Gdy w 2015 roku Jon Steward ogłosił, że odchodzi z The Daily Show, a jego miejsce zajmie Trevor Noah, bałam się, że jeden z moich ulubionych satyrycznych programów amerykańskich straci urok i humor, który nadawał mu Steward. Nie znałam Trevora Noah, nie miałam pojęcia, kim jest i skąd się wziął, i szczerze mówiąc byłam nastawiona raczej negatywnie do tej zmiany (bo jak wszyscy wiemy, najbardziej lubimy rzeczy, które znamy). Na szczęście moje obawy okazały się zupełnie nieuzasadnione. The Daily Show pod panowaniem Noah kwitnie, a sam prowadzący ma w głębokim poważaniu wszelkie świętości i z ostrym, inteligentnym humorem nieraz doprowadza mnie do łez śmiechu (choć właściwie powinnam rozpaczać nad ludzką głupotą). Gdy więc usłyszałam, że na rynku polskim pojawia się książka przez niego napisana, natychmiast zażyczyłam ją sobie na urodziny. I dobrze zrobiłam!
"Nielegalny. Moje dzieciństwo w RPA" jest częściową autobiografią Trevora Noah, jak sam tytuł wskazuje skupiającą się na jego latach młodzieńczych, spędzonych w Johannesburgu. Poznajemy młodego Trevora i jego mamę, Patricię Nombuyiselo, która przez całe życie stanowiła dla niego oparcie i wzór, i która wbrew przeciwnościom losu i wbrew prawu apartheidu wychowała mieszanego pochodzenia dziecko na ciekawego świata, inteligentnego człowieka. Razem z młodym Trevorem biegamy ulicami południowoafrykańskiego miasta, chodzimy do szkoły, w której jest jedynym mieszanym uczniem, a później towarzyszymy mu w jego niezbyt legalnym biznesie didżeja i sprzedawcy pirackich płyt. Pod koniec trafiamy z nim nawet do więzienia, by wreszcie razem z nim przeżywać tragedię, gdy jego ojczym w szaleńczym ataku postrzela Patricię.
Książka Trevora Noah jest w równym stopniu autobiografią, jak i książką historyczną. Przy jej lekturze dowiedziałam się więcej o okrucieństwach apartheidu, bezsensowności i równoczesnej skuteczności tego systemu, niż na jakiejkolwiek lekcji historii. Dzielenie ludzi według koloru skóry, ale także według widzimisię urzędników (grupowanie Chińczyków jako kolorowych, ale już Japończyków jako białych, spychanie "niegrzecznych" białych do grupy kolorowych, a tych do czarnych, itp.), nie mieści się w głowie i dobitnie pokazuje, jak straszną rzeczą jest rasizm, a także kolonialna mentalność zdobywców.
Autobiografia to gatunek, który trudno oceniać ze względu na jego treść. Jakie bowiem mam prawo oceniania życia i wyborów rzeczywiście żyjącej osoby? Mogę natomiast ocenić ją pod względem językowym, i tutaj nie miałam większych problemów. Kto choć raz widział Trevora Noah w jednym z jego komediowych monologów, albo w "The Daily Show", ten wie, że co jak co, ale język ma Noah cięty, dowcipny i ukazujący jego sporą wiedzę i inteligencję. Każdy z króciutkich rozdziałów poświęcony jest innemu tematowi: a to rodzinie Trevora, a to jego przyjaciołom, opowieściom o wierzeniach mieszkańców Południowej Afryki i różnicach między plemionami, a także takim czy innym bezsensom apartheidu. Noah każde, nawet najgorsze wydarzenie przedstawia z dużą dozą humoru i dystansu, przez co od książki ciężko się oderwać.
