czwartek, 21 czerwca 2018

Piłka nożna w fantastyce? Jeśli to On, to da się zrobić - Terry Pratchett "Niewidoczni akademicy"

   "Jeden Macarona, jest tylko jeden Macarona, jeden Macarooo-na, jest tylko jeden Macarooo-na."

   Przepraszam wszystkich niewtajemniczonych, zaraz pospieszę z wyjaśnieniami, ale powyższa piosnka stadionowa utkwiła mi w głowie i na ustach, i za Chiny Pańskie Ludowe nie mogę się od niej odczepić.

   Terry Pratchett, jeden z najwybitniejszych moim zdaniem pisarzy gatunku znanego pod prostą, acz jakże niewystarczającą w tym przypadku nazwą fantastyki, tym razem postanowił zaprosić do świata Dysku piłkę nożną, dyscyplinę, którą można kochać, można nienawidzić, ale nie da się od niej odpędzić. Zwłaszcza teraz, gdy spora część naszego globu maluje twarze, kupuje piszczałki i zajada się chipsami popijanymi colą, podczas gdy dwudziestu dwóch spoconych facetów biega za piłką po murawie. Z tego, co wiem, nasza piłka co prawda nie robi "gloing", ale co ja tam wiem, może i robi.

   W "Niewidocznych akademikach" na barkach cóż, niewidocznych akademików, złożona zostaje odpowiedzialność za zorganizowanie meczu piłki nożnej w "nowej" odsłonie (takiej nie kończącej się śmiercią zawodników tudzież zbyt energicznych/pechowych widzów). Nadrektor Ridcully, Myślak Stibbons i reszta wesołej gromady profesorskiej nie ma zresztą wielkiego wyboru, gdyż pomysłodawcą i cichym patronem (ha!) jest sam Lord Vetinari, a jak wiadomo, jemu się nie odmawia. Żeby tego było mało, Glenda, kuchmistrzyni na Niewidocznym Uniwersytecie, która najchętniej skupiłaby się na robieniu zapiekanek i szarlotek, musi sobie radzić z uczuciem rozkwitającym przed jej oczyma, goblinem Nuttem, który okazuje się być kimś zupełnie innym, a także nieobcierającymi mikrokolczugami na dodatek.

   Pratchett jest jednym z niewielu, jeśli nie jedynym pisarzem, który w otoczce fantastycznej, pełnej trolli, krasnoludów, wampirów i magii przemyca niezwykle wnikliwą analizę człowieka, społeczeństwa i teraźniejszego świata, a wszystko to podaje ze szczyptą kpiny i sporą dozą sarkastycznego humoru. Czytając o perypetiach jego bohaterów, jak bardzo fantastyczni by nie byli, mam przed oczami otaczających mnie ludzi, osobistości z telewizji, osoby dzierżące obecnie władzę i cały ten często nie mający sensu kram. Tak jest i w "Niewidocznych akademikach", gdzie zaglądamy jednym okiem za kurtynę, by zobaczyć machinacje, którymi posługuje się Vetinari, by ujarzmić nieujarzmialne, gdzie obserwujemy tak znane nam przed i pomeczowe zachowanie tłumu, gdzie widzimy, jak sprzedaje się marzenia. Przewija się przez tę książkę szereg postaci, z których każda jest indywidualnością i każdą zarysował pisarz tak wyraźnie, że aż chciałoby się jej dotknąć (oprócz Pierdoły Cartera, bo jego nie lubimy).

   Przyznam, że z wszystkich podcykli, jeśli można tak je nazwać, opisujących świat Dysku, ten o magach zawsze należał do mniej przeze mnie lubianych. Każdy z magów jest co prawda ciekawą postacią, ale jakoś tak zlewali mi się w jedną wielką grupę, przez co trudno mi było żywić do nich jakieś szczególne uczucie (oprócz Rincewinda, którego po prostu nie lubię). Tym razem jednak, czy to przez tematykę sportową (mag i sport, cóż za zabawny obrazek), czy przez pozostałe postaci, które polubiłam (zwłaszcza Glendę), magowie zyskali w moich oczach i bawili mnie o wiele bardziej, niż zazwyczaj. Także Nutt ze swoimi filozoficzno-erudycyjnymi monologami rozkładał mnie na barki, a monolog na stronie 331 jak żywo przypomniał mi przezabawny monolog Skryby z filmu "Asterix i Obelix: Misja Kleopatra" (powiedzcie, że wiecie o co chodzi i nie jestem jedyną, który ten moment w filmie doprowadza do łez śmiechu!).

