niedziela, 19 sierpnia 2018

Historia niby znana, a jednak chwytająca za serce jak nigdy - Madeline Miller "The Song of Achilles"

   Fatum. Okrutne słowo, przynoszące ze sobą cierpienie, rozpacz i świadomość własnej bezradności w obliczu losu. Zresztą, co ja Wam będę tłumaczyć, czym ono jest, wystarczy przecież odwołać się do czasów szkolnych i zajęć z literatury antycznej, które nikogo z nas nie ominęły. Imiona słynnych bohaterów starożytnej Grecji, których przeznaczenie zapisano w gwiazdach, zapełniały nasze zeszyty strona po stronie: Edyp, zabijający ojca i poślubiający własną matkę, Hektor, ginący z ręki Achillesa, Parys, przynoszący zagładę swemu miastu Troi. Żaden z nich, mimo próby walki z przeznaczeniem, nie uniknął wyroków losu.

   Nie inaczej jest w opowieści Madeline Miller, zatytułowanej "The Song of Achilles", tudzież jak chce polskie tłumaczenie "Achilles. W pułapce przeznaczenia" (swoją drogą, kto zatwierdził takiego koszmarka?!? Przecież to brzmi jak tytuł kiepskiego filmu sensacyjnego z idiotycznym wątkiem miłosnym!). "Pieśń o Achillesie" to tak zwany retelling, czyli opowiedzenie na nowo znanej z mitologii i częściowo z homerowskiej "Iliady" historii Achillesa, jednego z największych i najpotężniejszych greckich herosów, którego losy od młodości aż do śmierci w wojnie trojańskiej śledzimy oczyma Patroklosa, najwierniejszego przyjaciela bohatera.

   Madeline Miller, opierając się na oryginalnych mitach, a także po części na Homerze, przestawiła nam Achillesa, jakiego nie znamy: radosnego, pełnego życia chłopaka, kochającego swojego towarzysza miłością gorącą i nie znającą umiaru, który zdaje sobie sprawę z wiszącej nad nim przepowiedni i robi wszystko, by do jej spełnienia nie doszło. Przede wszystkim jednak pisarka przedstawia czytelnikowi postać Patroklosa, wygnanego księcia, który znalazł schronienie na dworze króla Peleusa i tam zdobywa serce królewskiego syna, Achillesa. "Pieśń o Achillesie" to tak naprawdę opowieść o Patroklosie - spokojnym, słabym chłopcu, który zmierzyć się musi z nienawiścią boskiej matki herosa i świadomością okrutnego przeznaczenia, jakie wisi nad jego wybrankiem.

- Wymień jednego bohatera, który był szczęśliwy.
Zamyśliłem się. Herakles zwariował i zabił swoją rodzinę, Tezeusz stracił narzeczoną i ojca, Bellerofont zabił Chimerę, ale został kaleką po upadku z Pegaza.
- Nie potrafisz - usiadł i pochylił się ku mnie.
- Nie potrafię.
- Wiem. Nie pozwalają ci być sławnym i szczęśliwym - uniósł brew. - Zdradzę ci sekret.
- Zdradź - uwielbiałem go w takich momentach.
- Ja będę pierwszy - chwycił moją dłoń i przyłożył do swojej. - Przyrzeknij.
- Dlaczego ja?
- Bo to ty jesteś tego powodem. Przyrzeknij.
- Przyrzekam - powiedziałem, zagubiony w jego rumieńcu i płomieniu w jego oczach.
- Przyrzekam - powtórzył. 

   Madeline Miller udało się uczynić z tych starożytnych, niewzruszonych bohaterów ludzi z krwi i kości, których można polubić i pokochać, a ich losy nagle stają się nam bliskie i każde niepowodzenie, które ich spotyka, każda przelana łza wbijają się w nasz serce niczym oszczep. Nawet Achilles, którego podczas czytania "Iliady" szczerze nienawidziłam za to, co zrobił Hektorowi, tutaj zyskał moją przyjaźń i współczucie, choć bez wątpienia duży wpływ miał na to Patroklos, którego oczami spoglądamy na herosa i którego sercem poznajemy Achillesa takim, jakim mógłby być bez zbroi, armii i wojny. Ta dwójka to zresztą nie jedyni bohaterowie opowieści, którzy w książce pani Miller zyskują na charakterze i indywidualności. Pojawia się tutaj bowiem cała rzesza postaci, mniej lub bardziej z mitologii znanych, które jawią się czytelnikowi jako prawdziwi ludzie, mający swoje słabości, ale i siłę. Moimi osobistymi ulubienicami były Bryzejda, pełna wewnętrznej siły i odwagi powierniczka Patroklosa w trudnych, ostatnich dniach wojny trojańskiej, oraz Tetyda, zimna i okrutna morska boginka i matka Achillesa, której knowania i nienawiść do ukochanego jej syna doprowadziły do takiego a nie innego końca opowieści.