Książkę polecam zarówno wielbicielom Trevora Noah, jak i tym, którzy z pierwszej ręki chcą się dowiedzieć o apartheidzie więcej. Historia młodego południowoafrykańskiego chłopaka i jego niesamowitej, nieustraszonej i zbuntowanej matki potrafi bowiem i rozśmieszyć, i wzruszyć, a przy okazji ukazuje nam świat, o którym niewielu z nas wie tyle, ile powinno.
tytuł: Nielegalny. Moje dzieciństwo w RPA
autor: Trevor Noah
wydawnictwo: W.A.B.
liczba stron: 320
ocena: ★★★★☆
niedziela, 8 kwietnia 2018
Horror stary, ale jary - Ira Levin "Rosemary's Baby"
Nie ma chyba osoby, mianującej się wielbicielem horroru, która nie słyszała o filmie Romana Polańskiego "Dziecko Rosemary". Opowieść o młodej kobiecie, wprowadzającej się z mężem do starej kamienicy, która otoczona ekscentrycznymi sąsiadami stopniowo odkrywa przerażającą prawdę o nich i o miejscu, w którym przyszło jej zamieszkać, to filmowy majstersztyk napięcia i grozy. Można mieć o Polańskim różne zdanie, ale tworzyć filmy to on potrafi. Do niedawna nie wiedziałam jednak, że "Dziecko Rosemary" powstało na podstawie książki Iry Levina o tym samym tytule. Gdy więc zobaczyłam tę pozycję na BookDepository za 16 zł, poczułam nagłą potrzebę zapoznania się z oryginałem, by potem powrócić do filmu.
"Dziecko Rosemary" to jeden z pierwszych, jeżeli nie pierwszy w historii literatury horror przenoszący się z mrocznych zamków, wyludnionych miasteczek i opustoszałych farm do miasta, by rozgrywać się wśród zwykłych, starych kamienic i zwykłych, szarych ludzi. Rosemary wraz z mężem Guyem, aktorem ciągle czekającym na przełomową rolę w jego karierze, wprowadzają się do apartamentu w Bramford, starej kamienicy z przeszłością. Ro, jak ją pieszczotliwie nazywają znajomi, nie zwraca uwagi na ekscentryczność sąsiadów, starego małżeństwa Castavetów, którzy stopniowo zaczynają odgrywać coraz większą rolę w życiu naszej bohaterki. Życie kobiety układa się różowo - Guy dostaje rolę, o którą ciężko walczył, a Rosemary zachodzi w upragnioną ciążę. Niestety, od tego momentu wszystko zaczyna zmieniać się na gorsze. Ciąży towarzyszy straszliwy ból, przyjaciel dziewczyny, który ostrzegał ją przed Bramfordem zapada w niewytłumaczalną śpiączkę, a Guy coraz bardziej się od niej oddala, równocześnie zawiązując coraz silniejsze więzi z Castavetami. Rosemary czuje się odizolowana i samotna, a równocześnie zyskuje coraz większą pewność, że jej sąsiedzi są kimś więcej niż zwykłą, starszą parą.
Ponieważ oglądałam film, wiedziałam, jakimi torami podążać będzie fabuła i jak historia Rosemary się skończy, w związku z czym nie mogłam odczuć zaskoczenia i przerażenia, jakie pewnie byłoby moim udziałem, gdybym opowieść poznawała po raz pierwszy. Z drugiej strony każdy smaczek, każdą zapowiedź grozy, jaka czyhała na bohaterkę, wyłapywałam zacierając ręce z zadowolenia. Wiem bowiem, że przy pierwszym spotkaniu z opowieścią o Bramford i jego mieszkańcach wiele z nich by mi umknęło.
Ira Levin pisze językiem prostym i bardzo współczesnym (pamiętajmy, że książka wydana została w 1967), dzięki czemu nawet dzisiejszy czytelnik nie będzie odczuwał żadnej nutki starodawności w jego prozie. Jest również Levin pisarzem, który doskonale zdołał oddać poczucie zagubienia, osamotnienia i rozpaczy młodej kobiety, dla której ciąża miała być szczęściem, a zamieniła się w koszmar. I choć "Dziecko Rosemary" nie jest horrorem, przy którego czytaniu musimy mieć zaświecone światło i dużą ilość paznokci do obgryzania, atmosfera napięcia i uczucie, że coś jest nie tak towarzyszy nam przez całą lekturę, sprawiając, że trudno książkę odłożyć, zanim nie przeczytamy jej w całości.
