poniedziałek, 11 września 2017

Jak być (lub nie) siatkarzem - Łukasz Kadziewicz "Kadziu. Siatkówkia & Rock'n'Roll"

   Rok 2006, jeden z najlepszych w moim życiu, bo spędzony częściowo w Japonii. Podróże przeplatane nauką, początki obsesji karaoke i przepyszne jedzenie, po prostu raj. Wśród cudownych wspomnień znajduje się również jedno dotyczące ulubionej dyscypliny sportowej, jaką jest siatkówka. Do dziś pamiętam osiemnasty dzień listopada (no dobrze, datę musiałam sprawdzić;P), kiedy to w mieszanej polsko-japońskiej grupie zjawiłam się w Saitama Super Arena, by dopingować polską drużynę w meczu przeciwko Argentyńczykom. Co się wtedy nakrzyczałam i namachałam reprezentacyjnym szalikiem to moje. Mecz zakończył się wynikiem 3:0 dla drużyny z Polski, a całe mistrzostwa srebrnym medalem. Wśród "srebrnych" chłopców znajdował się również Łukasz Kadziewicz, przez kibiców i kolegów zwany Kadziem, postać barwna, ciekawa, ale również trochę kontrowersyjna, wokół której sporo się działo.

   Przeskakujemy parę lat do przodu i spotykamy Kadziewicza w innej, ale nadal związanej z siatkówką roli - roli komentatora sportowego. Jak potoczyły się losy Kadzia, co działo się między srebrnymi mistrzostwami w Japonii a studiem sportowym w telewizji? Na szczęście nie musimy się wysilać pamięci czy szukać informacji w wikipedii, ponieważ zawodnik sam postanowił nam o tym opowiedzieć.

   "Kadziu. Siatkówka & Rock'n'Roll" to autobiografia napisana przez Łukasza Kadziewicza wspólnie z Łukaszem Olkowiczem, w której możemy śledzić losy siatkarza od początków jego kariery w klubie AZS Olsztyn, poprzez igrzyska olimpijskie w Atenach i zakończone sukcesem mistrzostwa świata w Japonii, aż po ostatnie lata jego kariery, które nękany licznymi kontuzjami spędzał często na ławce rezerwowych. Nie jest to jednak tylko opowieść sportowca, opisująca tylko i wyłącznie treningi i mecze. Kadziu to wielka (nie tylko wzrostem) osobowość, imprezowicz i narwaniec, i w swojej autobiografii nie ukrywa również tej ciemniejszej strony swojego życia. Ilość mebli i sprzętów domowych/hotelowych wyrzuconych przez niego i jego kumpli fascynuje i przeraża za razem. To właśnie on, w towarzystwie kolegów z reprezentacji - Krzysztofa "Igły" Ignaczaka i Andrzeja "Grubego" Stelmacha - zwieszony został w prawach reprezentanta za niesportowy tryb życia. To także człowiek, który będąc nadal zawodnikiem, zdecydował się na spróbowanie swoich sił w "Tańcu z gwiazdami", mimo zerowego doświadczenia w tej dyscyplinie.

   Książka napisana jest prostym, potocznym językiem, dzięki czemu czytając odnosiłam wrażenie, jakbym słucha wspomnień siatkarza, siedząc z nim w kawiarni przy kawie i zajadając ciastko. Kadziewicz umie posługiwać się słowem, ale nie sili się na górnolotność i poetyckość. Niejednokrotnie wybuchałam śmiechem powodowanym barwnymi, autoironicznymi porównaniami i zabawnymi opisami jego kolegów z szatni. Przykład? Ze wspomnień o Piotrku Gabrychu:

"Wyglądał jak stara budka telefoniczna. Ważył dobrze ponad sto kilogramów, miał maksymalnie pięć gramów tłuszczy i cały był obudowany mięśniami. Gry robiliśmy zdjęcie bez koszulek, to jego mięśnie klatki piersiowej były jak talerze do zupy, a moje przypominały filiżanki do espresso". 

