwszym rogiem" Richarda Schwartza, który choć nieźle napisany, dosyć mocno mnie zdenerwował i po raz pierwszy od dłuższego czasu zebrało mi się na delikatne, ale jednak bluzganie. Dwie pozostałe książki to przepiękne wydane grubaski, których przyjemność z czytania zostawiłam sobie na czerwiec: "Terror" Dana Simmonsa i "Bestiariusz słowiański" Pawła Zycha i Witolda Vargasa.


   Królową maja pod względem zakupionych przeze mnie pozycji bez wątpienia została Marta Kisiel. Przy okazji premiery "Toni" postanowiłam bowiem nadrobić zaległości w twórczości pisarki i za jednym zamachem kupiłam "Nomen Omen" i "Siłę niższą". "Toń" już przeczytana, recenzja się pisze, pozostałe dwa tytuły są pierwsze w kolejce chcę przeczytać czerwca.


   Ostatnimi fizycznymi książkami, które przyszły do mnie parę dni przed końcem miesiąca, są dwie pozycje anglojęzyczne, raz jeszcze różne od siebie jak dzień i noc. "Dear Ijeawele. A Feminist Manifesto In Fifteen Suggestions" Chimamandy Ngozi Adichie to króciutka, bo zaledwie 66 stronicowa odpowiedź pisarki na list koleżanki z dzieciństwa, w którym zapytała ona, jak wychować córkę na feministkę. Jestem niezwykle ciekawa, jaką drogą poszła autorka i jak przedstawia się feminizm widziany jej oczyma. Dla odmiany, "If We Were Villains" M.L.Rio to opowieść po części kryminalna, po części obyczajowa, o której wiem niewiele, ale z opisu brzmi niezwykle interesująco. Zobaczymy w czerwcu.


   Zanim przejdę do e-booków i mang, pochwalę się również prezentem, który bardzo mnie zaskoczył, a który dostałam od Sylwki z unSerious.pl na krótkim, acz niezwykle przyjemnym spotkaniu w Warszawie. O "Negatywie" Klaudiusza Szymańczaka dowiedziałam się właśnie z jej bloga i zainteresował mnie ten debiut na tyle, że postanowiłam po niego sięgnąć, a tu taka niespodzianka! Sylwuś, raz jeszcze dziękuję bardzo!!!


   W maju obrodziło również e-bookowo. Mam zerową samokontrolę przy jedno i dwu dolarowych promocjach Amazonu i kupuję tam książki w formie elektronicznej nawet wtedy, gdy zupełnie nie planuję ich zdobyć w postaci papierowej. Takimi książkami są chociażby "Ramona Blue" Julie Murphy, czyli młodzieżowa obyczajówka, do którego to gatunku sięgam rzadko, a przede wszystkim "Illuminae" Amie Kaufman i Jaya Kristoffa, obok której przechodziłam zupełnie obojętnie i nawet teraz nie jestem pewna, czy chcę przeczytać. Inaczej rzecz ma się z "The Song of Achilles" Madeline Miller, bo do wychodzącej właśnie "Kirke" jej autorstwa bardzo mnie ciągnie, dlatego wypadałoby przeczytać poprzednią jej powieść, a także z "Challenger Deep" Neala Schustermana, którego "Thunderhead" bardzo mi się spodobał. Zaciekawiła mnie również egipska w inspiracjach i charakterze fantastyczna opowieść S.A.Chakraborty "The City of Brass", ciekawa jestem, czy będzie mnie w stanie przekonać do tamtych klimatów.