"Dziecko Rosemary" to klasyka gatunku i z czystym sumieniem polecam ją każdemu, kto oglądał film, ale także tym, którzy z tą historią spotykają się po raz pierwszy. Ja natomiast z przyjemnością odświeżę sobie film Polańskiego z niesamowitą Mią Farrow. Książka trafia również na listę przeczytanych klasyków literatury w wyzwaniu czytelniczym Kirimy.
tytuł: Rosemary's Baby
autor: Ira Levin
wydawnictwo: Corair
liczba stron: 229
ocena: ★★★★☆
"Dziecko Rosemary" to jeden z pierwszych, jeżeli nie pierwszy w historii literatury horror przenoszący się z mrocznych zamków, wyludnionych miasteczek i opustoszałych farm do miasta, by rozgrywać się wśród zwykłych, starych kamienic i zwykłych, szarych ludzi. Rosemary wraz z mężem Guyem, aktorem ciągle czekającym na przełomową rolę w jego karierze, wprowadzają się do apartamentu w Bramford, starej kamienicy z przeszłością. Ro, jak ją pieszczotliwie nazywają znajomi, nie zwraca uwagi na ekscentryczność sąsiadów, starego małżeństwa Castavetów, którzy stopniowo zaczynają odgrywać coraz większą rolę w życiu naszej bohaterki. Życie kobiety układa się różowo - Guy dostaje rolę, o którą ciężko walczył, a Rosemary zachodzi w upragnioną ciążę. Niestety, od tego momentu wszystko zaczyna zmieniać się na gorsze. Ciąży towarzyszy straszliwy ból, przyjaciel dziewczyny, który ostrzegał ją przed Bramfordem zapada w niewytłumaczalną śpiączkę, a Guy coraz bardziej się od niej oddala, równocześnie zawiązując coraz silniejsze więzi z Castavetami. Rosemary czuje się odizolowana i samotna, a równocześnie zyskuje coraz większą pewność, że jej sąsiedzi są kimś więcej niż zwykłą, starszą parą.
Ponieważ oglądałam film, wiedziałam, jakimi torami podążać będzie fabuła i jak historia Rosemary się skończy, w związku z czym nie mogłam odczuć zaskoczenia i przerażenia, jakie pewnie byłoby moim udziałem, gdybym opowieść poznawała po raz pierwszy. Z drugiej strony każdy smaczek, każdą zapowiedź grozy, jaka czyhała na bohaterkę, wyłapywałam zacierając ręce z zadowolenia. Wiem bowiem, że przy pierwszym spotkaniu z opowieścią o Bramford i jego mieszkańcach wiele z nich by mi umknęło.
Ira Levin pisze językiem prostym i bardzo współczesnym (pamiętajmy, że książka wydana została w 1967), dzięki czemu nawet dzisiejszy czytelnik nie będzie odczuwał żadnej nutki starodawności w jego prozie. Jest również Levin pisarzem, który doskonale zdołał oddać poczucie zagubienia, osamotnienia i rozpaczy młodej kobiety, dla której ciąża miała być szczęściem, a zamieniła się w koszmar. I choć "Dziecko Rosemary" nie jest horrorem, przy którego czytaniu musimy mieć zaświecone światło i dużą ilość paznokci do obgryzania, atmosfera napięcia i uczucie, że coś jest nie tak towarzyszy nam przez całą lekturę, sprawiając, że trudno książkę odłożyć, zanim nie przeczytamy jej w całości.
"Dziecko Rosemary" to klasyka gatunku i z czystym sumieniem polecam ją każdemu, kto oglądał film, ale także tym, którzy z tą historią spotykają się po raz pierwszy. Ja natomiast z przyjemnością odświeżę sobie film Polańskiego z niesamowitą Mią Farrow. Książka trafia również na listę przeczytanych klasyków literatury w wyzwaniu czytelniczym Kirimy.
tytuł: Rosemary's Baby
autor: Ira Levin
wydawnictwo: Corair
liczba stron: 229
ocena: ★★★★☆
piątek, 6 kwietnia 2018
Prawie wiosenny book haul - marzec 2018 ☆ミ
Ewidentnie wiosna (może nie tyle u nas w Polsce, ile ta wypełniona kwitnącą wiśnią w Japonii) rzuciła mi się na mózg, bo nie widzę innego wytłumaczenia zupełnego braku opanowania, jeśli chodzi o zakupy książkowe. Jeśli zliczymy wszystko, czyli książki, komiksy, mangi i albumy, to na moich półkach (ha! raczej na podłodze z braku miejsca) pojawiło się czternaście nowych pozycji. Czternaście! A najlepsze jest to, że nadal nie wykorzystałam prezentu urodzinowego w postaci kart podarunkowych do Empiku, aż strach pomyśleć, co by było gdybym miała czas na chodzenie po księgarniach.