   Podsumowując, powrót po długim okresie do prozy Pratchetta uważam za udany, a przyśpiewkę wykorzystam przy najbliższym meczu. "Niewidocznych akademików" natomiast zaliczam sobie do wyzwania czytelniczego Kirimy dotyczącego klasyki fantastyki, tym samym unikając porażki na tym froncie.




tytuł: Niewidoczni akademicy
cykl: Świat Dysku
autor: Terry Pratchett
tłumacz: Piotr W. Cholewa
wydawnictwo: Prószyński i S-ka



ocena: ★★★★☆

wtorek, 19 czerwca 2018

Cienka, szara linia między pozytywem i negatywem - Klaudiusz Szymańczak "Negatyw"

   Nie wiem, czy też tak macie, drodzy Odwiedzający, że niekiedy książka niekoniecznie bardzo dobra, wręcz powiedziałabym przeciętna, spełnia dokładnie Wasze oczekiwania i dobrze się przy niej bawicie mimo wszystkich jej niedociągnięć? I potem ciężko jest Wam ją ocenić, bo z jednej strony spełniła swoje zadanie, czyli dostarczyła Wam niezłej rozrywki, a z drugiej widzicie wszystkie błędy i braki w fabule czy kreacji bohaterów? Dla mnie taką właśnie pozycją jest książka Klaudiusza Szymańczaka, będąca zresztą jego literackim debiutem.

   "Negatyw" jest historią śledztwa, a właściwie dwóch śledztw, prowadzonych w dwóch różnych ramach czasowych i na dwóch różnych kontynentach. Oba łączy postać agenta FBI, Johna Slade'a, wywodzącego się z rodziny polskich imigrantów Amerykanina, który z nowojorskiej policji przeszedł do Federalnego Biura Śledczego i od razu zwrócił na siebie uwagę przełożonych jako człowiek z bystrym umysłem, nietypowym spojrzeniem na pewne sprawy i wykazujący się dużą inicjatywą. Jemu właśnie polecono rozwiązać sprawę śmierci syna amerykańskiego dyplomaty w Warszawie, o czym opowiada jeden wątek, a także zagadkowej śmierci w Harlemie w Nowym Jorku (wątek drugi).

   Napisałam we wstępie, że książka Szymańczaka jest książką przeciętną, gdyż to słowo najlepiej ją opisuje. Zaznaczyć muszę od razu, że nie jest to przeciętność negatywna, która sprawia, że mogłabym żałować sięgnięcia po tę pozycję. To jest taka przeciętność, która objawia się brakiem fajerwerków i nagłych zwrotów akcji, która nie zaskakuje i nie zmusza do myślenia, ale równocześnie nie nudzi i mimo wszystko zaciekawia i zachęca do przeczytania do końca, żeby się dowiedzieć, kto, jak i dlaczego.

   Agent Slade jest typem bohatera, który nie skrada serca czytelnika, tylko zadomawia się w nim stopniowo i powoli. Człowiek o wyraźnych zasadach moralnych, elastyczny w myśleniu, dzięki czemu dostrzega to, co innym może umknąć. Żaden z niego Bond, kojarzył mi się raczej z porucznikiem Colombo, choć może bez jego uroku i z bardziej pasującą agentowi FBI aparycją. Pisarz chce nam przedstawić go jako kogoś wyjątkowego, o kim jego przełożeni mówią, że wybija ponad przeciętność, że ma w sobie to coś. Cóż, jak dla mnie Slade nie popisuje się niczym wybitnym, po prostu wykonuje swoją pracę i robi to, co do niego należy. Jeżeli to miałaby być ponadprzeciętność, to z FBI musi być naprawdę krucho.