   W "Pieśni o Achillesie" najokrutniejsza i najboleśniejsza jest przenikająca wszystko zapowiedź tragedii i świadomość, że choćbym nie wiem jak chciała, by opowieść skończyła się szczęśliwie, na jej ostatnich stronach czeka na bohaterów (i na czytelnika) tylko rozpacz i śmierć. Dziwne to uczucie, czytać książkę po raz pierwszy równocześnie wiedząc, jak wszystko się skończy, a mimo to mieć nadzieję do samego końca, że może jednak tym razem będzie inaczej, że ukochanych postaci nie spotka nic złego.

   Sam wątek miłości między Achillesem i Patroklosem poprowadzony jest w sposób subtelny, przepełniony ciepłem i smutkiem. Przyznam, że to właśnie obserwowanie rozwijającego się między nimi uczucia oraz późniejszą przemianę Achillesa, sprowadzającą tyle bólu i rozpaczy w życie kochanków, stanowiło najlepszą i najbardziej dającą po uczuciach część opowieści. Ostatnie dwa zdania książki złagodziły odrobinę smutek, który towarzyszył mi nieprzerwanie od połowy historii i za to jestem Madeline Miller wdzięczna. Przygotujcie się jednak zawczasu i do czytania zasiądźcie z chusteczkami pod ręką.

   Nie wiem, jaką opowieścią jest "Kirke", najnowsza powieść pisarki, za którą zresztą mogę się teraz wziąć ze spokojnym sumieniem (choć na chwilę zrobię sobie przerwę od mitologicznych retellingów, by ochłonąć i uspokoić skołatane serce), ale "The Song of Achilles" jest warta tego, by zarwać dla niej dzień i noc. Jeśli nie mieliście jeszcze okazji po debiutancką powieść Madeline Miller sięgnąć, zachęcam Was do tego gorąco. Myślę, że się nie zawiedziecie.


tytuł: The Song of Achilles
autor: Madeline Miller
wydawnictwo: HarperCollins Publishers
liczba stron: 389




ocena: ★★★★★

wtorek, 14 sierpnia 2018

Pojedynek na śniadanie, potyczka na obiad, a na dobre zakończenie dnia tortury - Sebastien de Castell "Cień rycerza"

   Drodzy Odwiedzający, będziecie zaraz świadkami przedziwnego wpisu, w którym recenzja książki, ocenionej przeze mnie na cztery gwiazdki, składać się będzie prawie wyłącznie z opisu owej książki minusów. Prawda jest bowiem taka, że zdarza się pozycja, która przynosi wiele radości przy czytaniu, w której lubicie bohaterów i zależy Wam na ich losie, więc choćbyście nawet chcieli, to nie możecie jej ocenić negatywnie, a mimo to dostrzegacie cały szereg problemów i potknięć pisarza, które powinny zaważyć na jej ocenie. Taką właśnie pozycją jest dla mnie drugi tom cyklu o Wielkich Płaszczach Sebastiena de Castella.

   Zacznijmy jednak od początku. W "Cieniu rycerza" Falcio val Mond razem ze swoją wyjętą spod prawa bandą przyjaciół próbuje ocalić następczynię tronu, ukryć się przed okrutną i mściwą Trin, nie dać się jeszcze bardziej wplątać w knowania Krawcowej (za późno!) i uniknąć śmierci z rąk dashinich. Jak łatwo się domyśleć, idzie mu to wszystko jak po grudzie i w pewnym momencie czytelnik zaczyna się zastanawiać, czy de Castell to już sadysta, czy tylko człowiek z dużą wyobraźnią idącą w kiepskim dla bohaterów kierunku.