Co my tu w takim razie mamy:
Co my tu w takim razie mamy:
- dwie mangi po japońsku,
- komiks po tajsku (!),
- album poświęcony H.R. Gigerowi,
- siedem książek po angielsku,
- trzy książki po polsku.
Może zacznę od dwóch książek, które dostałam w prezencie urodzinowym od siostrzyczki. Obie zażyczyłam sobie z zupełnie różnych powodów: "Nielegalnego" Trevora Noah, bo uwielbiam faceta ogromnie, oraz "Czerwony śnieg" Iana R. MacLeoda, bo okładka wpadła mi w oko.
W marcu miałam okazję być na cudownym recitalu Anne Sophie Mutter w katowickim NOSPRze, a w przerwie koncertu w tamtejszej księgarni w oko wpadło mi opasłe dzieło Alexa Rossa "Reszta jest hałasem. Słuchając dwudziestego wieku", poświęcone muzyce współczesnej, od Debussy'ego i Sibeliusa począwszy, a na Cage'u i Takemitsu skończywszy. Przypomniały mi się czasy moich studiów muzycznych i fakt, że było nie było magisterkę na nich też obroniłam, a ponieważ muzykę dwudziestego wieku bardzo lubię, z chęcią o niej poczytam.
Podczas tygodniowych wakacji w Bangkoku natknęłam się na cudowne miejsce, jakim jest część książkowa targu Chatuchak, z którego nie mogłam wyjść z pustymi rękoma, a ponieważ był to ostatni dzień i z pieniędzmi było krucho, skończyło się na zeszycie "X-men" po tajsku.
W Japonii natomiast jak zwykle zawładnęły mną mangi. Tym razem z księgarni wyszłam z najnowszym spin-offem z serii "Kuroko no Basket" autorstwa Takahashiego Ichirō, poświęconego przeszłości Taigi i Tatsuyi, a także z "Ojisama to neko" Sakurai Umi, będącą opowieścią o starszym panu, który bierze ze schroniska brzydkiego kocura i o przygodach tych dwojga.
Oprócz mang znalazłam również bardzo interesujący album poświęcony twórczości H.R. Gigera, artysty najbardziej szerokiemu gronu znanego jako twórcy postaci Obcego, Xenomorfa z filmu Ridleya Scotta "Obcy, ósmy pasażer Nostromo". Jako wielbicielka tego filmu, jak i samego stwora, nie mogłam przepuścić takiej okazji, tym bardziej, że album kosztował zaledwie 500 jenów, czyli ok. 16 zł.
W marcu większość zakupów książkowych odbyła się za pośrednictwem strony Bookdepository, na której do wykorzystania miałam kupon zniżkowy, co musiało się skończyć wiadomo jak. Po pierwsze wreszcie zdecydowałam się zamówić piękne, oprawione w skórę wydanie "Drakuli" Brama Stokera ze srebrnymi grzbietami stron. Po prostu cudo, mówię Wam.
Oprócz wspomnianego cudeńka zamówiłam również książki, o których od pewnego czasu głośno na anglojęzycznym booktubie, bo czasami nachodzi mnie ochota na przeczytanie nowości i sprawdzenie, czy rzeczywiście warte są one takiego rozgłosu. Dwie z trzech pozycji już przeczytałam, recenzje "Children of Blood and Bone" Tomi Adeyemi i "The Loneliest Girl in the Universe" Lauren James już niedługo. Zainteresował mnie również zbiór opowiadań historical fiction, poświęconych młodym ludziom z kręgu LGBT, pod tytułem "All Out: the No-Longer Secret Stories of Queer Teens Throughout the Ages".
