wtorek, 16 stycznia 2018

Bo dawno nie było - TAG książkowy ☆ミ

   Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce... ekhem, nie ta bajka. (Nie tak) dawno temu, bo w grudniu ubiegłego roku, Sylwka z unSerious nominowała mnie do czytelniczego tagu, a ja jak to ja, nie miałam czasu się do niego zabrać aż do teraz, za co serdecznie Sylwkę przepraszam i obiecuję poprawę.

   Bez niepotrzebnego przedłużania, zaczynamy!


  • Wskaż książkę ze swojej biblioteczki, którą najbardziej cenisz?
   Jak widzę zaczynamy z grubej rury... Wymienię tutaj dwie pozycje, które cenię z zupełnie innych powodów. Pierwszą z nich jest album "Światy Tolkienowskie. Wizje Śródziemia" z rysunkami inspirowanymi twórczością Tolkiena. Przepięknie wydany, z malunkami tak znanych artystów tolkienowskich jak Alan Lee, John Howe czy Ted Nasmith, stanowi jeden z moich najcenniejszych skarbów, do którego wracam ilekroć odwiedzam dom rodzinny. Drugą z pozycji jest "Winnetou" Karola Maya. Zapytacie zaraz: co, ta nie za dobrze napisana, całkowicie zmyślona wizja Dzikiego Zachodu? Właśnie ta. Cenię ją bardziej niż większość posiadanych książek o o wiele lepszej fabule, języku, właściwie wszystkim. Dlaczego? Bo to właśnie przy przygodach dzielnego wodza Apaczów i jego białego towarzysza Old Shatterhanda po raz pierwszy w moim czytelniczym życiu zarywałam noce, po raz pierwszy płakałam na zakończenie ostatniego tomu, po raz pierwszy marzyłam o znalezieniu się na kartach książki i dzieleniu życia z jej bohaterami. Gdyby nie "Winnetou", dziewięcioletnia ja być może nigdy nie rozwinęłaby miłości do grubaśnych, wielotomowych opowieści. 
  • Czy jest książka, o której marzysz, ale z różnych powodów nie będziesz mogła/mógł zrealizować tego marzenia?
   W sensie fizycznego posiadania? Nie ma takiej książki. Nie jestem kolekcjonerką białych kruków, zazwyczaj nie zależy mi również aż tak na konkretnym wydaniu danej pozycji. Wychodzę z założenia, że jeśli książka jest dostępna w sprzedaży, to w końcu znajdzie się w moich rękach. Natomiast w sensie w ogóle istnienia, to jest marzenie nie zrealizowane i prawdopodobnie takim zawsze zostanie - marzę okropnie o jakimś fajnym crossoverze między ulubionymi moimi książkami, jakimikolwiek! Niestety, zostają mi tylko fanfiki...
  • Czy wracasz do przeczytanych książek? Jeżeli tak to dlaczego?
   Już kiedyś w którymś tagu odpowiadałam na to pytanie, ale nie zawaham się powtórzyć: TAK. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której raz pokochany świat i bohaterowie zostają odstawieni na półkę i zapomniani. 
  • Czy utożsamiasz się z bohaterami czytanych książek?
   Nie tyle utożsamiam (bo powiedzmy sobie szczerze, jak tu się utożsamić z takim np. smokiem albo elfem), ile wchłaniam ich całą sobą i żyję ich życiem, radościami i smutkami przez cały czas czytania książki, a niekiedy nawet dłużej.


  • Jaką książkę wciąż powtarzasz sobie, że przeczytasz, ale dobrze wiesz, że tego nie zrobisz?