   Także sama fabuła nie stanowi o oryginalności czy wyjątkowości tej książki. Mamy dwa śledztwa, zupełnie zresztą ze sobą nie powiązane (o czym jeszcze napiszę), w których krok po kroku, za sprawą sprawdzonych technik śledczych i odrobiny inwencji twórczej głównych bohaterów (bo w śledztwie polskich towarzyszy Slade'owi dwójka polskich policjantów z dochodzeniówki) dochodzimy do rozwiązania zagadki śmierci syna dyplomaty i latarnika z Wisconsin. Jak już wspomniałam, nie ma tu żadnych fajerwerków, choć wyniki śledztwa w przypadku wątku amerykańskiego mogą odrobinę zaskoczyć.

   Gdzie leży więc przyczyna przeciętności powieści Szymańczaka? Dla mnie istnieją dwa powody, które zaniżyły ocenę książki. Pierwszy z nich to podzielenie książki na dwa wątki, z których ten warszawski, choć ciekawy ze względu na spojrzenie na polską rzeczywistość okiem kogoś z zewnątrz, jest tak naprawdę zupełnie niepotrzebny. Albo inaczej, byłby niezłym pomysłem na kolejną powieść o przygodach agenta Slade'a, tutaj natomiast został potraktowany po macoszemu, w drugiej części książki rozdziałów mu poświęconych prawie nie ma. Nie wiem, czy to świadomy wybór autora, czy też pomysł wydawcy, w każdym razie według mnie książka zyskałaby dużo na tempie i intrydze, gdyby go nie było. Drugi powód jest bardzo subiektywny i być może inni czytelnicy zupełnie go nie zauważą tudzież nie będzie im przeszkadzał. Chodzi mi o podejście bohatera do kwestii rasizmu i tolerancji. Ci, którzy czytali książkę i zaraz naskoczą na mnie z krzykiem, że przecież John Slade brzydzi się rasizmem, jak każdy normalny człowiek powinien, i że ma przyjaciół wśród czarnych mieszkańców Ameryki, i że kolor skóry dla niego nie jest ważny, i że takich tolerancyjnych bohaterów potrzebujemy więcej, proszeni są o poczekanie z linczem jeszcze chwilę. Wszystko to prawda i chwała Slade'owi za to, że stara się być człowiekiem bez uprzedzeń, a jeśli takie zauważy, stara się je wyplenić i być lepszym. Nie podoba mi się natomiast sposób, w jaki pisarz stara się nam to wszystko wcisnąć do gardła  i dopchać ręką, żeby weszło głębiej. Za każdym razem, gdy Slade ma coś do powiedzenia na temat niesprawiedliwości rasowej i społecznej, robi się z tego niemal wywód filozoficzny (i tak, wiem, że z wykształcenia jest filozofem), ale pal licho, nie do zniesienia dla mnie jest to, że obecni w takich momentach ludzie należący do szykanowanych grup społecznych, zwłaszcza Afro-Amerykanie, natychmiast zaczynają pałać do Slade'a wielką przyjaźnią, w ich oczach pojawiają się serduszka i nachwalić się nie mogą, jakim to cudownym białym przyjacielem jest tenże agent. Ta ich reakcja wprawiała mnie za każdym razem w zakłopotanie i zdenerwowanie. Nie lepiej było zostawić to na wewnętrzne rozmyślania bohatera i przełożyć to na jego zachowanie? Po co te brawa za bycie kimś, kim człowiek po prostu powinien być i bez przyklasku otoczenia? Wiem, co Klaudiusz Szymańczak chciał ustami swojego bohatera powiedzieć, ale sposób, w który się do tego zabrał, zupełnie do mnie nie przemawia.