   Zacznę może pozytywnie. Bohaterowie opowieści to razem z poczuciem humoru autora największe plusy książki. Tych pozytywnych nie da się nie lubić, tych negatywnych mamy ochotę zadźgać najbliższym ostrym przedmiotem. W tej części występuje również sporo nowych postaci, w tym szereg kobiet, co mnie osobiście zawsze pozytywnie nastraja do pisarza, zwłaszcza gdy są ciekawie napisane i pełnią rolę większą niż ozdobnika dla wyczynów panów. Humor de Castella, ironiczny i bardzo często sytuacyjny, sprawia, że rozmowy między Falciem a jego przyjaciółmi tudzież wrogami czytałam z uśmiechem na ustach i nagłymi napadami chichotu.

   Wprowadziłam Was w dobry nastrój? Świetnie, w takim razie przejdźmy to tego, co mnie w książce irytowało tudzież powodowało bolesne przewracanie oczami w zniesmaczeniu. Uwaga, mogą się pojawić SPOILERY!

   Po pierwsze, fabuła. Ja rozumiem, że to opowieść spod znaku płaszcza i szpady i jako taka rządzi się swoimi prawami (czytaj: duża ilość pojedynków, stawanie w obronie uciśnionych i takie tam), ale na dobre duchy, cała książka to jedna wielka pętla tych samych wydarzeń, powtarzanych w nieskończoność! Wygląda to mniej więcej tak: pojedynek - leczenie ran - przemieszczanie się w inne miejsce - pojedynek - leczenie ran - przemieszczanie się w inne miejsce - pojedynek, itd. Po drodze mamy do czynienia ze śmiercią książąt, buntem chłopów i jeszcze paroma wydarzeniami, w które zresztą Falcio pakuje się z pełną premedytacją (ale o tym zaraz), ale nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że pisarz zamiast linearnie rozwijać akcję, poczynając od piano i dążąc do wielkiego forte w finale, zastosował metodę kopiuj-wklej, zmieniając tylko imiona i nazwy miejsc w poszczególnych epizodach.

   Po drugie, Falcio. Uwielbiam gościa, uwielbiam jego poczucie honoru, sprawiedliwości i dobra, ale na litość boską, ten człowiek nie ma za grosz instynktu samozachowawczego! A najgorsze w tym wszystkim jest to, że de Castell każe mu jeszcze mieć tego świadomość, a nam każe wierzyć, że istnieją ludzie, którzy pchają się w paszczę śmierci raz za razem, równocześnie wyrzucając sobie ewidentną głupotę. Na miejscu Kesta, Brastiego i całej reszty dla własnego dobra związałabym Falcia i wysłała przesyłką poleconą jak najdalej od siebie, żeby nie mógł się pakować w kolejne kłopoty.

   Po trzecie, prawdopodobieństwo, że wszystko się dobrze skończy. To wszystko nie ma prawa prowadzić do szczęśliwego ever after! A jednak, choćby nie wiem jak straszne przeszkody wyrastały na drodze naszych bohaterów, udaje im się pokonać każdą z nich, z większym lub mniejszym uszczerbkiem na zdrowiu, ale jednak pozytywnie. Rozumiem, fantastyka, chcemy, żeby wszystko kończyło się dla naszych ulubieńców szczęśliwie. Pamiętacie jednak, co napisałam parę akapitów wcześniej o kopiuj-wklej? Każdy epizod kończy się takim mini happy endem, co wydaje się bardziej niż nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę to, co bohaterom serwuje sadystyczny autor.

   Po czwarte, Falcio to geniusz znajdowania rozwiązań w ostatniej chwili. Nic mu nie ujmując, nie jest nasz Wielki Płaszcz wielkim intelektualistą, jego wiedza w jednych dziedzinach ogromna, w innych jest bardzo przeciętna. Mimo tego zawsze, ale to zawsze znajduje cudowne rozwiązanie w sytuacji zdawałoby się bez wyjścia. Pewnie, może się zdarzyć, że nawet największy idiota ma przebłysk geniuszu, ale nie milion razy pod rząd! A już zwłaszcza nie wtedy, gdy właśnie traci rozum z powodu wielodniowych tortur! Za każdym razem przewracałam oczami z niedowierzaniem, a w pewnym momencie przestałam się nawet zastanawiać, jak Falcio wykaraska się z kolejnych kłopotów, bo wiedziałam, że znowu w największych opałach rozbłyśnie nad nim rysunkowa żarówka, wykrzyknie eureka! i wszystko rozwiąże się samo.