  •    Pewnie mogłabym tu wymienić większość klasyki. Od wielu lat obiecuję sobie, że zacznę nadrabiać zaległości dzieł ze światowego kanonu literackiego i równie długo założenie to nie zostaje zrealizowane. 
    • Czy zdarza Ci się czytać książki w języku obcym? Co to za język i dlaczego akurat ten?
       Cały czas, przede wszystkim po angielsku, bo najlepiej ten język znam, a także po japońsku, bo nie chcę go zapomnieć. Jedno z wyzwań czytelniczych tego roku to przeczytanie w całości książki napisanej po japońsku, do tej pory ograniczałam się do bowiem do o wiele łatwiejszych w czytaniu mang.
    • O której książce najchętniej wolałabyś/-byś zapomnieć?
       Istnieje parę pozycji, które zmęczyły mnie okropnie, ale nagroda zwycięzcy na pewno należy się "Córce krwawych" Anne Bishop. Brak mi słów na wyrażenie tego, jak przerażająco głupia i fanfikowa w najgorszym tego słowa znaczeniu to książka.
    • Wiesz, że za tydzień nastąpi katastrofa. Jesteś jednak tym szczęśliwcem, który znalazł się na liście osób, które wraz z rodzinami mogą zająć miejsce w schronie. Poza małym bagażem podręcznym możesz zabrać ze sobą tylko trzy książki. Jakie byłby to tytuły?
       Trylogia "Władca pierścieni" (oszukuję i traktuję ją jako jedną pozycję) dla Froda i Sama i dla cudownego świata stworzonego przez Tolkiena, "O księciu Gotfrydzie, rycerzu gwiazdy wigilijnej" Haliny Górskiej dla wzruszeń i pięknego języka, a także ulubiony fanfik, najlepiej jak najdłuższy, dla rozrywki.
    • Jeśli nie książki, to co? Jak jeszcze spędzasz wolny czas?
       Lubię fotografię, choć cały czas brakuje mi czasu, by na poważnie się nią zająć. Chodzę do kina, przede wszystkim dla relaksu, a niekiedy również dla zamyśleń. Uwielbiam zwiedzanie nowych miejsc, a także powroty do ulubionych zakątków. Jako zapalony fan siatkówki wieczory często spędzam na Torwarze lub przed komputerem, kibicując swoim ulubionym drużynom. Bardzo często jednak najlepiej spędzony wolny czas to dla mnie siedzenie na kanapie, z kotem na kolanach i kubkiem gorącej herbaty w ręce, i oddawanie się marzeniom.
    • Wymień kilka blogów, które warto odwiedzić.
       Oprócz Sylwki z jej unSerious na wyróżnienie na pewno zasługują:

    - Cass i jej Cozy Universe,
    - Anna i Księganna,
    - Ania i jej booklicity.

       Blogów, które śledzę i czytam z przyjemnością jest wiele, ale gdybym chciała wymienić wszystkie, prawdopodobnie nie skończyłabym do jutra. 

       Zapraszam do tagowej zabawy każdego, kto chce się bawić, dajcie znać, jeśli się zdecydujecie, z chęcią poznam Wasze książkowe nawyki 😄 

    niedziela, 14 stycznia 2018

    Opowieść o tym, co wszyscy robią, a o czym nikt nie chce rozmawiać - Terry Pratchett "Świat kupek"

       Tematów, których dorośli unikają w rozmowach z dziećmi jest sporo. Ileż to razy młodzi, ciekawi świata i jego mechanizmów przedstawiciele gatunku ludzkiego na pytanie o to, skąd się biorą młodsze siostrzyczki czy braciszkowie dostawali pokrętną historyjkę o bocianach czy główkach kapusty! Jak często odpowiedzią na każde pytanie było "dowiesz się, jak będziesz dorosły, a teraz idź się pobawić"! Na szczęście panna Felicity Beedle postanowiła, że przynajmniej jedna dziedzina ludzkiego życia zostanie odkryta przed ciekawskimi oczętami naszych pociech, dziedzina może i niezbyt estetyczna wizualnie i zapachowo, ale za to tak dla nas naturalna, jak oddychanie.

       "Świat kupek" to opowieść o Geoffreyu, młodym chłopcu, który przyjeżdża ze wsi w odwiedziny do swojej Babci, mieszkającej w Ankh-Morpork. Niedługo po przyjeździe spotyka go coś, co budzi w nim prawdziwą pasję i chęć założenia jedynego na świecie muzeum jej poświęconego. Tak, moi drodzy Odwiedzający, mowa o kupkach. Geoffrey zaczyna od odchodów ptasich, by przez mysie bobki i i smocze rozżarzone węgielki przejść do tego, co robią heraldyczne hipopotamy. Po drodze poznaje słynnego wytwórcę klozetów, odwiedza schronisko dla chorych smoków i przedstawiony zostaje sir Harry'emu Królowi, który zbił "odchodową" fortunę. Przy okazji dowiaduje się wielu interesujących rzeczy, jak chociażby co jedzą gargulce i dlaczego ludzie płynący rzeką Ankh zawsze mają pod ręką parasol.