   Albo proszę, bardzo trafne spostrzeżenie dotyczące zawieruchy medialnej, jaka towarzyszyła jego zawieszeniu:

"(...) oprócz wiadomości o naszej formie, gawiedź była żądna plotkarskiej wiedzy. Kto z kim idzie do łóżka, ile ma w portfelu, co u niego w domu. Bo co jest bardziej poczytne: ile godzin trenuje Robert Lewandowski, czy za ile kupił wózek dla dziecka?"

   Historia Łukasza Kadziewicza to równocześnie spojrzenie za kulisy świata siatkarskiego, do którego zwykły kibic nie ma dostępu. Z niej możemy dowiedzieć się, jak działa maszyna transferowa, jak wyglądają wielkie światowe imprezy po zejściu z boiska, jak ogromną, pozytywną lub negatywną rolę pełni trener, a wreszcie jak ciężkim i odbijającym się negatywnie na zdrowiu jest sport.

   Polecam sięgnąć po "Kadzia", dla fana siatkówki jest to pozycja obowiązkowa, ale i czytelnik nie interesujący się tą dyscypliną przeleci przez książkę raz dwa, bo lekki, nieugrzeczniony, potoczny, ale wcale nie głupi język tej autobiografii wciąga i nie pozwala jej odłożyć nawet na chwilę.


tytuł: Kadziu. Siatkówka & Rock'n'Roll
autor: Łukasz Kadziewicz, Łukasz Olkowicz
wydawca: Ringier Axel Springer Polska
ilość stron: 288


ocena: ★★★★☆

niedziela, 10 września 2017

O królowej, która kocha książki - Erika Johansen "The Queen of the Tearling"

   Główna bohaterka - przeciętna dziewczyna, która okazuje się być kimś wyjątkowym, o średniej urodzie, a mimo to rozkochująca w sobie oczarowanych jej postacią mężczyzn, inteligentna, a jednak zachowująca się jak głupiutkie dziewczątko bez mózgu... Chyba wszyscy znamy takie postaci? Zasiedlają strony książek gatunków wszelakich, nie ważne, czy rzecz będzie się działa w wymyślonym świecie fantasy, przyszłości s-f czy naszej obecnej, szarej rzeczywistości. Doprowadzają one do pasji czytelników (a zwłaszcza czytelniczki), którzy chcieliby móc utożsamiać się z bohaterką, a przynajmniej jej kibicować i przejmować się jej losami. Najczęściej pojawiają się u panów pisarzy (tak, na was patrzę, panowie Brett i Weeks), ale i pisarki potrafią dołożyć łyżkę dziegciu do najpyszniejszego nawet miodu (choć w takiej na przykład "Córce krwawych" Anne Bishop trudno szukać jakiejkolwiek słodyczy). Niekiedy wręcz zastanawiam się, jak możliwe jest tak ogromne spłaszczenie i wypaczenie postaci kobiety w literaturze, przecież każdy z nas ma do czynienia z płcią piękną (tudzież się do niej zalicza) i nie wierzę, że wszystkie te panie są równie źle "skonstruowane"!

   Na szczęście Kelsea, główna bohaterka książki autorstwa Eriki Johansen, nie posiada w moim odczuciu żadnej z wymienionych cech. Uff. Ale zacznijmy od początku.

   Kelsea poznajemy jako młodą, dziewiętnastoletnią kobietę, wychowankę Carlin i Barty'ego, która całe dzieciństwo spędziła w chatce w lesie, za towarzystwo mając tylko dwójkę opiekunów. Niestety, musi opuścić bezpieczne domostwo i udać się w drogę do stolicy królestwa Tearlingu, gdzie koronowana ma być na królową. Jeśli oczywiście tego momentu dożyje. W niebezpiecznej podróży towarzyszą jej Strażnicy Królowej pod przywództwem doświadczonego w bojach Lazarusa, zwanego Buławą, którzy także w dalszych rozdziałach książki będą służyć dziewczynie radą, pomocą i umiejętnościami bitewnymi. Te ostatnie pozwolą bohaterce pozostać przy życiu, co nie jest łatwe, gdy czyhają na nią liczne niebezpieczeństwa w postaci wuja Regenta, skorumpowanych urzędników, a przede wszystkim okrutnej Szkarłatnej Królowej, władczyni królestwa Mortmesne.

   Kelsea ma wiele cech, za które można ją polubić. Jest inteligentna, co pozwala uniknąć jej wielu błędów mimo niedoświadczenia i swego rodzaju naiwności (w końcu wychowywała się w odosobnieniu i całą wiedzę o świecie czerpała z nauk Carlin). Jako dziewczyna niezbyt ładna (Duch, którego poznaje w trakcie drogi do stolicy daje jej to dobitnie odczuć) i odrobinę za bardzo przepadająca za jedzeniem (nauczyciel szermierki nie owija w bawełnę, gdy stwierdza, że łatwiej i szybciej by się poruszała, gdyby zrzuciła parę kilo), wyłamuje się ze stereotypu, w którym członkini królewskiego rodu musi być piękna, a przynajmniej szczupła. Gdy czegoś nie wie, nie ma oporów przed pytaniem i słuchaniem rad jej udzielonych. W którejś z przeczytanych recenzji autor/ka stwierdził, że Kelsea nie ma wad i przez to utrudnia czytelnikowi identyfikowanie się z nią. Naprawdę? Nie ma wad? Jak dla mnie to wierutna bzdura. Pomijając jej naiwność, która prowadzi ją niejednokrotnie do dziwnych reakcji i sporych zawstydzeń, a także kompleksy dotyczące wyglądu, z którymi na szczęście sobie nieźle radzi, Kelsea ma w sobie wiele gniewu, nienawiści i głęboko ukrytych pokładów agresji. Zdaje sobie z tego sprawę, ale równocześnie nie zawsze potrafi te uczucia kontrolować. Obraz idealnej bohaterki? Nie sądzę.

   Co jednak urzekło mnie w niej najbardziej, to jej miłość do książek. Erika Johanson zrobiła coś, za co należy jej się ogromna pochwała - nie użyła tego motywu jako pojedynczego chwytu mającego służyć przeciągnięciu nas, czytelników, na stronę Kelsea. Książki pojawiają się we wspomnieniach dziewczyny, w jej marzeniach dotyczących spokojnego, szczęśliwego królestwa, to dzięki czytelniczej pasji przekonuje do siebie osobę, która z pewnością odegra jeszcze poważną rolę w dalszych tomach serii. Reakcja Kelsea na puste półki biblioteczki w komnatach jej zmarłej matki łamie serce, a wizja królestwa, w którym będą istnieć biblioteki, księgarnie, a społeczeństwo będzie wykształcone i zaczytane sprawia, że nie sposób jej nie kibicować.


"Nawet książka może być niebezpieczna w niepowołanych rękach, a gdy się tak dzieje, wina spada na tego, kto ją trzyma, ale książkę należy wówczas przeczytać."

   Kolejną postacią, którą polubiłam, jest Lazarus, od broni przez niego noszonej zwany Buławą. O tym potężnych wojowniku, który wraz z rozwojem akcji staje się prawą ręką i najbliższym doradcą młodej królowej, wiemy niewiele więcej oprócz tego, że służył matce Kelsea i znany jest w świecie ze swoich umiejętności w walce. Lubię go za jego spore (o dziwo) poczucie humoru, doświadczenie i umiejętność poruszania się w świecie zdrajców, kłamców i ogólnej korupcji, jaka panuje na dworze Tearlingu, a jego interakcje z główną bohaterką są momentami zabawne, kiedy indziej chwytają za serce, ale nie można wątpić w przyjaźń, jaka tą dwójkę połączyła. 

   Przez karty książki przewijają się również inne postaci, a każda z nich ma spory potencjał do rozwoju w dalszych tomach. O dziwo jedyną osobą, która nie przekonała mnie do siebie tak, jak w założeniu autorki pewnie powinna, jest Duch. Z pewnością gra on ogromną, zakulisową rolę w historii Tearlingu, ale w pierwszym tomie jest go zbyt mało i brakuje informacji na jego temat, na dodatek staje się obiektem zadurzenia Kelsea (która na szczęście całkiem nieźle sobie radzi z tym młodzieńczym uczuciem). Z drugiej strony nie mogę się doczekać, by dowiedzieć się o nim więcej, więc może i spełnił swoją rolę?

   Nie mogę również nie wspomnieć o fascynującej Szkarłatnej Królowej, która jawi się nam jako okrutna, pozbawiona uczuć, sadystyczna władczyni (potrafiąca wysłać niewolnika na tortury tylko dlatego, że chrapał), przez co budzi w czytelniku natychmiastową niechęć/nienawiść. Skomplikowana postać, o której potędze i jej źródle dowiadujemy się więcej pod koniec tomu.


"Historia jest wszystkim. Przyszłość była jedynie zagładą przeszłości, czekającej tylko, by wydarzyć się na nowo."

   Fabuła "The Queen of the Tearling" jest dobrze skonstruowana i choć wytrawnego zjadacza fantastyki być może specjalnie nie zaskoczy, trzyma w napięciu do ostatniej strony (scenę koronacji przeżywałam niemal równie mocno, jak Krwawe Gody w "Nawałnicy mieczy" Martina). W ciekawy sposób przedstawia kulisy działania królestwa, intrygi i korupcję dworu i arystokratów, ich zupełne oderwanie od problemów zwykłego mieszkańca Tearlingu. Kelsea stawić musi czoło wstrętnemu wujowi, który pod jej nieobecność pełnił funkcję Regenta, zdradzieckiemu Arlenowi Thorlenowi, Kościołowi i nasyłanym na nią zabójcom, równocześnie poznając i ucząc się zasad rządzących królestwem, a później również wojną. 

   Dla zastanawiających się, czy warto sięgnąć po książkę Eriki Johanson, największą rekomendacją niech będzie fakt, że jak zaczęłam ją czytać, tak nie mogłam odłożyć, przez co zarwałam noc (skończyłam czytać o piątej rano) i jedenastogodzinny lot do Polski przepracowałam jako zombie, a w poniedziałek idę do Empiku i kupuję całą trylogię, pal licho wrześniowy zakaz zakupów książkowych!


tytuł: The Queen of the Tearling
autor: Erika Johansen
wydawnictwo: Harper
ilość stron wersji papierowej: 464


ocena: ★★★★☆
   

wtorek, 5 września 2017

Gdy człowiek nie jest w centrum wszechświata - Becky Chambers "The Long Way to a Small, Angry Planet"

   Dotychczasowe doświadczenie z książkami science fiction nauczyło mnie oczekiwać pewnych stałych w literaturze tego rodzaju. Podróże międzygalaktyczne, zaawansowana technologia i jej wypływ na życie człowieka, szybka akcja i równoczesne zastanawianie się nad istotą człowieczeństwa - większość moich ulubionych cyklów s-f (na przykład "Hyperion" Dana Simmonsa) posiada wymienione przed chwilą elementy fabuły i one między innymi stanowią o tym, czy książkę s-f uznaję za dobrą, czy nie. Dlatego pozycja, o której za chwilę napiszę, zaskoczyła mnie swoją innością, dodam, że zaskoczyła na plus.

   "The Long Way to a Small, Angry Planet" Becky Chambers jest opowieścią dokładnie o tym, o czym mówi jej tytuł. Bohaterami są członkowie załogi statku kosmicznego, która na co dzień zajmuje się "wybijaniem" tuneli w czasoprzestrzeni między jedną planetą/galaktyką a drugą (z góry przepraszam za niezręczności językowe, nie czytałam polskiego przekładu i nie wiem, na jakie terminy tłumacz się zdecydował). Zaraz na początku książki dołącza do nich Rosemary, młoda kobieta z Marsa z przeszłością otuloną tajemnicą, dla której praca kosmicznej księgowej ma być początkiem nowego życia. Niedługo potem załoga Wayfarera dostaje ogromną szansę - Galaktyczna Wspólnota włącza w swe grono kolejną rozumną rasę, która ze względu na położenie ich planety potrzebuje nowych tuneli międzygalaktycznych. Zadania tego podejmują się nasi bohaterowie, którzy wyruszają w długą podróż do planety wojowniczego klanu Toremi.

   Teoretycznie można by odhaczyć wszystkie elementy fabularne wymienione na początku tego wpisu. Podróże międzygwiezdne? Check. Zaawansowana technologia pozwalająca na wywalanie dziury w czasoprzestrzeni? Check. Imuboty, wszczepiane istotom ludzkim i dbające o ich dobre zdrowie i kondycję fizyczną? Check. Wszelkiego typu implanty? Check.