   To powiedziawszy, mimo wszystko polecam sięgnąć po "Negatyw", ponieważ nie jest to książka zła, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że to autorski debiut. Powieść jest sprawnie napisana, a jej fabuła nie ma żadnych niedociągnięć logicznych. Język Szymańczaka, bardzo naturalny i lekki sprawia, że przez książkę się mknie, choć rozbicie na dwa wątki w dwóch różnych ramach czasowych może trochę zaburzać rytm czytania. Powiem wręcz, że jeśli ktoś zupełnie nie zgodzi się z drugim z moich zarzutów, książka może zyskać nawet gwiazdkę więcej. Ja mam nadzieję, że autor nie porzuci agenta Johna Slade'a i będziemy mieli okazję spotkać się z nim podczas innego śledztwa, tym razem może w całości związanego z Polską?


tytuł: Negatyw
autor: Klaudiusz Szymańczak
wydawnictwo: Burda Książki
liczba stron: 454



ocena: ★★★☆☆

sobota, 9 czerwca 2018

Weź głęboki wdech i pozwól sobie utonąć - Marta Kisiel "Toń"

   Przez długi, długi czas należałam do grona tych polskich wielbicieli fantastyki, którzy pochłaniali setkami książki pisarzy zagranicznych, omijając zupełnie nasze rodzime podwórko. Potem pojawił się Sapkowski ze swoim wiedźminem, gdzieś tam mignął Grzędowicz i Achaja Ziemiańskiego, i tyle. Czy wynikało to z zupełnej nieznajomości polskiego rynku, czy może z niewiary w umiejętności polskich autorów, dość rzec, że dopiero niedawno zaczęłam sięgać do, jak się okazało, całkiem szerokiego grona nadwiślańskich twórców. Zaczęło się od Anny Lange i jej Clovisa LaFaya, a potem już poszło. Nie wszystkie książki mi się spodobały, niektóre urzekły mnie całkowicie (do dziś myślę o "Starej Słaboniowej" Joanny Łańcuckiej), inne były takie sobie, jak choćby "Szeptucha" Katarzyny Bereniki Miszczuk, ale wszystkie one odbudowały, czy też raczej zbudowały moją wiarę w rodzimą fantastykę. Wśród pisarzy o największym według mnie potencjale znalazła się Marta Kisiel, którą poznałam w sympatycznym "Dożywociu", a która wspięła się na szczyt ulubionych polskich autorów z najnowszą swoją opowieścią.

   "Toń", bo o niej mowa, premierę swoją miała w maju i jest jedną z nielicznych książek, które przeczytałam zaledwie parę dni po ukazaniu się w księgarniach. Opowiada ona historię trójki niezwykłych kobiet, a także paru innych dziwacznych i intrygujących osób. Wszystko zaczyna się od Dżusi, która przyjeżdża do Wrocławia na wezwanie swojej ciotki, by zaopiekować się jej mieszkaniem. Zakręcona, zwariowana dziewczyna zjawia się w mieście i od razu łamie najważniejsze zasady panujące w świecie ciotki Klary, wpuszczając do mieszkania tajemniczego Ramzesa i uruchamiając tym samym lawinę zdarzeń, z którymi będzie sobie musiała poradzić ona, jej siostra Eleonora, różna od Dżusi jak ogień od wody, oraz budząca szacunek i strach ciotka Klara. Do tego wszystkiego dochodzi wspomniany wyżej Ramzes, nietypowy zegarmistrz Gerd oraz przesympatyczny chłopak Dżusi, Karolek.

   To, co urzekło mnie już w "Dożywociu", a zachwyciło w "Toni", to język Marty Kisiel. Ależ ta kobieta potrafi się posługiwać naszym językiem! Na równi lekkim piórem kreśli naturalnie brzmiące, zabawne dialogi i delikatne metafory, a wszystko okrasza ironicznym i lekko złośliwym poczuciem humoru. Rozmowy między siostrami Stern zdają się zapisem normalnej, codziennej konwersacji, bardziej niż literackim ich przedstawieniem. Wiecie o co mi chodzi? Czytając te dialogi miałam wrażenie, że siedzę obok dwóch współczesnych młodych kobiet i słucham ich rozmów "na żywo", i nie raz i nie dwa myślałam sobie, że dokładnie tak brzmię, gdy spotykam się ze swoją siostrą. Równocześnie jednak nie jest to język prosty (prostacki?), ma swój rytm i melodię, a już w opisach Marta Kisiel daje prawdziwy popis umiejętności językowych, gdzie wszystko jest na swoim miejscu i ani jedno słowo nie sprawia wrażenia niepotrzebnego.