   Na zakończenie zostawiłam sobie pozycje japońskojęzyczne. O "Shinrei Tantei Yakumo" nie wiem zupełnie nic, ale tak dosłownie nic. Szukałam czegoś, co by mnie zainteresowało i mój wzrok przyciągnęła kreska tej mangi, postanowiłam więc zaryzykować i kupiłam pierwszy tomik w ciemno. Za to "Bungo Stray Dogs" znam dobrze i bardzo lubię, tym razem jednak skusiłam się na "Bungo Stray Dogs. Official Handbook of Japanese Modern Literature and Great Writers" (uff, długi tytuł), który to przewodnik jest połączeniem mangi z historiami o rzeczywiście istniejących pisarzach japońskich, których imiona przyjęły postaci z "Bungo Stray Dogs". Przeczytanie tej książki będzie wyzwaniem, ale takim, którego z chęcią się podejmę. Trzymajcie kciuki!


   I tak oto dotarłam do końca majowego book haula. W czerwcu chciałabym przeczytać większość z tych książek i dlatego nakładam na siebie ZAKAZ KUPOWANIA. Pozwalam Wam mnie zwyzywać, gdyby się okazało, że go złamię.

   Jak prezentują się Wasze stosiki? Też popłynęliście, czy może raczej tym razem skromnie? 

sobota, 26 maja 2018

Świat fantasy z muszkietem i prochem w tle? Czemu nie - Brian McClellan "Obietnica krwi"

   Uwielbiam fantastykę, z ręką na sercu przyznaję, że to najbardziej mnie wciągający i przynoszący mi najwięcej radości gatunek literacki. Dajcie mi elfy, magię i rycerzy, lub wręcz przeciwnie, statki kosmiczne i sztuczną inteligencję, a możecie być pewni, że macie mnie z głowy na parę godzin/dni. Mimo tego przyznaję, niekiedy światy kreowane przez twórców takiej literatury, zwłaszcza fantasy, nieodparcie sprawiają wrażenie, że gdzieś już to widziałam, kiedyś już o tym czytałam. Nie jest łatwo stworzyć coś unikatowego, wprowadzić w znane nam schematy i to jeszcze tak, żeby nie powodowało to wrażenia sztuczności i czegoś "na siłę". Z tego też powodu książka i autor, o których zaraz będzie mowa, bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli.

   "Obietnica krwi" Briana McClellana to pierwszy z trzech tomów nowego cyklu fantastycznego, jakże adekwatnie nazwanego Trylogią Magów Prochowych. To opowieść o świecie, w których istnieją trzy rodzaje umiejętności magicznych: pierwszą z nich posługują się Uprzywilejowani (tacy "typowi" użytkownicy magii, rzucający kulami ognia i machający rękami przy pleceniu czarów), mamy również Zdolnych (którzy nie tyle posługują się magią, ile zapewnia im ona konkretny talent, np. umiejętność wykrywania prawdy, życie bez snu, itp.), a także magów prochowych. Ci ostatni, jak sama nazwa wskazuje, posługują się prochem, a kule i broń palna w ich rękach to prawdziwie potężna broń.

   McClellan od pierwszej strony wprowadza nas prosto w sam środek przewrotu politycznego, w którym Tamas, marszałek polny i najsilniejszy chyba mag prochowy przewodzi zamachowi stanu, w wyniku którego król, jego rodzina i najważniejsi poplecznicy tracą głowę na gilotynie. To jednak dopiero początek kłopotów dla naszych bohaterów i dla Adro, ich kraju. Za górami czai się bowiem potężny Kez, a we wszystko mieszają się siły, z którymi zwykły człowiek, nawet mag prochowy, nie będzie sobie w stanie poradzić.

   Tak jak napisałam wyżej, czytelnik wrzucony zostaje w sam środek akcji, bez wytłumaczenia, bez przygotowania, w związku z czym pierwsza połowa książki w moim wykonaniu była rozpaczliwą próbą zrozumienia, o co do jasnej cholerci chodzi. Trudno było mi wciągnąć się w intrygę, bo po prostu nie do końca ją pojmowałam. Podobnie było z bohaterami - ciężko polubić kogoś, o kim niewiele wiesz, nie znasz jego motywacji i na dodatek poznajesz go z może nie najlepszej, a już na pewno najbardziej krwawej strony. Na szczęście od połowy książki, gdy już orientujesz się w wykreowanym przez pisarza świecie, mocach bohaterów i powodach, dla których podejmują takie, a nie inne decyzje, "Obietnica krwi" wciąga jak lotne piaski, z których do końca tomu się już nie wydostaniesz.

