wtorek, 9 stycznia 2018

Od złodzieja do... - Megan Whalen Turner "The Queen of Attolia" i "The King of Attolia"

   Wyobraźmy sobie oliwne gaje, świątynie poświęcone bogom wszelakim, wojowników w zbrojach założonych na tunikę. Wyobrażone? Dobrze, teraz dodajmy do tego broń palną w postaci muszkietów i armat i pokropmy dla smaku intrygami na królewskich dworach i podstępną politykę. Wychodzi nam z tego ciekawy miszmasz, który wbrew wszelkim znakom na ziemi i niebie działa i wciąga. Do  tego pomieszania z poplątaniem dodajmy jeszcze władczynie dwóch walczących ze sobą królestw i złodzieja, a otrzymamy świetne opowieści fantastyczne, jakimi są druga i trzecia część cyklu o Złodzieju Królowej autorstwa Megan Whalen Turner.

   W "The Queen of Attolia" ponownie spotykamy się z Genem, czy też raczej Eugenidesem, niedługo po jego powrocie do kraju rodzinnego. Tym razem nasz złodziej pakuje się w poważne tarapaty, gdy jego misja na dworze Królowej Attolii przybiera mroczny obrót i kończy się w lochach zamku Attolii. Od tego momentu życie królewskiego złodzieja nigdy już nie będzie takie same, podobnie jak losy obu królestw i ich władczyń. Decyzje podjęte przez Attolię i Eddis zmienią oblicze ich krain i doprowadzą do wojny, w którą wplątuje się również podstępny ambasador imperium Medea, Nahuseresh.

   "The King of Attolia" opowiada dalsze losy naszego złodzieja i Królowej Attolii, widziane oczyma członka Królewskiej Straży, Costisa. Tego młodego człowieka poznajemy w momencie, gdy oczekuje na karę za przyłożenie Eugenidesowi pięścią w twarz. Jak widać, nie ma miłości między strażnikami Attolii a byłym złodziejem. Eugenides jednak ma plan, który pozwoli mu nie tylko na zdobycie zaufania Costisa, ale także na skradnięcie całego kraju.

   Po przeczytaniu "The Thief"miałam wrażenie, że seria o Złodzieju Królowej będzie lekką, przyjemną, acz niezbyt skomplikowaną historyjką młodzieżową z sympatycznym bohaterem i niezbyt szybką, choć emocjonującą akcją. Jak strasznie się myliłam! "The Queen of Attolia" zdaje się wręcz napisana być przez zupełnie inną autorkę. Nie ma już pojedynczej perspektywy głównego bohatera, nie ma lekkiej i zabawnej przygody w grupie paru zaledwie postaci. Przelewki się skończyły, na szali leżą losy królestw, a w centrum całego zamieszania mamy Eugenidesa oraz królowe Attolii i Eddis. To właśnie z perspektywy tych dwóch ostatnich, bardziej niż Eugenidesa, śledzimy rozwój akcji. Obie władczynie są świetnie napisanymi postaciami kobiecymi, silnymi, ale bynajmniej nie niezwyciężonymi. Attolia walczy o swój kraj nie tylko z zagrożeniami z zewnątrz, ale również z nieposłusznymi baronami, którzy nie potrafią znieść samotnej kobiety na tronie. Równocześnie królowa toczy wewnętrzną walkę z samą sobą i z wyrzutami sumienia po tym, czego się dopuściła w stosunku do Gena. Eddis stawia czoła zupełnie innym problemom. Mieszkańcy jej kraju kochają bowiem swoją ubraną w spodnie, wojowniczą władczynię, więc nie tu leży problem. Eddis leży w górach, zależny jest od importu wielu potrzebnych do życia materiałów i wojna na dwa fronty, z Attolią z jednej, a Sounis z drugiej, powoli prowadzi kraj na granicę upadku. Sprawy nie ułatwia fakt, że po wyswobodzeniu z lochów Attoli Eugenides ma problemy z powrotem do zdrowia fizycznego, a jeśli chodzi o psychiczne, to jest jeszcze gorzej.