    Język to nie jedyny plus prozy autorki. Udało jej się stworzyć galerię niezwykle barwnych indywidualności, w której nawet postaci poboczne zaciekawiają, a główni bohaterowie to gromada sympatycznych dziwaków, którzy potrafią skraść serce czytelnika. Kolorowa i zakręcona Dżusi, chłodna, pedantyczna Eleonora, ciotka Klara, skrywająca pod maską twardości i zimna traumatyczne dzieciństwo - nie sposób ich nie polubić, choć każda z nich ma swoje ciemniejsze strony. I choć to one stanowią trzon, wokół którego kręci się cała intryga, nie są jedynymi postaciami, na których można zawiesić oko. Tak zwana płeć brzydka jest równie dobrze reprezentowana, a przy tym każdy z panów prezentuje zupełnie różny typ mężczyzny. Tajemniczy Ramzes, który nie do końca jest tym, na kogo wygląda (czyli ekscentrycznym antykwariuszem), zegarmistrz Gerd, który bynajmniej nie zajmuje się wyłącznie naprawą zwykłych zegarków, no i wreszcie Karolek, słodki, dobry Karolek, który skrada serca swoją misiowatością i dobrym jedzeniem.

   Cała ta szalona gromada byłaby w stanie pociągnąć każdą, nawet kiepską historię. Na szczęście jednak Marta Kisiel oprócz świetnych postaci potrafi również stworzyć ciekawą fabułę, opartą na intrygującym pomyśle ludzi, którzy potrafią duchowo przenosić siebie i ludzi im towarzyszących w czasie. Już samo w sobie stanowiłoby to wystarczającą podbudowę pod intrygę, ale "Toń" jest przede wszystkim historią rodziny Sternów, z wszystkimi ich sekretami i mrocznymi tajemnicami, a także opowieścią o tym, jak strasznymi w skutkach potrafią być chciwość i nieczułość, jak traumatyczne wydarzenia z młodości potrafią wypaczyć spojrzenie na świat i jak trudno naprawić i utrzymać relacje rodzinne z całym tym bagażem na plecach.

   Próbowałam znaleźć coś, co można by "Toni" zarzucić, bo nie może być tak, żeby było tylko różowo. Próbowałam, ale jedyne, co mi przychodzi na myśl to to, że książka powinna być dłuższa. Przeleciałam przez nią szybko, wręcz zbyt szybko, a chciałabym zanurzyć się w opowieści o siostrach Stern jeszcze głębiej i na dłużej. Myślę, że autorka mogła rozwinąć niektóre wątki, a i zakończenie, choć całkowicie pasujące do charakteru opowieści, zostawia odrobinę niedosytu, że jak to, że już koniec?

   Podsumowując ten przydługi wywód, "Toń" to kawał naprawdę dobrze napisanej literatury, mieszającej w sobie kilka różnych gatunków, bo i sagi rodzinnej, i lekkiego kryminału, posypanych nutką fantastyki i szczyptą komedii, która przyciąga świetnym językiem i sympatycznie skrzywionymi bohaterami. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji sięgnąć po książki Marty Kisiel, sięgnijcie po "Toń", a nie będziecie zawiedzeni.


*Pisząc tę recenzję zdałam sobie sprawę, że wśród książek polskich pisarzy, które sprawiły na mnie najlepsze wrażenie, zdecydowanie dominują te napisane przez panie. Zdziwiło mnie to i mile zaskoczyło, bo zazwyczaj to panowie dominują na moich półkach. Drogie Panie, oby tak dalej! 


tytuł: Toń
autor: Marta Kisiel
wydawnictwo: Uroboros
liczba stron: 320


ocena: ★★★★☆

środa, 6 czerwca 2018

Majowe podsumowanie czytelnicze ☆ミ

   Podsumowania czytelnicze i nie tylko, jak się zaraz okaże.