   Także postaci powoli, powoli zaczynają czytelnika do siebie przekonywać. Dodatkowo w moim przypadku dochodzi to, że uwielbiam, gdy przynajmniej część głównych bohaterów to osoby w starszym wieku, doświadczone życiem i nie kierujące się emocjami młodości. Tak było u Sandersona z Dalinarem, tak jest i tutaj z Tamasem i Adamatem. Moim absolutnym faworytem jest natomiast Olem, pyskaty ordynans marszałka. Oby w kolejnych tomach było go jeszcze więcej, bo jego przytyki i sucha ironia rozbawiały mnie za każdym razem, gdy otwierał usta. Trochę brakuje mi natomiast pełnowymiarowych postaci kobiecych (o dziwo najlepiej przedstawiona jest praczka Nila, zwykła dziewczyna, której życie drastycznie się zmienia po zamachu stanu i która na przebieg akcji ma o wiele większy wpływ niż większość z występujących w książce potężnych użytkowniczek magii), chciałabym więcej wiedzieć o Vlorze i Ka-poel i mam nadzieję, że autor nie zmarnuje potencjału, który w nich tkwi.

   To, co bezsprzecznie stanowi o wyjątkowości tej książki, to owa magia prochowa, którą posługują się bohaterowie. Nie spotkałam się jeszcze w literaturze fantastycznej z takim wykorzystaniem broni palnej i prochu i na początek trudno było mi wręcz wyobrazić sobie, w jaki sposób to wszystko działa. Na szczęście pisarz nie szczędzi opisów działania prochu w organizmie magów i dobrze przedstawia zarówno plusy, jak i minusy tego typu magii. Pomaga również to, że zarówno Tamas, jak i jego syn Taniel są w posługiwaniu się nią mistrzami, dzięki czemu zaznajamiamy się z nią w jej najlepszym i najpotężniejszym wydaniu.

   Podsumowując, warto przeczytać pierwszy tom do końca i nie deprymować się wolnym i dezorientującym początkiem. Druga część książki przynosi bowiem pędzącą na łeb na szyję akcję i sporo niespodziewanych zwrotów fabuły. Pisarstwo McClellana ze strony na stronę podnosi poziom i pod koniec tomu wciąga na całego. Ja osobiście nie mogę się doczekać ostatecznej rozgrywki między Kezem i Adro oraz między prochowymi magami i potężnymi istotami, z którymi przyjdzie im się zmierzyć.


tytuł: Obietnica krwi
cykl: Trylogia Magów Prochowych (tom 1)
autor: Brian McClellan
wydawnictwo: Fabryka Słów
liczba stron: 676



ocena: ★★★★☆

środa, 23 maja 2018

Drużyna, zagadka i przygoda w jednym - Richard Schwartz "Pierwszy róg"

   Czasami czuję nostalgię za czasami młodości i książkami fantastycznymi, które wtedy pochłaniałam, a które były jakieś takie prostsze, mniej wielkoskalowe, przez które przechodziło się raz dwa i równie szybko o nich zapominało. A potem w moje ręce wpada książka jak żywcem wyjęta z tamtych czasów, w której jest wszystko: drużyna wszelkiej maści szemranych charakterów, elfy (zarówno te jasne jak i te mroczne), krasnoludy, magia, najemnicy i szlachetni rycerze, i z jednej strony dobrze się przy niej bawię, a z drugiej czuję, jak bardzo jako czytelniczka się zmieniłam i jak coś, co kiedyś mi nie przeszkadzało, teraz doprowadza mnie do białej gorączki. Ale po kolei.

