Drodzy
Czytelnicy i Czytelniczki, proszę zaopatrzyć się w kawkę tudzież herbatkę,
ciepły kocyk i ewentualnie kota, gdyż przed nami długi, długi wpis, będący
mniej recenzją, a bardziej subiektywnymi przemyśleniami, niepochamowanym
słowotokiem i ogólnym fangirlizmem. Gotowi? To zaczynam.
Niekwestionowanym królem fantasy jest dla
mnie Tolkien. Uważam jego twórczość nie tylko za wyznacznik tego, co w
fantastyce najlepsze, ale również za świetne pisarstwo wychodzące daleko poza
gatunek, w którym tworzył. Przez wiele, wiele lat żadna książka nie zbliżyła
się nawet do poziomu emocji, które wzbudziła we mnie wędrówka Froda i Sama.
Szczerze mówiąc, uważałam, że nigdy nie przeczytam już nic, co zawładnęło by
moją wyobraźnią w takim stopniu jak historia Pierścienia. Na szczęście się
myliłam i z wielką radością to przyznaję.
W 2014 roku po raz pierwszy sięgnęłam po
książkę autora, o którym do tej pory jakimś cudem nie słyszałam i o którym nie
wiedziałam nic poza tym, że na swoim koncie ma multum grubych tomiszczy
fantastycznych. Jak to ja, zamiast zacząć od początku, rozpoczęłam moją
przygodę z Brandonem Sandersonem od środka, ale za to ambitnie. „
The Way of Kings” to opasła, ponad
tysiąc dwustu stronnicowa cegła, która pochłonęła mnie całkowicie w takim
stopniu, że przeczytałam ją w dwa dni, by zaraz sięgnąć po „
Words of Radiance”, drugą, równie
ogromną część. Od tego czasu przeczytałam obie części z Archiwum Burzowego
Światła parokrotnie, również po polsku (choć stanowczo preferuję wersję
angielską, gdyż w tłumaczeniu polskim jest parę „kwiatków”, które mnie okropnie
rażą).
Tym oto sposobem dochodzimy do listopada
2017 roku, kiedy to moje biedne, spragnione serce doczekało się trzeciej części dziesięcio (ponoć) tomowego cyklu, pod tytułem „Oathbringer”. Do premiery zostały już tylko dwa tygodnie, książkę
oczywiście zamówiłam z pół roku temu. W ramach oczekiwania postanowiłam
przeczytać ponownie zarówno „Drogę królów”, jak i „Słowa światłości”. Raz, żeby
sobie przypomnieć fabułę (a jest co przypominać!), dwa, żeby ponownie wejść w
niesamowity świat wyobraźni Sandersona.
Dziś skończyłam „The Way of Kings” w
pięknej, wydanej w UK dwutomowej wersji i postanowiłam podzielić się swoimi
odczuciami i wrażeniami. Nie będzie to tak pełna recenzja, jaką aż płonę, żeby
napisać, ponieważ chciałabym uniknąć spoilerów fabularnych dla tych, którzy
jeszcze książki przeczytać okazji nie mieli. Skupię się raczej na świecie i
bohaterach, a jest to, co wszyscy wielbiciele twórczości Sandersona mogą
potwierdzić, temat rzeka.
Świat
Z ręką na sercu przyznaję – jestem zazdrosna
o wyobraźnię Sandersona. Jak temu człowiekowi mieszczą się w głowie te
wszystkie światy i te niezwykłe systemy magiczne, no jak?
Czytałam kiedyś książkę, której autorka stwierdziła
chyba, że po co się wysilać, skoro można „stworzyć” fantastyczną rzeczywistość
poprzez nadanie znanym nam istotom i zjawiskom dziwnych nazw. Rozciągnęła tym
sposobem przed czytelnikiem wizję „niezwykłego” świata, zapełnionego bzykami
śpiewającymi wśród grzdów i narowistymi biechniakami ujeżdżanymi przez
dzielnych krędziołków (inwencja twórcza moja, bo nie pamiętam i nie chcę
pamiętać). Czytało się to to okropnie, wtórne to było i mdłe aż do bólu.