   Zanim jednak przejdę do podsumowań, chciałabym Was wszystkich poinformować, że stało się nieprawdopodobne - założyłam stronę na facebooku i konto na Instagramie! Ja, która czuje się w odmętach mediów społecznościowych jak nie przymierzając struś w morzu. Czytaj, niezbyt dobrze. Chmurzaste Zaczytanie na facebooku to przede wszystkim dobry sposób na śledzenie nowych wpisów, bo wiele więcej się tam nie dzieje i raczej dziać nie będzie. Za to prowadzenie konta instagramowego powoli zaczyna mi się bardzo podobać, dlatego serdecznie zapraszam do podziwiania moich "arcydzieł" sztuki fotograficznej, mam nadzieję, że z każdym kolejnym zdjęciem będzie tylko lepiej.

   Autopromocji koniec, czas na podsumowanie.

   Maj był miesiącem ogromnej ilości zakupów, o których możecie przeczytać we wpisie book haulowym, szybkiego czytania na początku miesiąca, kiedy to w dziesięć dni przeczytałam sześć z jedenastu skończonych pozycji, mniejszej ilości recenzji ze względu na brak czasu i jednego bardzo miłego spotkania. Ale od początku.

   Piękny, wiosenny maj skończyłam jedenastoma przeczytanymi pozycjami, w tym:

  • dwoma mangami po japońsku,
  • dwoma książkami po angielsku (coś wyjątkowo mało, jak na mnie),
  • siedmioma książkami po polsku.
   Może zacznę od mang, o których wiele tu pisać nie będę. 

   "Ojisama to Neko" Sakurai Umi to przesłodka, prześliczna opowiastka o przyjaźni grubiutkiego kota i starszego pana, wpis pełen zachwytów i rozpływania się możecie przeczytać tutaj. Jeśli chodzi o "Haikyuu!!" vol.31 to jak zwykle było sportowo, z dużymi emocjami i mniejszą niż zazwyczaj dawką humoru, ale w końcu grają chłopcy w najważniejszych w ich szkolnym życiu zawodach, więc ten tego. 


   Wyjątkowo skromnie przedstawia się lista książek anglojęzycznych, bo zamyka się w zaledwie dwóch pozycjach. 

   "Morning Star" to świetne zakończenie trylogii "Red Rising" Pierce'a Browna, nic tylko życzyć sobie, żeby więcej serii kończyło się tak dobrą odsłoną. Recenzję mam w planach od miesiąca, ale biorąc pod uwagę, jak wyglądać będzie początek czerwca, jeszcze trochę potrwa, zanim będziecie ją mogli przeczytać. 

   Druga z książek w języku Shakespeara to zbiór opowiadań "Meet Cute" różnych autorów. Właściwie nie mam wiele do powiedzenia o tym e-booku, bo w takiej formie go przeczytałam. Ot, krótkie, niezbyt skomplikowane i w większości zupełnie przeciętne opowiadania o momentach, w których bohaterów trafia strzała amora, a przynajmniej bardzo blisko nich przelatuje. 


   Przechodzimy wreszcie do największej grupy, czyli książek przetłumaczonych na bądź napisanych po polsku. Tutaj rozrzut panuje spory, od thrillerów przez standardową u mnie fantastykę, do urban fantasy w wykonaniu Marty Kisiel. 

   Miesiąc rozpoczął się z przytupem, bo od "Legionu" Brandona Sandersona. Zbiór dwóch opowiadań o losach mężczyzny, w którego głowie żyje zbyt dużo innych osób, wypełnionych typowym dla Sandersona humorem i niezwykłą wyobraźnią podsumować mogę dwoma słowami: chcę więcej! 