       Terry Pratchett pozostawił po sobie spuściznę bogatą w humor, interesujące spostrzeżenia dotyczące społeczeństwa oraz bohaterów, których nie sposób zapomnieć. Jednym z tych ostatnich bez wątpienia jest Sam Vimes ze Straży, który w kolejnych tomach opowieści pnie się w górę drabiny zawodowej i towarzyskiej, zyskując przy tym wspaniałą żonę i cudownego synka, Młodego Sama. Młody Sam uwielbia książki panny Felicity Beedle, wśród których znajduje się również książeczka poświęcona kupkom. W nasze ręce trafia właśnie ta niezwykła pozycja.

       "Świat kupek" przepełniony jest ciepłym humorem pratchettowskim, nie braknie w nim ani słynnych przypisów autora, ani znanych nam z cyklu o Świecie Dysku miejsc i postaci. I choć temat jest zdziebko śmierdzący i może nie przypaść do gustu czytelnikom o nieco bardziej wysublimowanych gustach, ja bawiłam się przy tej książce świetnie. Terry Pratchett potraktował temat z powagą (jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało), udzielając swojemu bohaterowi wszystkich możliwych odpowiedzi na interesujący go temat. Nikt w książce nie traktuje Geoffreya z pobłażaniem czy zawstydzeniem, nikt się od odpowiedzi na niewygodne pytania nie wykręca, za to wszyscy starają się go wspierać w jego nietypowym hobby. Można sobie tylko życzyć, by i w naszym świecie dorośli z taką pogodą i entuzjazmem wspierali swoje pociechy.

       Dla kogo jest "Świat kupek"? Dla dzieci o niezwykłych zainteresowaniach i dla dorosłych wielbicieli humoru Terry'ego Pratchetta. Nie powinien po tę książkę sięgać natomiast nikt, kto uważa temat wydalania za coś wstydliwego, o czym się po prostu nie rozmawia.



    tytuł: Świat kupek
    autor: Terry Pratchett
    wydawnictwo: Prószyński i S-ka
    ilość stron:118


    ocena: ★★★☆☆

    sobota, 13 stycznia 2018

    Południce, strzygi i inne upiory - Joanna Łańcucka "Stara Słaboniowa i spiekładuchy"

       Zanim przejdę do wpisu, chciałabym bardzo serdecznie podziękować Straszliwej Buchling za to, że dzięki swojej recenzji zachęciła mnie do sięgnięcia po tę książkę zupełnie mi nieznaną, o której nic nie słyszałam, nigdzie nie czytałam, a która zachwyciła mnie niezmiernie. Dziękuję!

       "Stara Słaboniowa i spiekładuchy" Joanny Łańcuckiej opowiadają dokładnie o tym, o czym mówi tytuł. Stara Słaboniowa to babinka jakich zdawałoby się wiele, mieszkająca na wsi Capówka. Żyje w niewielkiej chatce z kotkiem Mruczkiem i tylko od czasu do czasu odwiedzają ją sąsiadki i sąsiedzi, i tylko od czasu do czasu sama wychodzi z domu. Niektórzy mówią o niej, że wiedźma i czarownica, co przechodząc obok płotu urok rzuca na bydło, bo i do kościoła nie chodzi, i na ziółkach się zna. Stara Słaboniowa wiele sobie z tego gadania ludzkiego nie robi, bo i co w jej wieku mogą jej zrobić. Nie odmawia również pomocy, gdy do drzwi jej chatki pukają w potrzebie a to córka chrzestna, a to milicjant (później policjant) Garsija, a to inne nieszczęsne dusze, które nadnaturalne kłopoty spotykają. Oj, wie Słaboniowa, jak sobie ze zmorą poradzić, a i z diabłem do czynienia nie raz miała, więc co ma nie pomóc. Tym bardziej, że ostatnią jest z tych, którzy żyli w czasach, gdy zabobony, jak o nich się teraz mówi, na co dzień spotykano i nikt im się nie dziwił.

       Joanna Łańcucka zdecydowała się na zabieg dosyć ryzykowny, jakim było stworzenie głównej bohaterki w podeszłym mocno wieku. Rzadko zdarza się opowieść właściwie dosyć fantastyczna w swoim wydźwięku, gdzie centralną postacią jest staruszka, która porusza się opierając o laskę, a dzień spędza na oporządzaniu malutkiego gospodarstwa i piciu herbaty. Pani Łańcucka poszła nawet o krok dalej, pisząc wszystkie dialogi w gwarze, jakiej obecnie niemal się nie słyszy, chyba że na takich właśnie zapomnianych trochę przez ludzi wsiach. Dzięki tej gwarze i dzięki prostym, lecz ujmującym za serce opisom polskiej przyrody i życia z dala od wrzawy miasta książka przenosi czytelnika w czasy lekko sentymentalne, pamiętane jak przez mgłę z dzieciństwa, czasy gospodyń ubranych w kraciaste spódnice i kwieciste chusty, i ciepłego mleka prosto od krowy.