   Czego więc nie ma w tej pozycji? Szybkiej akcji. Książka Becky Chambers to najpowolniejsze s-f, jakie w życiu czytałam. Nie doczekamy się tu fajerwerków fabularnych i nagłych zwrotów akcji, mimo ataku kosmicznych piratów, mimo trzymającej w napięciu końcówki powieści. Becky Chambers zdecydowała się bowiem wykorzystać otoczkę s-f w sposób do tej pory mi nie znany - wszechświat i Galaktyczna Wspólnota stanowią tło potrzebne dla przedstawienia niezwykłych ras i kultur, które z kolei stają się kanwą dla przemyśleń na temat człowieczeństwa, istoty dobra i zła, wojny, rasizmu (tu to słowo nabiera szczególnego wydźwięku), konieczności zrozumienia różnic wśród nas istniejących, itd.

   W "Długiej drodze..." wyjątkowe jest jeszcze jedno - człowiek stanowi zaledwie jedną z wielu ras zamieszkujących tłoczny wszechświat i, co więcej, jest rasą mało ważną, młodą i niedoświadczoną, którą włączono do Galaktycznej Wspólnoty przy oporze wielu jej członków. Niesamowite były dla mnie fragmenty, które pokazywały, jak mały jest człowiek, jak nieważny w obrazie całości kosmosu. Polecam rozdział poświęcony wizycie załogi Wayfarera na planecie Sissix (gadziej pilotki statku), i wspomnienia jednego z członków jej rodziny o włączeniu ludzkości do Wspólnoty.

   Każdy rozdział poświęcony jest innemu członkowi załogi, który staje się równocześnie pretekstem do rozmyśleń na różne tematy. A jest to załoga bogata i kolorowa, bo składają się na nią nie tylko ludzie, lecz także gadopodobna pilotka Sissix, przedziwny nawigator Ohan, ostatni ze swojej rasy Dr.Chef, pełniący rolę pokładowego kucharza i lekarza zarazem (rozdział "The Last War" jemu poświęcony to jedna z bardziej poruszających historii zawartych w książce), a także Sztuczna Inteligencja o wdzięcznym imieniu Lovelace, skracanym przez załogę do Lovey. Zresztą ludzka część załogi jest nie mniej ciekawa. Oprócz Rosemary, która jest dziewczyną inteligentną (również uczuciowo) i nie mającą w sobie nic z typowej bohaterki s-f, mamy w załodze kapitana Ashby'ego, inżynierów Jenka (karła zakochanego w AI) i Kizzy, która nieodparcie kojarzy mi się z Kaylee z serialu Fireflay (tylko odrobinę bardziej szaloną), oraz Corbina, niesympatycznego specjalistę od alg. Interakcje między bohaterami stanowią o sile opowieści i przyznaję, że trudno mi było nie polubić ich wszystkich, nawet Corbina.

   Minusów w książce znalazłam niewiele. O powolnym rozwoju akcji, który dla kogoś szukającego typowego s-f może być nużący, już wspomniałam. Historia opowiadana jest z wielu punktów widzenia, przez co początkowo trudno związać się emocjonalnie z bohaterami. Wraz z kolejnymi stronami problem ten jednak zanika i pod koniec książki kibicowałam każdemu z członków załogi Wayfarera, wylewając przy tym hektolitry łez (wraz z wiekiem coraz łatwiej w moim życiu o wzruszenia).

   "The Long Way to a Small, Angry Planet" polecam zarówno wielbicielom science fiction, którzy pragną na chwilę odpocząć od galaktycznych potyczek, jak i czytelnikom lubującym się w książkach, o których sile decyduje nie fabuła, lecz postaci bohaterów. Ja zaczęłam książkę trochę zdziwiona, trochę zawiedziona, skończyłam zachwycona, a barwna załoga Wyfarera pozostała ze mną na długo po ukończeniu powieści.


tytuł: The Long Way to a Small, Angry Planet
autor: Becky Chambers
wydawnictwo: Hodder & Stoughton
ilość stron wersji papierowej: 432


ocena: ★★★★☆

Sierpniowy book haul, czyli jak to ja nie znam umiaru ☆ミ

   Postanowione, we wrześniu nakładam na siebie zakaz zakupów książkowych. I tak nowe pozycje w moich rękach się znajdą, bo złożyłam sporo zamówień w sierpniu i jeszcze nie doszły, ale koniec z przypadkowymi wyjściami do księgarni, które zawsze kończą się chudszym portfelem i coraz większym brakiem miejsca na półkach!