U Sandersona jest to nie do pomyślenia. Jego
cosmere zapełnione jest planetami, z których każda jest inna, a Roshar – świat „Drogi
królów” króluje wśród nich swoją niezwykłością. Wyobraźmy sobie bowiem podmorskie krainy z
długimi, falującymi wodorostami, chowającymi się i wychylającymi ukwiałami,
malutkimi krabami i skorupiakami, a potem przenieśmy to wszystko na ląd. Otrzymujemy świat o
niezwykłym kolorycie, z trawą chowającą się w ziemi w celu uniknięcia zdeptania,
z ogromnymi stawonogami zamiast zwierząt pociągowych, z latającymi węgorzami. Co więcej,
jedyna kraina, której flora i fauna przypomina tę naszą, ziemską, uważana jest
za niezwykłą, wręcz dziwaczną i nienaturalną. Wszystko to opisane jest w
niezwykle plastyczny, przemawiający do wyobraźni sposób, dzięki czemu
wyobrażenie sobie ogromnego stwora kryjącego się wśród Strzaskanych Równin
przychodziło mi równie łatwo, co przywołanie obrazu karalucha, brrr.
Nie można również nie wspomnieć o sprenach,
maleńkich istotach będących fizyczną manifestacją żywiołów (np. ogniospreny,
wiatrospreny), uczuć (np. honorspreny), a nawet ran czy śmierci. Raczej
wrażenia niż istoty myślące, spreny towarzyszą ludziom i wydarzeniom i nikt nie
pomyśli, że mogą być czymś więcej (spoiler – mogą).
Mitologia i magia
Sanderson znany jest jako twórca skomplikowanych
i fascynujących systemów magicznych. Nie inaczej jest w przypadku „Drogi królów”,
jest to jednak temat tak obszerny, że nie będę się w niego zbytnio zagłębiać,
bo żeby go naprawdę poznać i zrozumieć, trzeba wyżej wymienioną pozycję przeczytać.
Powiem tylko tyle: to, czego potrafią dokonać bohaterowie dzięki Wiązaniu Mocy,
jest niesamowite, Ostrza Odprysku fizycznie przecinające rzeczy nieożywione i w
niewytłumaczalny sposób „przecinające” duszę istot żywych są niezwykłe, a Pancerze,
których posiadacze są niemal niepokonani w walce, godne swojej sławy. Niezwykle
ciekawe są również kamienie Nadające Duszę (odmawiam używania słowa Duszniki,
które pojawia się w polskiej wersji), dzięki którym powstają nie tylko drobne
przedmioty użytku codziennego, ale wręcz całe obozy – miasta na Strzaskanych
Równinach.
Nie zapominajmy również o Przynoszących
Pustkę (podobnie jak w przypadku Duszników, na słowo Pustkowce dostaję
dreszczy), mitycznych stworach przynoszących zniszczenie i śmierć, które według
legend zostały pokonane przez Świetlistych Rycerzy, a które w rzeczywistości
nie zniknęły z Rosharu i … proszę sobie doczytać, mnie ujawnienie prawdy o nich
zaskoczyło i nie chcę psuć przyjemności tego odkrycia przez niebaczne zaspoilerowanie.
Bohaterowie
Z góry przepraszam za tę część wpisu, moja
miłość do bohaterów „Drogi królów” jest zbyt wielka, by dało się ją ująć w
koherentne zdania. Nie chcę również zdradzić zbyt wiele o fabule, która w dużej
mierze rozwija się poprzez wybory i działania głównych postaci książki, proszę
się więc nie dziwić, jeśli wyjdzie z tego pomieszanie z poplątaniem.
Archiwum Burzowego Światła przewidziane jest
na dziesięć tomów i, jak łatwo się domyśleć, ilość postaci przewijających się
przez książki będzie ogromna. W samej „Drodze królów” mamy kilku (kilkunastu,
jeśli liczyć wszelkiego rodzaju interludia) bohaterów z rozdziałami im
poświęconymi. Główną trójkę stanowią: Kaladin, Ciemnooki oszczepnik, niewolnik,
wreszcie członek drużyny mostowych; Shallan Davar, Jasnooka dziewczyna o
niezwykłych zdolnościach malarskich i mrocznym sekrecie; Dalinar Kholin, jeden
z dziesięciu Arcyksiążąt – najpotężniejszych ludzi w Alethkarze, jeśli nie na
całym Rosharze, który zmaga się zarówno z pozostałymi książętami, jak i z
własnym umysłem i wizjami, które go dręczą podczas arcyburz. Ta trójka ma do
odegrania największą rolę w nadchodzących wydarzeniach i to na nich skupia się
uwaga pisarza i czytelników.
