sobota, 24 marca 2018

Jak śnić, to na całego - Lewis Carroll "Alicja w krainie czarów"

   Książkowe powroty, zwłaszcza do pozycji, z którymi jesteśmy mocno związani, to jedna z najprzyjemniejszych w mojej opinii części życia czytelniczego. Nie wyobrażam sobie nie powrócić przynajmniej raz na parę lat do Śródziemia, na Pern czy do Hogwartu. Tym bardziej, że z wieloma bohaterami książkowymi wiążą mnie o wiele silniejsze uczucia niż z rzeczywistymi ludźmi (smutne? być może, ale osobiście bardzo mi to odpowiada). Trochę inaczej jest jednak, gdy daję książce, która może niekoniecznie mi się spodobała, drugą szansę. Zawsze jest bowiem szansa, że ponownie się zawiodę.

   "Alicja w krainie czarów" Lewisa Carrolla nie spodobała mi się specjalnie, gdy czytałam ją jako dziecko. Niewiele z tamtych wrażeń pamiętam oprócz ogólnej niechęci i poczucia niedosytu. Postanowiłam jednak wrócić do przygód Alicji ponownie teraz i jako dorosła kobieta zobaczyć, czy moje obojętne uczucia względem tej książki związane były z wiekiem, czy może dlatego nie potrafiłam docenić historii, którą tak wielu ludzi darzy uwielbieniem?

   Opowieść o Alicji, dziewczynce, która przez króliczą norkę wpada w dziwaczny, pełen nonsensu świat groteskowych postaci, gadających zwierzątek, znikających kotów i krwiożerczych karcianych królowych to historia znana większości ludzi, dlatego nie będę się rozwodzić nad fabułą. Zresztą absurdalny sen, który stał się udziałem Alicji, trudny jest do opisania jako ciąg przyczynowo-skutkowy, bo Carroll stworzył swoją historię raczej jako szereg epizodów, luźno ze sobą (lub w ogóle nie) połączonych.

   Wydawać by się mogło, że jako wielbicielkę fantastyki historia dziewczynki w krainie dziwów nie może nie wpasować w moje gusta. A tu klops, okazuje się, że jak najbardziej może. Tym razem jednak wiem, dlaczego. Powodem, dla którego ze światem Carrolla się nie polubiliśmy za dzieciaka i nie polubimy teraz, są postaci w nim występujące. O ile sama Alicja rozczulała mnie od czasu do czasu swoją dziecięcą logiką i przyjmowaniem zadziwiających zdarzeń, jakie ją spotykają, z dziecięcym entuzjazmem i wiarą, o tyle wszystkie pozostałe istoty zaludniające krainę czarów doprowadzały mnie do szewskiej pasji. Nie chodzi nawet o bezsensowność ich zachowań, bo ta akurat do formuły snu pasuje jak najbardziej. Szalony Kapelusznik, Księżna, Królowa Kier - wszyscy oni byli tak niesamowicie antypatyczni, że prawdziwą przyjemność sprawiało mi wyobrażanie sobie Alicji, która ma ich dość i wyjmując zza pazuchy bazookę rozwala całe to towarzystwo na drobne kawałki.

   "Alicja w krainie czarów" miałaby szansę mnie do siebie przekonać, gdyby rodzice przeczytali mi ją w dzieciństwie, albo gdybym wysłuchała jej jako słuchowiska radiowego. Jako historia opowiedziana ustnie przyciągnęłaby być może moją uwagę dzięki plejadzie śmiesznych postaci, które w tej formie mogłyby nie być tak strasznie irytujące, a i krótkie rozmiary poszczególnych epizodów nie zmęczyłyby mnie prawdopodobnie tak, jak to zrobiły czytane jednym ciągiem.

   Żeby nie skończyć na negatywach, urzekły mnie niezmiernie koszmarnie zniekształcone dziecięce rymowanki i piosenki, zwłaszcza ta o ojcu Wigriliuszu i o chorym kotku, którą pozwolę sobie na zakończenie zacytować:

"Pan Lew był raz chory i leżał w łóżeczku,
Więc przyszedł pan doktor:
- Jak się masz, koteczku?
- Niedobrze, lecz teraz na obiad jest pora -
Rzekł Lew rozżalony i pożarł doktora."

(przełożył Antoni Marianowicz)


   "Alicję w krainie czarów" włączam niniejszym do wyzwania czytelniczego Kirimy"Czytamy klasykę fantasy". Można się kłócić, czy aby do tego gatunku książka Carrolla się zalicza, osobiście uważam jednak, że jak najbardziej, bo w jakim innym gatunku mamy do czynienia z eliksirami tudzież grzybkami wzrostu, znikającymi kotami, królami i królowymi oraz flamingami służącymi za kije do krykieta?





tytuł: Alicja w krainie czarów
tytuł oryginału: Alice's Adventures In Wonderland
tłumaczenie: Antoni Marianowicz
wydawnictwo: Nasza Księgarnia
rok wydania: 1988



ocena: ★★★☆☆

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz