niedziela, 25 marca 2018

Co zrobiłbyś, by być szczęśliwym - Adam Silvera "More Happy Than Not/Raczej szczęśliwy niż nie"

   Książki z gatunku tak zwanych "młodzieżówek obyczajowych" zaczęłam czytać niedawno, mimo, że do młodzieży nie zaliczam się już od dobrych dwudziestu lat. Całe życie pochłaniały mnie fantastyczne światy i daleka przyszłość science-fiction i nawet teraz stanowią osiemdziesiąt procent literatury, którą czytam. Młodzieżówki jednak powoli, powoli na stałe zaczynają gościć na moich półkach. Zdałam sobie bowiem sprawę, że wiele z nich porusza ważne tematy związane nie tylko z dorastaniem, bo i problemy z seksualnością, i te związane ze zdrowiem psychicznym możemy w nich odnaleźć. Właściwie jedynymi książkami z gatunku ya, których unikam, są tzw. romansidła, gdzie cała fabuła to miłosne rozterki nastolatków, na co chyba jednak jestem za stara (pomijając kwestię unikania romansów w ogóle). Na szczęście książka Adama Silvery, mimo obracania się wokół problemów sercowych młodych ludzi, do nich się nie ogranicza.

   "More Happy Than Not/Raczej szczęśliwy niż nie" to historia Aarona, chłopca, który zmaga się z samobójczą śmiercią ojca. Na szczęście otaczają go dobrzy koledzy z podwórka, ma przy sobie również mamę i ukochaną dziewczynę, Genevieve, które wspierają go w walce z depresją czającą się na horyzoncie. Wszystko zmienia się, gdy Genevieve wyjeżdża na obóz plastyczny, a w życiu Aarona pojawia się Thomas. To, co wydawało się oczywiste, nagle takim być przestaje i Aaron w końcu poddaje się i postanawia zapomnieć o wszystkim, co przynosi mu ból.

   Opowieść Silvery, mimo że to pierwsza jego książka wydana w Polsce, jest trzecią przeczytaną przeze mnie, przez co zauważam pewien wzór w tematyce poruszanej przez autora. Silvera skupia się przede wszystkim na problemach młodych ludzi związanymi z ich seksualnością i zdrowiem psychicznym, a wszystko to skrapia często odrobiną fantastyki (tak jest tutaj, tak też było w "They Both Die At The End", której recenzja nadal czeka na napisanie).

   Mój problem z książkami Silvery leży w jego bohaterach - nie potrafię ich polubić. Nie wzbudzają mojej sympatii, za to często mnie irytują, trudno też zrozumieć mi ich wybory. Z natury jestem marzycielką, ale w większości ważnych spraw mocno i logicznie stąpam po ziemi, opierając się wtedy na rozumie, nie emocjach. Bohaterowie Silvery natomiast to chodzące bomby emocjonalne. Wiem, że nie mają łatwo w życiu, nikomu nie życzę być świadkiem samobójstwa własnego rodzica, a problemy Aarona mają o wiele głębsze podłoże, niż na początek się wydaje. Niektóre jednak z zachowań chłopaka są tak irracjonalne, że trudno mi podejść do nich na chłodno i nie mieć ochoty nawrzeszczeć na niego, żeby wziął się w garść. Może dlatego właśnie najbardziej z całej plejady postaci pojawiających się w książce polubiłam Genevieve, która także podjęła wiele kiepskich decyzji, ale powody za nimi stojące są przynajmniej zrozumiałe i możliwe do wyobrażenia.

   Mimo wszystkich problemów, jakie mam z bohaterami "Raczej szczęśliwy niż nie", książka poruszyła mnie emocjonalnie, a także zaskoczyła zwrotem fabularnym, który ma miejsce w drugiej połowie opowieści. I choć Aaron niekiedy doprowadzał mnie do szewskiej pasji, nie potrafiłam nie współczuć mu w jego walce z codziennością, którą tak trudno mu było zaakceptować, że zdecydował się o niej zapomnieć. Tym bardziej, że rzeczywistość pokazała, iż wymazanie wspomnień i uczuć, które tworzą to, kim naprawdę jesteś, nie jest tak naprawdę możliwe i doprowadzić może tylko do jeszcze większego cierpienia.