   Niemiecki pisarz Richard Schwartz zadebiutował "Pierwszym rogiem" i od razu w świecie fantastyki zdobył sobie serca wielu czytelników. Opowieść o starym wojowniku Havaldzie, który w zasypanej śniegiem gospodzie stara się rozwiązać zagadkę ataku (prawdopodobnie)  wilkołaka, nie ulec pokusom serca (khem khem) i przy tym wszystkim nie stracić głowy, to jak cofnięcie się w czasy fantastyki, o której napisałam we wstępie - prostej i pełnej dobrej, lekkiej zabawy. Mamy tu bowiem wszystkie składowe potrzebne do takiej opowieści: starego wojownika, młodej magistry sztuk magicznych, będącej na dodatek półelfką, bandy zbirów spod ciemnej gwiazdy, gospodarza i jego pięknych (a jakże) córek, dzikiej (i seksownej) mrocznej elfki, a wszystko to pokropione jest tajemnicą skrywającą się w murach i piwnicach odciętej od świata gospody. Teoretycznie czego chcieć więcej?

   "Pierwszy róg" przypominał mi trochę w stylu książki Sapkowskiego, i tu i tam króluje dialog, a i konstrukcja postaci jest całkiem podobna. Obaj autorzy tworzą bohaterów, którzy są dokładnie tym, czego można by się spodziewać, wiernym odwzorowaniem archetypów występujących w literaturze fantastycznej. U Sapka na szczęście rozwijają się wraz z kolejnymi tomami, można mieć nadzieję, że i tutaj tak będzie. Schwartz nie jest może mistrzem tworzenia wciągających (i długich) opisów świata, zresztą lokalizacja, w której dzieje się akcja nie sprzyja rozbudowaniu tegoż, bardzo dobrze za to wychodzą mu zabawne dialogi, płynne i nie sprawiające wrażenia wymuszonych.

   Podobało mi się również dosyć świeże, jak na ten typ historii, traktowanie magii. W przeciwieństwie do większości książek fantasy, w których magia zawsze jest czymś niezrozumiałym i budzącym jeśli nie strach, to przynajmniej duży respekt, bohaterowie Schwartza przechodzą nad nią do porządku dziennego. Jest? Znaczy, że być musi. Dziwna? A no dziwna, tak to już z magią jest. Wilkołak? A tam, zabobon, one nie istnieją (dopóki istnieją, wtedy należy je zabić). Martwe, a równocześnie żywe krasnoludy? Brrr, spróbujmy je unieruchomić. W którymś momencie wspomniana jest magia wróżek tudzież rusałek, już sama nie pamiętam, i nikomu powieka nawet nie zadrży.

   Mimo tych wszystkich pozytywów książka dostała ode mnie zaledwie trzy gwiazdki, a przyznam, że zastanawiałam się nawet nad dwiema. Powód jest jeden, ale jak dla mnie nie do przejścia. Wraz z powrotem do starej, dobrej fantastyki wrócił bowiem pisarz również do tego, co zawsze mnie w niej denerwowało - do starego, dobrego (ironia) seksizmu. Ilość opisów wdzięków kobiet przebywających w gospodzie, traktowanie ich w pierwszej kolejności jako obiektów do ślinienia się tudzież obściskiwania, początkowo mnie po prostu irytowało, ale z każdą kolejną stroną moje zniesmaczenie rosło. Szczytem wszystkiego było natomiast to, że główny bohater, stary i szlachetny (mimo, że bardzo starał się temu zaprzeczać) Havald w którymś momencie stwierdził, że dobrze by było, żeby najstarsza córka gospodarza, chcąc uratować rodzinę, dała tzw. dupy wszystkim zbójom obecnym w gospodzie, a najlepiej, jakby jeszcze poudawała, że się jej to podoba. I nieważne, że potem sam sobie wyrzucał szlachetny Havald, że taką radę dał zrozpaczonemu ojcu, dla mnie fakt, że autor książki prosto w oczy zasugerował czytelnikowi, że bardziej moralnie podłe jest poderżnąć gardła zbójcom, którzy prawdopodobnie rozwaliliby gospodę i całe towarzystwo, niż wydać młodą dziewczynę na zbiorowy gwałt, jest niewybaczalny. W tym momencie niesmak zamienił się w obrzydzenie, i choć opowieść przeczytałam do końca i nawet nieźle się przy niej bawiłam, przez długi czas jeszcze rozmyślałam nad tym, jak to możliwe, że autor jest w stanie stworzyć zupełnie wymyślony świat, pełen nierzeczywistych istot i magii, ale już mężczyźni, którzy nie są zwierzętami to ponad siły jego wyobraźni. I to, że kobiety w tej historii są silne, odważne i most badass of them all (bo takie przecież są i Lea, i Zokora, a także Sieglinde, która przecież dostała miecz i w związku z tym wszystko jest w porządku, prawda?) nie zmienia niczego.