   W sierpniu wzbogaciłam się o czternaście pozycji w następujących kategoriach:

- 2 ebooki,
- 4 tomiki mang po japońsku,
- 6 pozycji anglojęzycznych (w tym wymienione wcześniej ebooki),
- 4 książki polskojęzyczne, każda z innej parafii.

   Zaczęło się od "Pypci na języku" Marcina Rusinka, czyli zbioru króciutkich felietonów poświęconych językowym wpadkom i ciekawostkom. Pypcie w chwili obecnej krążą po mojej rodzinie, w związku z czym zdjęcia nie zamieszczam, ale z ręką na sercu polecam.

   Następne w kolejności były trzy tomiki "D.Gray-mana", okazały się one znakomitymi zapchajdziurami podczas obu czytelniczych maratonów, które między innymi dzięki tej mandze zakończyły się sukcesem, o czym można się przekonać tu i tu

   W połowie miesiąca odkryłam stronkę BookBub, która jest istną skarbnicą bardzo tanich czy wręcz darmowych ofert ebookowych na czytniki wszelakie, również na Kindla, którego posiadam. Wystarczy zapisać się na listę mailingową i codziennie otrzymuje się maila z najnowszymi ofertami w danym dniu. Wiele z książek z oferty bezpłatnej to pozycje raczej nie najwyższych lotów, ale pojawiają się również książki, które teoretycznie chciałam przeczytać, ale nie na tyle, by kupić je za pełną sumę. Tak oto na moim czytniku znalazły się dwie pozycje, po które być może sięgnęłabym w dalekiej przyszłości, ale równie prawdopodobnym byłoby zupełne ich pominięcie w planach zakupowych i w efekcie zapomnienie o ich istnieniu.

   Pierwsza z nich to "The Queen of the Tearling" Eriki Johansen, o której wiele się w światku fantastycznym mówi. Niewiele wiem o samej fabule, ale książka ma przepiękną okładkę, a i wielu blogerów wypowiada się o niej przychylnie, w związku z czym postanowiłam spróbować z wersją elektroniczną; jeśli opowieść mi się spodoba, nie będę miała żadnych oporów przed kupieniem fizycznej wersji tej, jak i następnych części cyklu.


   Drugim z zakupionych na amazonie ebooków była książka autorstwa Becky Chambers pod tytułem "The Long Way to a Small, Angry Planet". Jest to dosyć nietypowa opowieść science fiction, która niezmiernie mnie ujęła, a której recenzja pojawiła się na blogu o tu. Powiem tylko, że bardzo mnie ta pozycja zaskoczyła, zaczynając czytanie nie spodziewałam się, jak bardzo przemówi ona do moich emocji i jak wiele wzruszeń mi dostarczy. W tym przypadku zamówienie wersji papierowej książki czeka tylko na ten jakże cudowny dzień, w którym dostanę wypłatę (i tak, wiem, że nałożyłam na siebie zakaz zakupowy, ale to pozycja już przeczytana, więc się nie liczy, ha ha).


   Ostatnia w tym miesiącu pozycja mangowa to dwudziesty siódmy tomik "Haikyuu!" autorstwa Furudate Haruichiego, któremu tym razem towarzyszyła płytka DVD, przez co wyprzedał się w dzień premiery i musiałam specjalnie go sobie zamówić. Na szczęście na paniach sprzedawczyniach w księgarniach japońskich można polegać i gdy zaraz po przylocie do Narity udałam się do rzeczonej księgarni, manga już na mnie czekała, zafoliowana i pachnąć nowością. Oczywiście natychmiast po powrocie do Polski oglądnęłam DVD (💚), a mangę przeczytałam w ramach 7ReadUp. Cóż ja mogę napisać, żeby nie skończyło się na samych ochach i achach? "Haikyuu!" to moja ulubiona manga, mówiąca o mojej ulubionej dyscyplinie sportowej, więcej nic dodawać nie trzeba :)