   Druga część cyklu to zupełnie inny styl literacki, bardziej poetycki i liryczny. Także pod względem fabuły różni się od "The Thief" ogromnie. Na tor pierwszy wychodzi polityka wewnętrzna i zewnętrzna, a intryga goni intrygę. Władczynie Attolii i Eddis stają się pełnokrwistymi, skomplikowanymi postaciami, a Eugenides okazuje się być wrażliwym, a równocześnie niezwykle przebiegłym i inteligentnym młodym człowiekiem. Skończyłam czytać książkę zachwycona zarówno postaciami, które polubiłam ogromnie, jak i fabułą.

   Myślałam, że już lepiej być nie może, lecz "The King of Attolia" udowodnił mi, że się myliłam. To z pewnością moja ulubiona część serii, przede wszystkim ze względu na spojrzenie na Gena i Attolię z zewnątrz, z perspektywy obcej osoby. Costis, sam w sobie zresztą będący postacią ciekawą i sympatyczną, ma na początku książki bardzo ugruntowaną opinię na temat Złodzieja z Eddis i obserwacja tego, jak się ona zmienia jest niezwykle satysfakcjonującym przeżyciem. Młody członek Królewskiej Straży nie ma wglądu w intrygi Eugenidesa i królowej Attolii (podobnie zresztą jak czytelnik, przy czym ten drugi ma nad Costisem przewagę, ponieważ zna już inteligencję i przebiegłość Złodzieja), tym większe jest więc jego zaskoczenie i podziw, gdy dowiaduje się, jak dogłębnie i chyrze zaplanował sobie Gen największą "kradzież" w swojej złodziejskiej karierze. Osobiście uwielbiam być świadkiem poczynań inteligentnych, szczwanych lisów, zwłaszcza gdy przez większość czasu zakładają maskę kogoś, kim zupełnie nie są, dzięki czemu udaje im się oszukać wszystkich naokoło. Uwielbiam również obserwować reakcję i szok innych bohaterów na odkrycie prawdziwej natury tych postaci. W książce o królu Attolii mamy takich momentów sporo i nie raz zdarzyło mi się złośliwie uśmiechnąć, widząc, jak świat przewraca się do góry nogami temu czy innemu członkowi dworu królewskiego. A choć tym razem skala wydarzeń opisanych w książce jest mniejsza, bo ogranicza się właściwie do stolicy Attolii, intryg politycznych nie brakuje, a nawet zdają się być bardziej skomplikowane. Na szczęście Eugenides do przywołanych wcześniej szczwanych lisów należy i nie tak łatwo go pokonać i zniszczyć.

   Tak jak napisałam wcześniej, styl pani Turner ulega w tych dwóch książkach całkowitej przemianie w stosunku do pierwszej części cyklu, przez co zmienia się również wiek docelowej grupy czytelników. O ile "The Thief" to książka dla nieco starszych dzieci i młodszej młodzieży, o tyle niektóre z tematów poruszanych w kolejnych częściach serii (jak chociażby wojna, tortury, depresja) bardziej odpowiednie są dla starszej młodzieży, a i dorośli poczują się usatysfakcjonowani.

   Minusy? Niektórzy mogą mieć problem z powolnym bądź co bądź rozwojem akcji, innym może przeszkadzać skupienie się na wewnętrznych przeżyciach bohaterów i relacjach między nimi kosztem opisów bitew czy strategii wojennych. Dla mnie jedynym zgrzytem była broń palna, która średnio pasowała mi do stworzonego przez panią Turner świata. Na szczęście pojawiała się ona rzadko i przez większą część książek nie pamiętałam o jej istnieniu.

   Na zakończenie dodam, że mimo iż książek o Królowej i Królu Attolii nie wypełniają spektakularne bitwy, trup nie ściele się gęsto, a magii właściwie nie ma (elementy nadnaturalne ograniczają się do sporadycznych wizyt bogów), czytałam je z wypiekami na twarzy, kibicując Eugenidesowi z całych sił. Dawno nie spotkałam bowiem na kartach książki fantastycznej złodzieja, któremu udało się skraść moje serce, jak udało się to Złodziejowi Królowej.


tytuł: The Queen of Attolia
autor: Megan Whalen Turner
cykl: Queen's Thief
wydawnictwo: Greenwillow Books
ilość stron: 368


ocena: ★★★★☆







tytuł: The King of Attolia

autor: Megan Whalen Turner
cykl: Queen's Thief
wydawnictwo: Greenwillow Books
ilość stron: 387


ocena: ★★★★☆ 1/2

piątek, 5 stycznia 2018

Czytelnicze postanowienia noworoczne ☆ミ

   Postanowienia noworoczne to coś, czego nigdy do tej pory nie robiłam, ani w sferze czytelniczej, ani w życiu prywatnym. Przyznaję, głównym powodem był zawsze brak wiary, że uda mi się w stu procentach wypełnić to, co sobie założyłam. A jeśli nie w stu procentach, to po co się męczyć?

   Założenie bloga stało się swego rodzaju wyzwaniem i zarazem punktem wyjścia w dążeniu do zróżnicowania mojego życia czytelniczego. Po raz pierwszy udało mi się w miarę regularnie pisać recenzje przeczytanych książek. Po raz pierwszy zaczęłam również sięgać po gatunki, które do tej pory nie stanowiły nawet dziesiątej części moich lektur. Zauważyłam również wzrost ilości przeczytanych książek w językach innych niż polski. I cóż, podoba mi się to, że czytelniczo się rozwijam, że odkrywam pozycje inne niż moja ukochana fantastyka! Stąd właśnie wyzwania noworoczne, z tej chęci dalszego rozwoju, z potrzeby postawienia sobie poprzeczki wyżej, z czystej ciekawości, czy będę w stanie wykonać choć część planu.

   Postanowienia noworoczne dotyczą zarówno książek, jak i tego bloga, od tak, żeby od razu zacząć z grubej rury. Przejdźmy do tych pierwszych.

  • Przejrzałam listę przeczytanych w zeszłym roku książek i nie znalazłam na niej ani jednej pozycji z klasyki literatury. Nigdy mi to specjalnie nie przeszkadzało, zawsze skupiałam się na czytaniu tego, co lubię, ale ostatnio zaczęłam dochodzić do wniosku, że warto by zapoznać się z największymi dziełami literackimi, chociażby po to, żeby móc w 2019 roku stwierdzić, że nie ma się co zmuszać do ich czytania tylko dlatego, że okrzyknięte są wielkimi i wspaniałymi. Pomoże mi w tym cudowna Kirima z jej wyzwaniem czytelniczym "Poczytajmy klasykę!" Wyzwanie ma dwie osobne kategorie: pierwsza z nich dotyczy szeroko pojętej klasyki, nie ograniczającej się do żadnego konkretnego gatunku, druga natomiast zawężona jest do klasyki literatury fantastycznej, a ponieważ nie lubię robić rzeczy połowicznie, spróbuję z oboma wyzwaniami. Można wybrać opcję comiesięczną i kwartalną, ja zdecydowałam się na tę drugą ze względu na nieregularny rodzaj mojej pracy i niemożność stwierdzenia, ile czasu w danym miesiącu będę miała na czytanie.

  • Kolejne postanowienie to czytanie przynajmniej jednej książki polskiego autora w miesiącu. Wierzę, że mamy na naszym polskim poletku literackim wielu wspaniałych twórców tudzież ciekawych opowieści. Liczę tu zwłaszcza na szeroko pojętą fantastykę, której sporo ostatnimi czasy widziałam na blogach innych recenzentów.
  • Ostatnie stricte książkowe postanowieniem związane jest z prezentem od koleżanki z Estonii, o którym wspomniałam we wpisie dotyczącym świątecznego book haulu. Dostałam od niej dwie pozycje w języku japońskim i niech mnie piorun strzeli, jeśli ich nie przeczytam w tym roku! Same mangi pomagają mi w odświeżaniu języka, ale nie pomogą w zapamiętywaniu znaków i rozwijaniu konstrukcji gramatycznych, dlatego czas wypłynąć na głębszą japońską wodę i zmierzyć się z językiem w wydaniu książkowym.
   Jeśli chodzi o postanowienia blogowe, to jest ich tyle samo, ile książkowych. Oto one.
  • Chciałabym pisać bardziej regularnie. To moja największa bolączka, spowodowana w dużej mierze nieregularnością mojej pracy. Często zalegam przez nią z recenzjami, których w końcu nie piszę, bo minęło sporo czasu od momentu przeczytania książki. Spróbuję sobie poradzić z tym w ten sposób, że każdego miesiąca parę dni wolnych poświęcę pisaniu recenzji w oparciu o notatki, które ostatnio zaczęłam podczas czytania robić, a następnie zamieszczać je będę stopniowo, może dwa razy w tygodniu? Zobaczymy, jak będzie to wyglądało w praktyce.
  • Choć od założenia Chmurzastego Zaczytania minęło ponad pół roku, nie pojawiło się na nim ani jedno miesięczne podsumowanie, czy to przeczytanych książek, czy zamieszczonych wpisów. Tak, wiem, nie jest to coś, co na blogu musi się pojawić, ale ja osobiście bardzo lubię czytać tego typu podsumowania u innych, więc dlaczego by nie spróbować także tutaj?
  • Planuję zamieszczać co jakiś czas wpisy poświęcone sprawom nie tylko książkowym. Pod koniec 2017 roku pojawiła się tu recenzja najnowszej części Gwiezdnych Wojen i choć do kina nie chodzę aż tak często, chciałabym podzielić się swoimi przemyśleniami na temat filmów, które zrobiły na mnie wrażenie, zarówno pozytywne, jak i negatywne. Chciałabym również od czasu do czasu zamieścić na blogu zdjęcia, które niekiedy pojawiają się na moim (nieksiążkowym) instagramie, najczęściej jednak siedzą na dysku komputera, ukryte przed wzrokiem innych, a szkoda, bo niektóre miejsca warte są tego, by je podziwiać. 
  • Z każdym kolejnym book haulem powiększa się moja lista do przeczytania. Ponieważ trzeba coś z tym zrobić, postanowiłam, że w każdym miesiącu przeczytam przynajmniej jedną czwartą pozycji z poprzedniego book haula. Przykładowo w grudniu przyszło do mnie 12 książek, w styczniu chciałabym więc przeczytać co najmniej 3 z nich. W ten sposób stos TBR nadal będzie duży, ale już nie ogromny.

   Co sądzicie o moich postanowieniach? Ciekawi mnie Wasza opinia na temat zwłaszcza tych blogowych, ale i o czytelniczych z chęcią poczytam. Jak tam Wasze postanowienia, macie takowe? Dajcie znać, z chęcią przekonam się, jak planujecie swój nowy rok.

czwartek, 4 stycznia 2018

Uważajcie na bibliotekarzy! - Brandon Sanderson "Alcatraz kontra bibliotekarze. #1 Piasek Raszida"

   Ekhem. Porozmawiajmy o mojej obsesji Brandonem Sandersonem. Ostatnie dwa miesiące minionego roku minęły mi pod znakiem Archiwum Burzowego Światła i ktoś mógłby powiedzieć, że po przeczytaniu trzech ogromnych cegieł, jakimi są tomiszcza tworzące ten cykl, powinnam mieć dosyć Sandersona na najbliższe pół roku albo i więcej. Okazuje się jednak, że wystarczyło pójść do księgarni bez konkretnego zakupowego planu, bym wyszła z kolejną książką tego autora, którą zresztą natychmiast przeczytałam.