   Po tym wszystkim, co napisałam, wrócę do dziwnej, zdawałoby się, oceny czterech gwiazdek, które "Cieniowi rycerza" przyznałam. Tyle minusów, tyle denerwowania się, a mimo to tak wysoka ocena? Ano tak, z jednego ważnego powodu - przyjemności, jaką dało mi śledzenie przygód Wielkich Płaszczy. Choćbym nie wiem jak pomstowała na nieprawdopodobieństwo wydarzeń, choćbym nie wiem ile razy chciała poczuć zaskoczenie, lecz przewidywalność fabuły mi na to nie pozwalała, bohaterowie opowieści de Castella ciągnęli mnie za sobą w każdą z kolejnych przygód, ich kąśliwe dialogi i mocna więź między nimi istniejąca nie pozwalała mi nie przejmować się kolejnymi torturami, na które pisarz ich wystawiał, a niezliczona ilość pojedynków z opisami tego, jakim ruchem rapiera zablokować jaki ruch miecza i w które miejsce najlepiej wbić nóż, żeby przedrzeć się przez zbroję, ciekawiła mnie za każdym razem tak samo. Tak naprawdę przebaczałam autorowi każdy błąd, który znalazłam, bo po prostu za dobrze się bawiłam, śledząc losy Falcia i jego bandy.

   Po kolejną odsłonę "Wielkich Płaszczy" z pewnością sięgnę, i choć chciałabym w niej większego rozwoju fabuły i wyjścia z pętli powtórzeń, to tak długo, jak długo Falcio otoczony będzie przez bliskich sobie ludzi, będę mu towarzyszyć i ja.



tytuł: Cień rycerza
cykl: Wielkie Płaszcze (tom II)
autor: Sebastien de Castell
wydawnictwo: Insignis
liczba stron: 648



ocena: ★★★★☆

niedziela, 12 sierpnia 2018

Dzień świstaka w wydaniu młodzieżowym - Marisha Pessl "Neverworld Wake"

   Parę miesięcy temu zapoznałam się z twórczością Marishy Pessl dzięki jej "Nocnemu filmowi". Owo zapoznanie wypadło, jak wypadło, możecie sami się przekonać w recenzji wspomnianego tytułu. Jedno natomiast musiałam pani Pessl oddać - jej sprawność w posługiwaniu się językiem i umiejętne tworzenie atmosfery niepokoju i niepewności, która prześladuje bohaterów. I tym razem, choć mamy do czynienia z książką młodzieżową, na dodatek będącą pomieszaniem gatunków, atmosfera ta stanowi jeden z najmocniejszych punktów książki. Ale zacznijmy od początku.

   "Neverworld Wake" opowiada historię Bee i grupki młodych ludzi, których kiedyś uważała za swoich przyjaciół, a z którymi zerwała kontakty z powodu tajemniczej śmierci jej chłopaka. Spotykają się po raz pierwszy od roku i Bee postanawia wykorzystać tę sytuację i dowiedzieć się, co tak naprawdę wydarzyło się w noc śmierci Jima, gdyż podejrzewa, że co najmniej jedna z osób z tej grupy wie więcej, niż się wydaje. Przyjaciele jadą do domu jednego z nich, po drodze unikając cudem wypadku samochodowego. W pewnym momencie do drzwi domostwa puka tajemniczy mężczyzna, który informuje Bee i całą resztę, że znaleźli się w limbo czasoprzestrzennym i wydostać się z niego może tylko jeden z nich, który wyłoniony zostanie dzięki jednogłośnej decyzji wszystkich uczestników tych dziwnych zdarzeń. Grupa początkowo ignoruje słowa mężczyzny, ale gdy dzień po dniu budzą się w tym samym czasie i miejscu, rozpoczynają śmiertelną rozgrywkę, w której stawką jest wyrwanie się z otchłani i zbudzenie z tego koszmaru.