Pozwólcie, że pozachwycam się wydaniem! Ach, te DVD, ach, te naklejki 💓

   Nie odchodząc od tematu siatkówki - wchodzę ja sobie pewnego przedmeczowego dnia do Empiku, a tu wita mnie z witryny twarz Kadzia, czyli Łukasza Kadziewicza, świetnego swego czasu siatkarza, a w chwili obecnej jednego z bardziej kompetentnych komentatorów tej dyscypliny. "Kadziu. Siatkówka & Rock'n'Roll" to wspomnienia Kadziewicza (znanego bad boya polskiej siatkówki) o jego życiu sportowca, bynajmniej nieograniczające się jednak tylko do wydarzeń boiskowych. Jestem dopiero na początku książki, ale czyta się ją niezwykle szybko i przyjemnie, a przygody Kadzia wywołują na mojej twarzy uśmiech nostalgii, gdyż był to jeden z moich pierwszych siatkarskich ulubieńców. 


   By nie dać nikomu powodu do oskarżenia mnie o wychodzenie z księgarni z jednym tylko zakupem, w empikowej reklamówce znalazły się również dwie inne pozycje, każda z innej beczki, ale co tam. Peter Wohlleben oprowadzał mnie w sierpniu po sekretnym życiu drzew, we wrześniu zabierze mnie w podróż po "Duchowym życiu zwierząt". Mam nadzieję, że historie ze zwierzętami w roli głównej będą równie urocze jak te o drzewach.      


   "Baśnie Barda Beedle'a" to pierwsza z okołoharrypotterowskich pozycji J.K.Rowling, która pojawiła się na mojej półce, właściwie to przypadkiem i z rozpędu, bo stała w Empiku obok "Duchowego życia zwierząt" i tak jakoś mi się po nią sięgnęło. Niedługa i pięknie ilustrowana będzie jak znalazł na coraz dłuższe jesienne wieczory.


   Druga połowa miesiąca należała do książek anglojęzycznych, które, sądząc po czasie dostawy, przeszły baaaaardzo długą drogę z Wysp Brytyjskich i w końcu wylądowały na warszawskiej poczcie. "War horse" Michaela Morpurgo znam li i wyłączenie z ekranizacji z Tomem Hiddlestonem, postanowiłam więc ową zaległość nadrobić (tym bardziej, że bookdepository oferowało świetną przecenę).



   Z prozą Mackenzi Lee spotkałam się po raz pierwszy podczas czytania, a raczej pochłaniania książki o młodych dżentelmenach i ich przygodach, i tak mi przypadła do gustu, że postanowiłam zapoznać się z wcześniejszą pozycją autorki. "This monstrous thing" to opowieść przywodząca na myśl historię Frankensteina, ale ze steampunkowym twistem (jak głosi jedna z opinii chwalących tę pozycję), co brzmi całkiem zachęcająco.  
   

   
   Neala Shustermana znam wyłącznie z nazwiska, ale "Scythe" postanowiłam kupić za względu na ciekawy temat (świat, w którym śmierć przychodzi wyłącznie pod postacią specjalnie do tego celu wyszkolonych zabójców), chęć poznania prozy autora, a także moje uwielbienie dla shinigami, death reaperów i innych istot nadprzyrodzonych związanych ze śmiercią.


   Ostatnią pozycją zakupioną w sierpniu jest antologia opowiadań różnych autorów, których głównymi bohaterami są ci "źli", czyli postaci wszelkiego typu antagonistów i antybohaterów. O "Because You Love to Hate Me" słyszałam zarówno pozytywne, jak i negatywne opinie, te drugie dotyczą przede wszystkim wkładu znanych booktuberów w powstanie książki. Zobaczymy, do której opinii się przychylę, na razie cieszę się na opowiadanie autorstwa V.E.Schwab, której antybohaterów z książki "Vicious" bardzo polubiłam i znienawidziłam równocześnie.


   Tym oto sposobem doszłam do końca sierpniowego book haula. Mam nadzieję, że wrzesień spędzę na czytaniu w/w pozycji, a nie kupowaniu nowych. W każdym razie trzymajcie za mnie kciuki!