Ktoś musi zacząć. Ktoś musi wystąpić naprzód i zrobić to co jest właściwe, ponieważ jest właściwe. Jeśli nikt nie zacznie, to nikt nie może podążyć za nim.
Nie będę pisała nic o historii Kaladina,
powiem tylko tak – los nie daje chłopakowi chwili odpoczynku. Gdy wydaje się,
że już gorzej być nie może, okazuje się, że przeznaczenie ma w zapasie jeszcze
wiele kłód do rzucenia mu pod nogi. Kaladin to ciekawa postać, z jednej strony
młodzieniec wykształcony (na tyle, na ile to możliwe w przypadku Ciemnookich),
który zostałby chirurgiem, gdyby nie wojna i ludzka nienawiść; z drugiej strony
oszczepnik, jakiego świat nie widział, obdarzony instynktem przetrwania i
pomysłowością pozwalającą mu na trzymanie się życia mimo przeciwności.
Równocześnie jest chłopakiem niezwykle wrażliwym, walczącym z depresją, a nawet
myślami samobójczymi. To, w jaki sposób dba o swoich towarzyszy, jego chęć
niesienia pomocy każdemu źle potraktowanemu przez los, sprawiły, że zakochałam
się w nim na zabój. A ostatnie parę rozdziałów poświęconych jemu i Dalinarowi
czytałam z wypiekami na twarzy i obgryzionymi z nerwów paznokciami.

Twierdzę, że żadne osiągnięcie nie ma tak wielkiej wagi jak droga, która do niego prowadziła. Nie jesteśmy istotami celu. To podróż nas kształtuje.
Shallan, mimo bycia Jasnooką, a więc osobą
uprzywilejowaną w społeczeństwie Alethich, pod pewnymi względami ma sytuację
równie ciężką. To, co zaplanowała razem z braćmi, żeby uratować swój ród, ciąży
jej na sumieniu, ale nie pozwala sobie na poddanie się zwątpieniu i
wątpliwościom. Osóbka inteligentna, sprytna i zadziwiająco (jak na swoje
wychowanie i dzieciństwo) silna psychicznie – Shallan nie poddaje się i nie
zbacza z raz obranego celu i trudno jej za to nie szanować. Rysunki z jej
notatnika ozdabiają całą „Drogę królów” i odgrywają ważną rolę w rozwoju fabuły, pozwalając Shallan dostrzec świat, z którego istnienia niewielu
zdaje sobie sprawę. W pierwszym tomie cyklu odgrywa nieco mniejszą rolę niż
Kaladin i Dalinar, ale w drugim staje się centralną postacią w walce z
nadchodzącym nieszczęściem.
Nigdy nie oczekuj od ludzi poświęcenia, którego sam byś nie podjął. Nigdy nie każ im walczyć w warunkach, w których sam odmówiłbyś walki. Nigdy nie proś człowieka, by dopuścił się czynu, którym nie splamiłbyś swoich rąk.
Dochodzimy wreszcie do Dalinara, którego
ubóstwiam całym moim rozfantazjowanym serduchem. Nie wiem, co bardziej lubię w
tej postaci, czy to, że jest jedynym z Arcyksiążąt kierującym się kodeksem
honorowym, o którym większość zapomniała, czy jego dobroć i szlachetność. A
może niesamowitą i rzadko w książkach fantasy spotykaną mocną i ciepłą więź, jaka łączy go z
jego synami, Adolinem i Renarinem? Umiejętność przyznania się do błędu?
Niegodzenie się na niesprawiedliwość i nieczułość w stosunku do tych o niższej
pozycji społecznej? Może po prostu uwielbiam go za to wszystko na raz. Swoją
drogą, z powyższego opisu wyłania się człowiek bez skazy, a przez to nudny i
mało prawdziwy. Nic bardziej mylnego! Dalinar nie potrafi sobie poradzić z
wizjami, które nachodzą go podczas arcyburz, polityk również z niego nie
najlepszy, choć w przeciwieństwie do czasów młodości w dyskursie politycznym
posługuje się nie tylko pięściami, ale również głową. Jest zbyt ufny w stosunku
do Sadeasa, swojego dawnego przyjaciela, a obecnie głównego przeciwnika wśród
Arcyksiążąt. Może właśnie dzięki tym wadom tak łatwo go polubić? Team Dalinar
FTW!!!