   Myślę, że właśnie w tym tkwi siła Silvery, że każe nam postawić się w sytuacji kogoś, kto tak bardzo się od nas różni i razem z nim przejść przez piekło, by dzięki temu zdać sobie sprawę, że nawet jeśli nie do końca zrozumiemy jego sytuację i wybory, to ludzie tacy jak Aaron istnieją wokół nas i być może czekają, by wyciągnąć do nich pomocną dłoń i wesprzeć ich w walce z trudami codzienności.


tytuł: More Happy Than Not/Raczej szczęśliwy niż nie
autor: Adam Silvera
wydawnictwo: Czwarta Strona
liczba stron: 400



ocena: ★★★☆☆ 1/2

sobota, 24 marca 2018

Powroty książkowe ponownie, czyli podsumowanie reread-a-thonu ☆ミ

   Panie i panowie, pragnę poinformować państwa o całkowitym sukcesie, jaki odniosłam podczas reread-a-thonowego tygodnia. Nie tylko udało mi się wykonać wszystkie cztery wyzwania czytelnicze, i to bez żadnego oszukiwania, ale przeczytałam również książkę, której w planach nie miałam. Ponadto mimo nie pojawiania się przez tydzień na blogu, przynoszę Wam teraz, drodzy Odwiedzający, pięć recenzji przeczytanych pozycji, proszę więc o zaopatrzenie się w herbatę tudzież kawę, jakieś ciacho (lub ogórka konserwowego, jeśli tak jak ja wolicie snacki niż słodycze) i zapraszam na podsumowanie.


☆ミ REREAD-A-THON 2018 ☆ミ


   Wyzwanie I: Przeczytaj ponownie dawnego ulubieńca.

   Halina Górska i jej opowieść "O Księciu Gotfrydzie, rycerzu gwiazdy wigilijnej" ponownie podbiła moje serce i przyczyniła się do powstania góry mokrych chusteczek przy łóżku podczas czytania. Poznałam w życiu wiele baśni, ale mało z nich pokochałam tak mocno jak tą.

   Wyzwanie II: Przeczytaj ponownie nowego ulubieńca.

   Shaun David Hutchinson i "We Are The Ants" to jedna z pierwszych od dłuższego czasu przeczytanych młodzieżówek i pierwsza, która trafiła na listę moich ulubionych książek 2017 roku (do tej pory w 90 procentach składającej się z fantastyki). Opowieść o Henrym, chłopcu z problemami, z których największym wcale nie jest bycie uprowadzanym przez kosmitów, ma wszystko, czego w młodzieżówce potrzebuję: sympatycznych bohaterów, prawdziwe problemy, humor, ale także sporo dramatyzmu.

   Wyzwanie III: Daj książce drugą szansę.

   Dałam, bo czemu nie. Niestety, "Alicja w krainie czarów" Lewisa Carrolla nadal nie podbiła mojego serca i już pewnie nie podbije, choć po kontynuację sięgnę, bo wypada. Za to jak znalazł przypasowała do wyzwania czytelniczego Kirimy, więc tyle dobrego.

   Wyzwanie IV: Przeczytaj ponownie w oczekiwaniu na kontynuację.

   "Vicious" V.E.Schwab pasowałby również do drugiego wyzwania, był zresztą opcją zapasową w przypadku braku czasu. Na szczęście rozczytałam się na całego i zdążyłam przeczytać obie książki. Ach, Victor, jeden z moich ulubionych anty-bohaterów. Przepysznie pokręcony, zimny i arogancki, po prostu miodzio. Bardziej do obu głównych bohaterów opowieści pasującego tytułu nie mogła autorka znaleźć.

   Poza wyzwaniowo, ale również po raz kolejny sięgnęłam po "Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu" Anny Lange. Jeśli nie przeszkadza Wam pewna doza fangirlowania, zapraszam do recenzji, gdzie wyjaśniam, dlaczego Clovis to postać w moim odczuciu fanfikowa, i dlaczego jest to pozytywną rzeczą.





   Koniec powrotów czytelniczych na pewien czas, ale ten tydzień dał mi tak wiele radości, że może już niedługo kolejna porcja wpisów nostalgicznych się tu pojawi. Dajcie znać, czy i Wam sięganie po książki, które już znacie sprawia przyjemność, a jeśli tak, do jakiej ostatnio ulubionej powieści wróciliście.

Jak śnić, to na całego - Lewis Carroll "Alicja w krainie czarów"

   Książkowe powroty, zwłaszcza do pozycji, z którymi jesteśmy mocno związani, to jedna z najprzyjemniejszych w mojej opinii części życia czytelniczego. Nie wyobrażam sobie nie powrócić przynajmniej raz na parę lat do Śródziemia, na Pern czy do Hogwartu. Tym bardziej, że z wieloma bohaterami książkowymi wiążą mnie o wiele silniejsze uczucia niż z rzeczywistymi ludźmi (smutne? być może, ale osobiście bardzo mi to odpowiada). Trochę inaczej jest jednak, gdy daję książce, która może niekoniecznie mi się spodobała, drugą szansę. Zawsze jest bowiem szansa, że ponownie się zawiodę.

   "Alicja w krainie czarów" Lewisa Carrolla nie spodobała mi się specjalnie, gdy czytałam ją jako dziecko. Niewiele z tamtych wrażeń pamiętam oprócz ogólnej niechęci i poczucia niedosytu. Postanowiłam jednak wrócić do przygód Alicji ponownie teraz i jako dorosła kobieta zobaczyć, czy moje obojętne uczucia względem tej książki związane były z wiekiem, czy może dlatego nie potrafiłam docenić historii, którą tak wielu ludzi darzy uwielbieniem?

   Opowieść o Alicji, dziewczynce, która przez króliczą norkę wpada w dziwaczny, pełen nonsensu świat groteskowych postaci, gadających zwierzątek, znikających kotów i krwiożerczych karcianych królowych to historia znana większości ludzi, dlatego nie będę się rozwodzić nad fabułą. Zresztą absurdalny sen, który stał się udziałem Alicji, trudny jest do opisania jako ciąg przyczynowo-skutkowy, bo Carroll stworzył swoją historię raczej jako szereg epizodów, luźno ze sobą (lub w ogóle nie) połączonych.

   Wydawać by się mogło, że jako wielbicielkę fantastyki historia dziewczynki w krainie dziwów nie może nie wpasować w moje gusta. A tu klops, okazuje się, że jak najbardziej może. Tym razem jednak wiem, dlaczego. Powodem, dla którego ze światem Carrolla się nie polubiliśmy za dzieciaka i nie polubimy teraz, są postaci w nim występujące. O ile sama Alicja rozczulała mnie od czasu do czasu swoją dziecięcą logiką i przyjmowaniem zadziwiających zdarzeń, jakie ją spotykają, z dziecięcym entuzjazmem i wiarą, o tyle wszystkie pozostałe istoty zaludniające krainę czarów doprowadzały mnie do szewskiej pasji. Nie chodzi nawet o bezsensowność ich zachowań, bo ta akurat do formuły snu pasuje jak najbardziej. Szalony Kapelusznik, Księżna, Królowa Kier - wszyscy oni byli tak niesamowicie antypatyczni, że prawdziwą przyjemność sprawiało mi wyobrażanie sobie Alicji, która ma ich dość i wyjmując zza pazuchy bazookę rozwala całe to towarzystwo na drobne kawałki.

   "Alicja w krainie czarów" miałaby szansę mnie do siebie przekonać, gdyby rodzice przeczytali mi ją w dzieciństwie, albo gdybym wysłuchała jej jako słuchowiska radiowego. Jako historia opowiedziana ustnie przyciągnęłaby być może moją uwagę dzięki plejadzie śmiesznych postaci, które w tej formie mogłyby nie być tak strasznie irytujące, a i krótkie rozmiary poszczególnych epizodów nie zmęczyłyby mnie prawdopodobnie tak, jak to zrobiły czytane jednym ciągiem.