   Ktoś może mi zarzucić, że się czepiam, że tak zawsze jest w książkach fantastycznych (patrz chociażby uwielbiana przez czytelników "Pieśń lodu i ognia"). Ja wtedy przywołam Sandersona, u którego jakoś dziwnym trafem możliwym jest to wszystko to, czego brak zarzucałam Schwartzowi. Kobiety, które nie muszą wymachiwać mieczem, żeby być silnymi, mężczyźni, którzy potrafią podziwiać je bez opisów ich pośladków i biustów. Panie Schwartz, naprawdę nie jest to niemożliwe!

   Uff, ależ mi się ulało. A szkoda, bo mogło być naprawdę świetnie! Podsumowując, po drugi tom sięgnę, bo ciekawi mnie, gdzie naszą bandę dziwolągów zawiedzie historia, ale jeśli nadal budowę świata przesłaniać będą piersi i tyłki, to chyba sobie kolejne tomy odpuszczę.


tytuł: Pierwszy róg
cykl: Tajemnica Askiru
autor: Richard Schwartz
wydawnictwo: initium
liczba stron: 495



ocena: ★★★☆☆ (z nostalgii, inaczej byłoby o jedną mniej)

poniedziałek, 21 maja 2018

Sąsiedzkie podglądanie i dużo wina - A.J.Finn "Kobieta w oknie"

   Wiecie, jak to jest, gdy okładka jakiejś książki atakuje was z co drugiego billboardu, ze sporej części blogów i równie wielkiej liczby filmików na youtubie? Gdy wydaje się, że każdy szanujący się czytelnik ją przeczytał, że wszyscy wiedzą, o co chodzi i dlaczego ta książka jest taka dobra, jak mówią, i tylko wy jesteście z tyłu za wszystkimi, bo nie mieliście jeszcze okazji, bo boicie się zawodu, bo nie chcieliście się dać porwać fali? Aż wreszcie nie wytrzymujecie, przełamujecie swój upór i idziecie do księgarni z nadzieją, że wreszcie i wy będziecie wiedzieć, że i was historia pochłonie i przyprawi o zawrót głowy. A potem okazuje się, że z tym zawrotem i emocjami to różnie wyszło.

   "Kobieta w oknie" A.J.Finna to debiut pisarski autora, który pochwalić się może rekomendacjami twórców takich jak Stephen King, Tess Gerritsen i Gillian Flynn, a więc osób, które w świecie thrillerów sporo osiągnęły i których zdanie (wydawałoby się) o czymś świadczy. Książka opowiada historię Anny Fox, psycholożki dziecięcej, która spędza życie zamknięta w czterech ścianach swego domu, z którego nie wychyla nosa ze względu na niezwykle silną agorafobię i której jedynymi zajęciami są udzielanie się na forum internetowym dla innych cierpiących na tę przypadłość, podglądanie sąsiadów przez obiektyw aparatu i picie dużych ilości wina. Pewnego dnia kobieta jest świadkiem morderstwa w domu sąsiadów, lecz ani policja, ani wąskie grono znajomych jej nie wierzy, brakuje bowiem zarówno  dowodów, jak i ciała. Anna pogrąża się w chaosie myśli i wątpliwości, sama już nie wie, co jest prawdą, a co złudzeniem. Podskórnie czuje tylko, że coś jest nie tak i że zagraża jej niebezpieczeństwo.