    Oczywiście mamy tu również świat inny, ukryty, o którym wspomina się czyniąc znak krzyża i odmawiając zdrowaśki. Noce, gdzie na spienionych koniach gnają zmory, gdzie dawne grzechy  w gorący letni dzień zostają ukarane, gdzie diabeł przychodzi odebrać to, co mu obiecano. Nie ma spokoju Słaboniowa, a przecież zdrowie już nie to, tylko wzrok nadal dobry. Radzić sobie jednak trzeba, bo jak nie ona, to kto?

       "Stara Słaboniowa i spiekładuchy" to z jednej strony książka sięgająca do naszych starych wierzeń słowiańskich, historia duchów i zjaw, które rodziły się najczęściej z ludzkiej głupoty i zawiści, iście fantastyczna opowieść. Z drugiej, i jak mi się wydaje, ważniejszej strony to opowieść o starości i samotności, o życiu w małej, zamkniętej społeczności, gdzie każdy każdego zna i nic się przed nikim nie ukryje, o codziennych radościach i smutkach. A w centrum stoi stara Słaboniowa, łącząc oba te wątki w jedną niezwykłą historię.

       Pamiętam, gdy jako mała dziewczynka jeździłam na wieś na wszystkie ferie i wakacje do domu, w którym żyła taka właśnie stara, twarda gospodyni, w niedzielę jeżdżąca do kościoła na rozklekotanym rowerze, a w dzień powszedni wyprowadzająca krowy na pastwisko i oporządzająca gospodarstwo. Nie miała ona raczej tajemnych zdolności Słaboniowej, ale była bogata w wiedzę, jaką dawało życie na wsi, wśród pól i lasów. Czytając tę książkę czułam, że wsiadam w maszynę czasu i wracam w tamte czasy i tamto miejsce. Jeśli i Wy chcielibyście poczuć ten powrót do przeszłości, troszkę może bardziej magicznej, ale i tak znajomej, sięgnijcie po opowieść o starej Słaboniowej. Na pewno się nie zawiedziecie.


    tytuł: Stara Słaboniowa i spiekładuchy
    autor: Joanna Łańcucka
    wydawnictwo: Oficynka
    ilość stron: 447



    ocena: ★★★★☆ 1/2

    piątek, 12 stycznia 2018

    O wyznawcach Trzynastego słów kilka - Scott Lynch "The Lies of Locke Lamora/ Kłamstwa Locke'a Lamory"

       Powiedzmy sobie szczerze, gros światów fantastycznych przedstawionych w najbardziej nam (czyli ludziom tzw. Zachodu) znanych książkach z gatunku fantasy oparty jest na średniowiecznej bądź nieco późniejszej Europie. Mamy więc a'la Wikingów, mamy rycerzy i dwory wzięte żywcem z obrazów malarzy Francuskich, mamy nawet światy pseudosłowiańskie. Ostatnio przeczytany przeze mnie cykl o Złodzieju Królowej dzieje się wyjątkowo w krainach przypominających starożytną Grecję. Fabuła książki, o której będzie mowa w tej recenzji, toczy się natomiast w mieście żywo przypominającym Wenecję, z jej niezliczonymi kanałami i szalonym karnawałem.

       "The Lies of Locke Lamora" Scotta Lyncha to kolejna w mojej kolekcji opowieść o złodziejach, choć w przeciwieństwie do wspomnianych wcześniej książek Megan Whalen Turner, gdzie bycie Złodziejem oznaczało między innymi pełnienie konkretnej funkcji na dworze, w historii Locke'a i jego kompani mamy do czynienia ze złodziejami sensu stricte. Locke, wychowanek ulicy, trafia dzięki serii różnych zdarzeń pod skrzydła ojca Chainsa, oszusta co się zowie, który kształci chłopca i jego przyjaciół w "szlachetnym" kunszcie złodziejskim (przy okazji fundując im lekcje historii, pisania i czytania, a nawet gotowania). Po jego śmierci dorosły już Locke staje się jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym, złodziei w całej Camorrze. W pewnym momencie okazuje się, że bycie najlepszym przynieść może nie tylko wielkie bogactwo i sławę, ale także ogromne problemy. Dla Locke'a i jego bandy Niecnych Dżentelmenów takim problemem staje się Szary Król, który dąży do przejęcia władzy nad światem przestępczym Camorry i postanawia wykorzystać w swoich planach Locke'a, z jego zgodą czy bez niej. Jakby tego było mało, okazuje się, że plany Szarego Króla są bardziej skomplikowane, niż się na początku wydawało, a pozostawienie przy życiu Niecnych Dżentelmenów bynajmniej w nich nie figuruje...