Ostatnim zakupem marcowym jest cała trylogia Pierce'a Browna, czyli "Red Rising", który posiadam w formie e-booka i którego recenzję możecie przeczytać na blogu, oraz "Golden Son" i "Morning Star", za które zabieram się w kwietniu.
Jak widać jestem wspaniałym przykładem tego, że wystarczy człowiekowi zaproponować promocję/kupon zniżkowy, by wydał dwa razy więcej, niż zrobiłby to w normalnych okolicznościach. Co gorsza, nawet nie mogę sobie obiecać, że opanuję się w kwietniu, bo karty prezentowe same się nie wykorzystają!
Jak wyglądają Wasze stosiki marcowe? Równie bogato? A może możecie poszczycić się większą samokontrolą? Dajcie znać, z chęcią zobaczę, co ciekawego pojawiło się na Waszych półkach.
niedziela, 1 kwietnia 2018
Marcowe podsumowanie czytelnicze
Podsumowania czytelnicze na moim blogu były do tej pory częścią wpisu o zakupionych książkach, tym razem jednak, ze względu na ilość przeczytanych pozycji, zasłużyły na osobny wpis. Nie wiem jakim sposobem, ale w marcu przeczytałam więcej książek, niż w dwóch poprzednich miesiącach razem. Na pewno pomógł w tym maraton czytelniczy, niemniej jednak przepełnia mnie zaskoczenie i duma zarazem, piętnaście książek to w końcu coś! Niestety, ma to również swój minus w postaci ogromnych zaległości w pisaniu recenzji, na które po prostu nie starczyło mi już czasu. No cóż...
Zauważyłam, że coraz szybciej idzie mi czytanie po angielsku i coraz bardziej w stronę tego języka przechyla się szala przeczytanych pozycji. Z piętnastu marcowych książek aż dziewięć to książki anglojęzyczne.
Przejdźmy zatem do podsumowania!
Zacznę od maratonu czytelniczego Reread-a-thon 2018, który polegał na ponownym przeczytaniu książek mi już znanych. Cztery wyzwania zostały wypełnione, a wręcz pobite na całego, bo przeczytałam o jedną książkę więcej, niż miałam w planach. Na podsumowanie zapraszam do wpisu o tu. Pozwolę sobie tylko wymienić tytuły książek biorących udział w maratonie, ponieważ są jednymi z niewielu, do których udało mi się napisać recenzje.
Zauważyłam, że coraz szybciej idzie mi czytanie po angielsku i coraz bardziej w stronę tego języka przechyla się szala przeczytanych pozycji. Z piętnastu marcowych książek aż dziewięć to książki anglojęzyczne.
Przejdźmy zatem do podsumowania!
Zacznę od maratonu czytelniczego Reread-a-thon 2018, który polegał na ponownym przeczytaniu książek mi już znanych. Cztery wyzwania zostały wypełnione, a wręcz pobite na całego, bo przeczytałam o jedną książkę więcej, niż miałam w planach. Na podsumowanie zapraszam do wpisu o tu. Pozwolę sobie tylko wymienić tytuły książek biorących udział w maratonie, ponieważ są jednymi z niewielu, do których udało mi się napisać recenzje.
- Halina Górska "O Księciu Gotfrydzie, rycerzu gwiazdy wigilijnej"
- V.E.Schwab "Vicious"
- Shaun David Hutchinson "We Are the Ants"
- Lewis Carroll "Alicja w krainie czarów"
- Anna Lange "Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu"
Marzec można określić mianem miesiąca s-f, ponieważ po raz pierwszy od dłuższego czasu rozczytałam się w tym gatunku. Na pierwszy ogień poszła książka Naomi Alderman "The Power" opowiadająca o świecie, w którym kobiety zyskują moc kontrolowania energii elektrycznej, przez co dotychczasowy balans sił w społeczeństwie ulega zmianie, prowadząc do końca znanego nam świata. "Dark Matter" Blake'a Croucha, historia mężczyzny, który pewnego dnia zostaje zaatakowany przez samego siebie z innego wymiaru i musi podjąć walkę o powrót do swojej rodziny nadal czeka na swoją recenzję, ale powiem tylko, że czytało się nieźle. O "Red Rising" Pierce'a Browna za to nafangirlowałam się wystarczająco, a ponieważ dwa dni temu doszła do mnie paczuszka z Bookdepository z całą trylogią, możecie się spodziewać kolejnych zachwytów (mam nadzieję!) w kwietniu. Ostatnią z książek przeczytanych w marcu była opowieść o najbardziej samotnej dziewczynie w kosmosie - "The Loneliest Girl in the Universe" Lauren James, której recenzję już napisałam i pojawi się tu wkrótce.