Sanderson skupia się na tej trójce, ale
pozostałe postaci są równie ciekawe i charakterystyczne. Szeth, Zabójca w
Bieli, od którego zaczyna się walka Alethich z Parshendi. Jasnah Kolin, córka
króla, heretyczka i naukowiec, największy umysł Rosharu. Synowie Dalinara –
Adolin, wielki wojownik i równie wielki podrywacz, oraz Rinarin, zupełne
przeciwieństwo brata, spokojny intelektualista. Członkowie drużyny mostowych
Kaladina, indywidualności z zaskakującą przeszłością i ukrytymi talentami. Wszystkie
te postaci stanowią integralną część opowieści i nie są biernymi obserwatorami
wydarzeń, którym pędu nadaje wielka trójca, lecz bardzo często to właśnie ci „poboczni”
bohaterowie dają Kaladinowi, Shallan i Dalinarowi impuls do działania.
Czy ktoś, jakaś niewidzialna istota, musi zadecydować, że coś jest dobre, żeby było dobre? Wierzę że moja własna moralność, która odpowiada tylko przed moim sercem, jest pewniejsza i bardziej prawdziwa niż moralność tych, którzy postępują właściwie jedynie dlatego, że boją się kary.
Na zakończenie chciałabym przywołać inną pozycję z kanonu współczesnej fantastyki, czyli cykl George'a R.R.Martina "Pieśń lodu i ognia", równie epicką, z równie bogatą galerią postaci i rozwiniętym światem. Można powiedzieć, że jeżeli chodzi o strefę polityki i walki o władzę saga Martina wygrywa z cyklem Sandersona. Dla mnie jednak ten właśnie aspekt - im dalej w historię świata "Gry o tron", tym większe skupienie się na zagrywkach politycznych kosztem postaci - sprawia, że Archiwum Burzowego Światła jest ciekawsze i, nie ukrywając, lepsze. Owszem, tu również przepychanki między ludźmi u władzy, wbijanie rywalom noża w plecy i inne brudne zagrywki mają miejsce. Główni bohaterowie pozostają jednak sobą, rozwijają się w oparciu o to, co dobre i właściwie, o trwanie przy własnej moralności. Dlatego właśnie wraz z każdą kolejną stroną lubię ich coraz bardziej, dlatego nie ma rozdziałów, które mam ochotę ominąć, bo przestało mi zależeć na losach takiego czy innego bohatera (co niestety ma miejsce w sadze Martina). "Pieśń lodu i ognia" przeczytałam z wypiekami na twarzy, ale czy sięgnę po nią jeszcze kiedyś? Nie jestem pewna, czy np. przed publikacją nowej części będzie mi zależało, żeby przypomnieć sobie, kto z kim, co i jak. Do książek z cyklu Archiwum Burzowego Światła wracam co parę miesięcy i odkrywam za każdym razem coś nowego i interesującego. Świadczy to o mistrzostwie Sandersona i jak dla mnie to on, a nie Martin, jest najlepszym pisarzem fantasy od czasów Tolkiena.

Tym, którzy dotrwali do tego momentu gratuluję! Nie wiem, ile z mojego uwielbienia dla Sandersona i jego Archiwum Burzowego Światła udało mi się przelać w słowa, nie wiem, czy kogokolwiek zachęciłam do przeczytania tej książki (choć mam ogromną nadzieję, że jednak parę osób się znajdzie). Ciekawa jestem opinii tych, którzy podzielają moje odczucia i uczucia w stosunku do tej książki, a także tych, którym jakimś niezrozumiałym dla mnie sposobem "Droga królów" do gustu nie przypadła.
Ponieważ najbliższe parę dni spędzę w szpitalu (jak już ma się coś nie tak wydarzyć, to wszystko na raz), zabieram ze sobą "Words of Radiance", czasu na czytanie będę miała od groma, ale kolejny odcinek z cyklu "fangirlowanie fajne jest, a jak o Sandersonie, to już w ogóle" pojawi się dopiero po moim dojściu do stanu używalności. Do tego czasu raz jeszcze zachęcam wszystkich do sięgnięcia po tę książkę, proszę się nie przerażać rozmiarem, naprawdę warto!
Ocena (która nikogo nie powinna dziwić): ★★★★★