   W "Neverworld Wake" ponownie podziwiać mogłam kunszt pisarski Marishy Pessl i to, jak sprawnie słowami maluje przed nami sugestywny obraz młodych ludzi, postawionych w niezwykłej i przerażającej sytuacji. Tym razem to właśnie bohaterowie stanowią najciekawszy punkt opowieści. Młodzi, piękni i bogaci, a przy tym z lekka psychopatyczni i pozbawieni skrupułów, reagują na koszmarne wydarzenia w tak różny sposób, jak sami są różni. Jedna z dziewczyn wykorzystuje swój analityczny umysł do rozwikłania zagadki Czuwania, dwójka najbliższych przyjaciół pogrąża się w szaleńczej pogoni za coraz większą dawką adrenaliny i ryzyka, jeszcze inni szukają zapomnienia w alkoholu. Jedno jest pewne - żadne z nich nie będzie głosować na nikogo poza sobą samym. W całej tej grupie to Bee, główna bohaterka opowieści, jest postacią właściwie najmniej kolorową i ciekawą, a jednak radzi sobie z sytuacją lepiej, niż większość jej towarzyszy. W przeciwieństwie jednak do Marthy, która dąży przede wszystkim do zrozumienia praw i reguł rządzących światem Czuwania, Bee pragnie przede wszystkim rozwiązać zagadkę śmierci Jima, gdyż czuje, że tylko dzięki temu będzie w stanie wyrwać się z niekończącego się dnia.

   "Neverworld Wake" jest pierwszą próbą Marishy Pessl w gatunku literatury YA i uznać ją muszę za próbę całkiem udaną. Bez wątpienia bowiem historia, będąca połączeniem thrillera, obyczajówki i fantastyki, wciąga i czyta się ją szybko i z emocjami.

   Żeby jednak nie było zbyt różowo, mam do książki parę zastrzeżeń. Po pierwsze, choć bohaterowie stanowią najjaśniejszy i najlepszy punkt opowieści, nadal są ludźmi, których nie dałam rady polubić. Zastanawiam się, czy to nie jest charakterystyczny rys postaci stworzonych przez autorkę: ciekawych, interesujących, a równocześnie pod wieloma względami odrzucających od siebie i niewzbudzających w czytelniku pozytywnych uczuć. Po drugie, choć prowadzony w sprawny sposób, wątek niekończącego się dnia nie jest zbyt oryginalny, bo pojawiał się już w literaturze i filmie wielokrotnie. Na szczęście autorka dodała parę elementów (SPOILER: jak choćby zainteresowania i wyobrażenia przyjaciół wpływające na kształt Czuwania), dzięki którym coś już nam znanego nie nudzi, a wręcz przyjmuje ciekawą formę. Ostatnim zarzutem jest finał, po którym spodziewałam się fajerwerków, a który skończył się pojedynczym pyknięciem z racy. Oczywiście jest to odczucie całkowicie subiektywne i być może kto inny będzie zachwycony mistrzowskim rozwiązaniem śmierci Jima, ja jednak spodziewałam się go od jakichś trzech czwartych książki, więc nie przyniósł większego zaskoczenia.

   Podsumowując, "Neverworld Wake" jest udanym debiutem autorki na gruncie literatury młodzieżowej i całkiem wciągającym miszmaszem gatunków. A że ma swoje minusy? Cóż, mało która książka ich nie ma, dlatego mogę polecić ją wszystkim tym, którzy lubią gatunkowe pomieszanie z poplątaniem i są wielbicielami motywu pętli czasowych, dobrego języka i nieprzyjemnej atmosfery.



tytuł: Neverworld Wake
autor: Marisha Pessl
wydawnictwo: Scholastic
liczba stron: 328



ocena: ★★★☆☆

piątek, 10 sierpnia 2018

Lipcowe podsumowanie czytelnicze ☆ミ

   Nuda, panie, nic się nie dzieje, poza tym, że gorąco straszliwie. W taką pogodę to i jakoś czytać się nie chce, i żyć, i tylko marzenia o pięknej, złotej polskiej jesieni trzymają mnie przy zdrowych zmysłach.

   Ten oto króciutki wstęp oddaje mój stan lipcowy, który znalazł również swoje odbicie w strefie czytelniczej. Nie dość, że w pracy tzw. zapierdziel, to jeszcze czasu na czytanie (nie mówiąc już o ochocie) jak kot napłakał. Siódmy miesiąc roku pańskiego 2018 zakończyłam przeciętną liczbą siedmiu przeczytanych książek, mniej więcej po połowie w języku ojczystym oraz angielskim. Co ciekawe, niemal do wszystkich książek udało mi się napisać recenzje, a jeśli dobre duchy dadzą, to może i do dwóch jeszcze bezopiniowych także uda się coś spłodzić już w najbliższy weekend.

   Gatunkowo był lipiec książkowym miszmaszem, bo i horror się znalazł, i kryminał, nie mogło również zabraknąć fantastyki i młodzieżówki.