Oprócz fantasy i s-f znalazło się w marcu także miejsce na młodzieżówki i książkę non-fiction.
Adam Silvera zawitał do mnie dwukrotnie, raz po polsku z "More Happy Than Not/Raczej szczęśliwy niż nie" i raz po angielsku z "They Both Die at the End" (w postaci e-booka). Pod względem fabuły i poruszanych problemów lepszą wydaje mi się ta pierwsza, za to bohaterów tej drugiej polubiłam o wiele bardziej, a dlaczego, o tym już wkrótce w recenzji.
Jedenastego marca przypadła siódma rocznica trzęsienia ziemi i wielkiego tsunami, które nawiedziły Japonię w 2011 roku. Pamiętam przerażenie, z jakim obserwowałam relacje telewizyjne z kraju, który jest mi tak bardzo bliski. "Ganbare! Warsztaty umierania" Katarzyny Boni przeniosły mnie z powrotem w ten okropny czas, a także w miesiące późniejsze, gdy naród japoński próbował radzić sobie z traumą i ciągłym niebezpieczeństwem ze strony elektrowni w Fukushimie. Nie każdemu styl reportażu, jaki uprawia pani Boni musi odpowiadać, ja jednak z czystym sercem polecam każdemu, kto chce spojrzeć na tę tragedię oczami ludzi, którzy w niej uczestniczyli.
Ostatnie cztery książki tego przydługiego podsumowania to fantastyka w wydaniu zarówno polskim, jak i zagranicznym. "Żniwiarz. Pusta noc" Pauliny Hendel wykorzystuje naszą swojską mitologię słowiańską w opowieści o ludziach, których profesja przypomina nieco profesję wiedźmińską, ale osadzoną w teraźniejszości. Pierwsza część cyklu pani Hendel nie zachwyciła mnie jakoś specjalnie, bo zbyt wiele w niej niedociągnięć, ale też zaciekawiła na tyle, że po drugi tom na pewno sięgnę. Tomi Adeyemi ze swoją afrykańsko inspirowaną opowieścią "Children of Blood and Bone" zachwyciła zagranicznego booktuba, ja jednak jestem rozdarta, gdyż z jednej strony świat przez pisarkę wykreowany jest świetnie, z drugiej strony niektórzy z bohaterów już mniej. Więcej w recenzji, jak już się do niej wezmę. Ostatnie pozycje (chronologicznie pierwsze przeczytane w marcu) to dwie nowelki ze świata Uwięzionego Księcia C.S.Pacat: "The Adventures of Charls, the Veretian Cloth Merchant" i "The Summer Palace". Cóż ja mogę powiedzieć, obie nowelki to czysta fangirlowska uczta dla każdego wielbiciela historii Damianosa i Laurenta. Małe przyjemności potrzebne są w życiu każdego czytelnika i tyle.
Podsumowanie gwiazdkowe
dwie książki ★★★
trzy książki ★★★ 1/2
pięć książek ★★★★
jedna książka ★★★★ 1/2
cztery książki ★★★★★
W marcu udało mi się wypełnić trzy z moich postanowień nowo-cało-rocznych. Z dziewięciu książek lutowego book haula przeczytałam sześć, a więc więcej niż połowę (założeniem była 1/3), przeczytałam również cztery książki polskich autorów, co bardzo mnie cieszy, bo czuję niedosyt polskości w moim czytelniczym życiu. "Alicją w krainie czarów" Lewisa Carrolla natomiast wypełniłam wyzwanie czytelnicze Kirimy odnośnie czytania klasyki fantastyki.
Uff, trochę się tego nazbierało. Mam nadzieję, że i u Was, drodzy Odwiedzający, marzec był wypełniony książkami, a jeśli nawet nie, to trzymam kciuki za kwiecień!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