       Mam problem z oceną opowieści Scotta Lyncha, jego pisarstwo bowiem to dla mnie spora sinusoida plusów i minusów. Bez wątpienia świetnie wyszło mu wykreowanie świata, w którym Niecni Dżentelmeni prowadzą swoją działalność. Opisy Camorry są barwne i szczegółowe i łatwo wyobrazić sobie to miasto, z jego licznymi kanałami, dzielnicami zróżnicowanymi ze względu na pochodzenie i profesję ich mieszkańców, ogromnymi wieżami szlachetnych Rodów i tajemniczymi pozostałościami struktur stworzonych przez rasę istot znanych już tylko z legend. Ciekawie przedstawiona jest religia, z jej dwunastoma (a raczej trzynastoma, jeśli zapytacie złodziejską brać) bogami, podobnie jak mafijna struktura podziemia, z Capą Barsavi na czele. Fabuła również wciąga (gdy już przebrnie się przez pierwsze dwieście czy trzysta stron), a tytułowe kłamstwa Locke'a to niekończące się pasmo pomysłów, które nachodzą naszego bohatera znikąd, prowadząc do rezultatów nie zawsze ich pomysłodawcę zadowalających. Wspomnieć również muszę o dialogach, które Lynchowi wychodzą świetnie; przekomarzanie się Locke'a z resztą załogi nie raz i nie dwa prowokowały mnie do uśmieszków pod nosem, a nawet wybuchów śmiechu.

       Problem leży natomiast w dwóch bardzo dla mnie ważnych punktach: w kreacji postaci i tempie, w jakim rozwija się fabuła. Niecnych Dżentelmenów poznajemy dwutorowo, w czasie rzeczywistym i poprzez interludia opisujące ich młodość. Wydawałoby się, że dzięki temu będą oni postaciami wyraźnie nakreślonymi i zapadającymi w pamięć czytelnika. Niestety tak nie jest. Przez dwie trzecie książki nie potrafiłam polubić ani Locke'a, ani jego przyjaciół, nie zależało mi specjalnie na ich losie i powodzeniu ich planów. Jakiego by tu użyć porównania... Byli trochę jak ładne lalki, ubrane w dobrze uszyte ciuszki, z misternymi fryzurami na głowie, za to zupełnie puste w środku. Pod sam koniec opowieści w końcu stają się kimś więcej niż narysowanymi grubą kreską wzorcowymi przykładami złodziejaszków, ale to trochę za późno na zagrzanie miejsca w moim sercu. Także tempo rozwoju fabuły jest nierówne, raz ciągnące się jak roztopiony cukierek toffi, raz śmigające niczym samolot odrzutowy. Do połowy książki akcja ciągnęła mi się niemiłosiernie i zmieniło się to dopiero w momencie, w którym plan Szarego Króla wchodzi w zdecydowanie dla Locke'a nieprzyjemną fazę. Od tej chwili obgryzałam z nerwów paznokcie, nie przeczę, udało się Lynchowi zrehabilitować się nieco za początkową nudę. Szkoda tylko, że tak późno.

       "The Lies of Locke Lamora" to książka dobra językowo i fabularnie, choć ze sporymi mankamentami w postaci dosyć płaskich bohaterów i niezbyt szybkiego początku. Szukających ambitniejszej odmiany fantastyki może ona zawieść, spodoba się natomiast na pewno tym, którzy lubią złodziejskie intrygi i szybki, emocjonujący finał. Ja po kolejne części sięgnę z pewnością, z nadzieją, że Niecni Dżentelmeni rozwiną się jako postaci, a Scott Lynch wyrówna tempo prowadzenia akcji.


    tytuł: The Lies of Locke Lamora
    autor: Scott Lynch
    cykl: Gentelman Bastards
    wydawnictwo: Spectra
    ilość stron: 752



    ocena: ★★★☆☆ 1/2