  • "Piknik pod Wiszącą Skałą" Joan Lindsay to już klasyka, książka dziwna, bo i dziwną historię opowiadająca. Uczennice z ekskluzywnej szkoły dla panien z dobrych domów wybierają się na piknik pod tytułową Wiszącą Skałę i tam trzy z nich, a także jedna z ich nauczycielek, znikają w tajemniczych okolicznościach, co daje początek szeregowi zdarzeń, które wstrząsnęły spokojną australijską okolicą nie mniej niż samo zniknięcie
  • "Egzorcysty" Williama Petera Blatty'ego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Historia Regan, dziewczynki opętanej przez demona Pazuzu znana jest zarówno w wersji książkowej, jak i filmowej, i od lat straszy co bardziej wrażliwych wielbicieli (a także przeciwników) horroru.
  • "Horyzont umysłu" Thomasa Arnolda (strategicznie nie ujęty na zdjęciu w pełnej krasie, jako że w chwili obecnej znajduje się w rękach koleżanki) to thriller medyczny, napisany na polskiej ziemi, choć dziejący się w Stanach. Zaskakująco nieźle czytało mi się tę historię i cieszę się, że dostałam egzemplarz do zrecenzowania, bo inaczej ominęła by mnie ciekawa rodzima pozycja.

  • China Miéville ze swoim "Krakenem" wprowadził mnie w świat new weird i zrobił to ze sporym przytupem. O co chodzi? Nie wiadomo, ale zabawa jest przy tej historii świetna, choć początkowo czułam przede wszystkim zagubienie. Dla wielbicieli wielkich ośmiornic pozycja jak znalazł.
  • "Dead Mountain" Donniego Eichara to jedyna poważna pozycja tego miesiąca. Historia tragicznej wyprawy dziewięciu studentów w góry Uralu i próba dowiedzenia się, dlaczego ich losy potoczyły się tak, a nie inaczej, wciągnęła mnie niczym najlepszy thriller. Polecam wszystkim wielbicielom zagadek i wędrówek górskich.
  • "Neverworld Wake" to najnowsza powieść Marishy Pessl i zarazem pierwsza jej przygoda z literaturą YA. Uczucia mam w stosunku do tej książki mieszane, bo choć językowo bardzo dobra, a i pomysł ciekawy, nawet jeśli nie rewolucyjny, to oczekiwania miałam trochę większe. Więcej w recenzji, która mam nadzieję powstanie już niedługo.
  • Z niewiadomych przyczyn (choć przypuszczam, że późna pora i niewyspanie mają z tym coś wspólnego) na zdjęcie nie załapał się zbiór opowiadań różnych autorów, pod wiele mówiącym tytułem "Shadows Over Baker Street: New Tales of Terror!". Książka tak zatytułowana, a na dodatek na okładce ukazująca postać najbardziej znanego detektywa świata w mrocznym, bluźnierczym lesie, od razu wskazuje, z jakiego rodzaju historiami (i ich klasą) będziemy mieć do czynienia. Literatura pulpowa to jest to! Recenzja powstanie, gdy się napisze.

Podsumowanie gwiazdkowe
jedna książka ★★
dwie książki ★★★
trzy książki ★★★ 1/2
jedna książka ★★★★

   Jak widać lipiec był miesiącem obfitującym w książki raczej przeciętne, co nie znaczy oczywiście, że źle się przy nich bawiłam. Nawet dwugwiazdkowy Sherlock Holmes przyniósł mi sporo radości i taką a nie inną ocenę dostał tylko dlatego, że choćbym nie wiem z której strony na to nie patrzyła, nie jest to dobra literatura. A że przyjemnie się ją czyta? To już inna sprawa.

   Jeśli chodzi o postanowienia noworoczne, to udało mi się sprostać czytelniczemu wyzwaniu Kirimy dotyczącemu czytania klasyki dzięki "Piknikowi pod Wiszącą Skałą". Przeczytałam także powieść polskiego autora, więc i to postanowienie uważam za spełnione. Udało mi się również przeczytać cztery z sześciu książkowych zdobyczy czerwcowych, a także trzy z siedmiu tomików mangi "Shinrei Tantei Yakumo", yay!

   Dajcie znać, jak czytelniczo wypadł Wasz lipiec i czy Wam również gorąco odbiera ochotę do robienia czegokolwiek, w tym czytania. Mam nadzieję, że sierpień da nam wszystkim trochę odetchnąć i natchnie nas przy okazji energią potrzebną do pochłaniania kolejnych książek.