   Po tej odrobinie fantastyki naszła mnie ochota na coś innego, najlepiej z trupem w tle, w związku z czym sięgnęłam po "Kobietę w oknie" A.J.Finna i "Nocny film" Marishy Pessl. Obie książki, o których było dosyć głośno w środowisku booktuberskim i blogowym, zawiodły niestety pokładane w nich nadzieje. W obu podobał mi się język autorów i sam pomysł, obie miały również sporo słabszych punktów, które zaważyły na bardzo przeciętnej ocenie. 

   Następna w kolejce książka to baśniowa opowieść z dawnej Rosji, oparta i czerpiąca garściami z folkloru rosyjskiego, prosta, ale niezwykle urokliwa. Mowa o "Niedźwiedziu i słowiku" Katherine Arden. Pomijając zachwycającą okładkę, sama opowieść również chwyciła mnie za serce, przede wszystkim dzięki temu, że przeniosła mnie w czasy dzieciństwa, kiedy to zaczytywałam się w baśniach z różnych stron świata. Nie jest to książka bez wad, ale czyta się ją niezwykle przyjemnie i z czystym sumieniem mogę polecić na spokojne, późnowiosenne wieczory, tudzież leżakowanie w słoneczne popołudnia w ogrodzie.

   Najsłabszą książką przeczytaną w maju, pod pewnymi względami gorszą nawet od zupełnie przeciętnego "Meet Cute" był "Pierwszy róg" Richarda Schwartza. Ależ się na niej zawiodłam! Nie od strony treści, bo ta była ciekawa, nie od strony wykonania, bo napisana była dowcipnie i lekkim piórem, lecz od strony prowadzenia bohaterów i ich specyficznego spojrzenia na pewne kwestie. Więcej wkurzeń w recenzji.

   Na szczęście dobry honor fantastyki uratował Brian McClellan z "Obietnicą krwi". Można napisać dobrą, wciągającą fantastykę bez wszechobecnych cycków i gwałtów? Można. Na dodatek z magią do tej pory niespotykaną w tym gatunku literackim i ciekawymi głównymi bohaterami, którzy może i nie są zbyt sympatyczni, ale i tak trzyma się za nich kciuki.

   Na zakończenie miesiąca zostawiłam sobie książkę, na którą sporo czekałam i o której słyszałam same pozytywne opinie. "Toń" Marty Kisiel nie zawiodła i jedyne, co mogę jej zarzucić, to to, że mogłaby być dłuższa. Świetny język autorki, bardzo sympatyczne bohaterki i bohaterowie, a także nasz piękny Wrocław i polski charakter opowieści składają się na książkę, na którą warto było czekać. Podobnie jak warto poczekać na recenzję, która na pewno powstanie, obiecuję!


   Podsumowanie gwiazdkowe

jedna książka ★★
pięć książek ★★★
trzy książki ★★★★
dwie książki ★★★★★

   Maj to miesiąc, w którym zakończyłam pełnym sukcesem postanowienie noworoczne dotyczące czytania co najmniej 1/3 książek kupionych w poprzedzającym miesiącu - po raz pierwszy przeczytałam wszystkie pozycje z kwietniowego book haula. Brawo ja! Dla odmiany kwartalna fantastyka z wyzwania czytelniczego Kirimy przeszła na czerwiec, Terry Pratchett czeka na okazję. Udało mi się za to wypełnić jeszcze jedno z postanowień noworocznych - Marta Kisiel odhaczyła swoją "Tonią" książkę polskiego autora. 


   Na zakończenie wspomnieć muszę o spotkaniu z Sylwią z unSerious.pl, z którą spędziłyśmy parę godzin zajadając ciastka i rozmawiając nie tylko o książkach. Sylwia, dziękuję bardzo za przesympatyczne popołudnie i mam nadzieję, że jeszcze nie raz będzie okazja do spotkania! 

   Jak wyglądał Wasz czytelniczy maj, drodzy Odwiedzający? Czy piękna, choć może nieco za gorąca pogoda, zachęciła Was do czytania na potęgę, czy wręcz przeciwnie, nie mogliście się zmusić do sięgnięcia po książkę?