   Żeby nie skończyć na negatywach, urzekły mnie niezmiernie koszmarnie zniekształcone dziecięce rymowanki i piosenki, zwłaszcza ta o ojcu Wigriliuszu i o chorym kotku, którą pozwolę sobie na zakończenie zacytować:

"Pan Lew był raz chory i leżał w łóżeczku,
Więc przyszedł pan doktor:
- Jak się masz, koteczku?
- Niedobrze, lecz teraz na obiad jest pora -
Rzekł Lew rozżalony i pożarł doktora."

(przełożył Antoni Marianowicz)


   "Alicję w krainie czarów" włączam niniejszym do wyzwania czytelniczego Kirimy"Czytamy klasykę fantasy". Można się kłócić, czy aby do tego gatunku książka Carrolla się zalicza, osobiście uważam jednak, że jak najbardziej, bo w jakim innym gatunku mamy do czynienia z eliksirami tudzież grzybkami wzrostu, znikającymi kotami, królami i królowymi oraz flamingami służącymi za kije do krykieta?





tytuł: Alicja w krainie czarów
tytuł oryginału: Alice's Adventures In Wonderland
tłumaczenie: Antoni Marianowicz
wydawnictwo: Nasza Księgarnia
rok wydania: 1988



ocena: ★★★☆☆

piątek, 23 marca 2018

Skarb z czasów dziecięcych - Halina Górska "O Księciu Gotfrydzie, rycerzu gwiazdy wigilijnej"

   Zanim jeszcze młoda ja zaczęła pochłaniać wielkie, opasłe tomiszcza z historiami o szlachetnych wodzach indiańskich i dzielnych hobbitach, z równą lubością wsiąkała w zbiory baśni z całego świata. Były wśród nich klechdy polskie, były opowieści z różnych stron świata, byli bracia Grimm, andersenowska dziewczynka z zapałkami i pisana wierszem bajka o Carze Sałtanie Puszkina. Najważniejsze jednak miejsce w baśniowym panteonie zajmowała historia Gotfryda, najszlachetniejszego księcia, jaki urodził się pod rozgwieżdżonym niebem nocy wigilijnej.

   "O Księciu Gotfrydzie, rycerzu gwiazdy wigilijnej" Haliny Górskiej, pochodzącej ze Lwowa pisarki i działaczki społeczno-politycznej, to historia, która ukształtowała moje  wyobrażenie rycerza. Tak, tak, drodzy Odwiedzający, to nie Aragorn i Boromir są pierwszymi, którzy przychodzą mi na myśl, gdy słyszę słowo rycerz. To właśnie Gotfryd, który dziecięciem małym jeszcze będąc, w zawierusze wojennej rodziców utracił, górali i pastuszków od okrutnego wilkołaka i wiedźm uwolnił, ostrogi rycerskie otrzymał, zwycięzcę stu turniejów pokonawszy, by w końcu najpiękniejszą na ziemi królewnę z niewoli mocarza, co jednym uderzeniem obala skały, oswobodzić. To Gotfryd, który zdobył warowny zamek, nie dobywając miecza, samą tylko wytrwałością, cierpliwością i szlachetnością (przyznaję bez bicia, to moja ulubiona z dwunastu opowieści, przy której łzy wzruszenia leją się strumieniami). To właśnie ten młody rycerz, który wolał skłamać i hańbą się okryć, niźli życie wróżki Wiwiany narazić. Ach, mogłabym tak zachwycać się w nieskończoność, a i tak nie wyraziłabym, jak bardzo kocham tę opowieść.

   Baśń ta przepięknym językiem jest napisana, lirycznym, a mimo to prostym, żeby nawet najmłodsze dziecko nie miało problemu ze zrozumieniem treści. Przypomina mi trochę "Przyjaciela wesołego diabła" Kornela Makuszyńskiego, który również zachwycił mnie i rozkochał w języku, jakim został napisany.

   Opowieść o rycerzy gwiazdy wigilijnej uważam za obowiązkową lekturę dzieciństwa, a i tych, którzy już dziećmi od wielu lat nie są, zachęcam do sięgnięcia po tę baśń. Mam nadzieję, że przyniesie Wam ona tyle samo radości, co autorce tego wpisu.



tytuł: O Księciu Gotfrydzie, rycerzu gwiazdy wigilijnej
autor: Halina Górska
wydawnictwo: Nasza Księgarnia
liczba stron: 125



ocena: ★★★★★