   Co A.J.Finnowi się udało, to z pewnością stworzenie przekonującego obrazu kobiety dotkniętej ogromną tragedią, która nie potrafi sobie poradzić z traumą, która jako zawodowy psycholog zna wszystkie techniki radzenia sobie z bólem i stratą, ale nie umie ich zastosować na sobie. Anna jest rozbita, przerażona i załamana, a wszystkie te uczucia stara się utopić w szklance (czy raczej szklankach, wielu, wielu szklankach) wina i zagłuszyć stertą leków. Najbardziej przejmujące w jej postaci jest to, że dobrze zdaje sobie sprawę z równi pochyłej, po której stacza się coraz niżej i niżej, lecz nie potrafi powstrzymać nadchodzącego upadku. Dla mnie jej walka z samą sobą stanowiła najciekawszą i najbardziej poruszającą część opowieści.

   Kolejna rzecz, którą trzeba autorowi zapisać na plus to język. Potrafi się posługiwać słowem pan Finn, oj potrafi. Język pisarza nie jest skomplikowany, zdania są krótkie, niekiedy wręcz wystarczą równoważniki zdań, a mimo to (a może właśnie dzięki temu) odbieramy go jako bardzo naturalny i niewymuszony, przez co historia widziana oczami Anny zdaje się jeszcze bardziej rzeczywista.

   Niestety, mimo tych plusów skończyłam czytać książkę z uczuciem niedosytu i lekkiego zawodu. Obiecano mi bowiem szokujące zwroty akcji i porywający thriller, a otrzymałam historię, która owszem, była całkiem emocjonująca, ale również momentami nieco powolna i co gorsze niezbyt zaskakująca. Choć lubię thrillery i kryminały, nie mam za sobą tysięcy przeczytanych pozycji z tych gatunków, a mimo to bardzo niewiele mnie w "Kobiecie w oknie" zaskoczyło, większość z tych "szokujących" zwrotów akcji przewidziałam na wiele stron przed. Zakończenie natomiast przyprawiło mnie o dojmujące poczucie deja vu - gdzieś już takie rozwiązanie widziałam, i to bynajmniej nie raz. Ot przywołajmy chociażby wspomniany przez pisarza film "Doczekać zmroku" z cudowną Audrey Hepburn, gdzie niewidoma kobieta wykorzystuje w potyczce z przestępcami znajomość swojego mieszkania i umiejętność poruszania się w ciemnościach. Podobieństwa są niezaprzeczalne i działają na niekorzyść książki, bo to, co szokowało w 1967 roku, kiedy film zagościł na ekranach, nie działa niestety równie mocno w 2018.

   "Kobieta w oknie" to dowód na to, że napisana w świetny sposób średnia historia mogłaby się spodobać o wiele bardziej, gdyby nie towarzyszył jej przesadny szum medialny i nadmierne wychwalanie. Może jestem w mniejszości, może niektórzy powiedzą, że się czepiam, ale po następną książkę A.J.Finna, bo na pewno taka się pojawi, sięgnę z dużą dozą ostrożności, ale i nadziei, że tym razem naprawdę mnie zaszokuje i zachwyci.


tytuł: Kobieta w oknie
autor: A.J.Finn
wydawnictwo: WAB
liczba stron: 416


ocena: ★★★☆☆ 1/2