   "Alcatraz kontra bibliotekarze. #1 Piasek Raszida" to pierwszy tom serii, która stanowiła dla mnie sporą zagadkę. Wiedziałam, że jest przeznaczona dla młodszych czytelników, wiedziałam również, że i wśród niektórych starszych czytelników cieszy się dobrą opinią. I tyle. Brandon Sanderson kojarzy się większości z nas z ogromnymi, skomplikowanymi księgami adult fantasy i tam tak naprawdę rozwija skrzydła. Cykl młodzieżowy o Mścicielach, choć nie najgorszy, zupełnie w moim przekonaniu nie równa się nawet z takim choćby "Elantris", nie mówiąc o reszcie książek Sandersona. Dlatego też opowieść o Alcatrazie była wielką niewiadomą, no bo jak komuś, kto stanowczo lepiej czuje "dorosłą" literaturę może wyjść książka dla naprawdę młodego czytelnika?

   Okazuje się, że może, i to dobrze. "Alcatraz kontra bibliotekarze" opowiada historię Alcatraza, chłopca o niezwykłym, więziennym imieniu, który ma wyjątkowy, niespotykany wręcz talent do psucia rzeczy. Nie mówimy o zepsuciu komputera czy roweru, o nie. Alcatraz dosłownie nie może dotknąć rzeczy, by nie spowodować jej rozpadnięcia, odpadnięcia (wszystkie możliwe klamki nie są przed nim bezpieczne), spalenia, itd. Z tego też powodu w żadnej rodzinie zastępczej nie zagrzewa miejsca na dłużej, bo też nikt nie jest w stanie na dłuższą metę znieść tej chodzącej katastrofy. W dniu trzynastych urodzin nasz bohater otrzymuje paczuszkę z woreczkiem piasku i od tego momentu jego życie przybiera nader niespodziewany kierunek. Dziwny dziadek, dziewczyna z mieczem w torebce, mroczne biblioteki i dużo, naprawdę dużo soczewek - to wszystko staje na drodze chłopca, który odkrywa, że jego nieszczęsny "talent" tak naprawdę jest Talentem przez duże T i stanowi najmniejszy z jego problemów.

   Przyznaję, że nie wiedziałam, czego się spodziewać po tej książce, ale Sanderson jak zwykle mnie nie zawiódł.

   Po pierwsze konstrukcja świata: niby opowieść rozgrywa się w naszej obecnej rzeczywistości, ale wraz z kolejnymi stronami przekonujemy się, że tak naprawdę wszystkie informacje o świecie, jakie mamy, są kłamstwami wymyślanymi przez Bibliotekarzy, a rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej, niż nam się wydaje.

   Po drugie humor: niby wiedziałam, że Sanderson potrafi być dowcipny i zabawny, ale w tej książce cięty, ironiczny humor powodował, że co rusz wybuchałam śmiechem. "Alcatraz..." pisany jest pierwszoosobowo z perspektywy głównego bohatera. Jego sarkastyczny sposób myślenia wydaje się niekiedy zbyt dorosły, jak na trzynastolatka, ale należy pamiętać o tym, że książka jest wspomnieniami starszego już Alcatraza (piszącego pod pseudonimem Brandona Sandersona, żeby wszystko było jasne), który przedstawia nam początki swoich młodzieńczych przygód.

   Po trzecie postaci: sam Alcatraz stara się przekonać nas, że jest postacią samolubną, niesympatyczną i głupią, co zupełnie mu nie wychodzi (tak sympatycznego i mało denerwującego trzynastolatka już dawno nie spotkałam na kartach książki), Dziadek Smedry jest kochanym, spóźnialskim staruszkiem z bystrym umysłem, Bastylia kopie tyłki, nie przestając narzekać, a Sing i Quentin to para kuzynów Alcatraza z najbardziej pokręconymi talentami ze wszystkich (kudos dla każdego, kto wymyśli talent dziwniejszy niż potykanie się i przewracanie na ziemię tudzież talent do mówienia rzeczy niemających najmniejszego sensu). Nie sposób tej bandy dziwolągów nie polubić i nie kibicować ich poczynaniom.

   Brandon Sanderson napisał książkę dla młodszej młodzieży z fabułą na pierwszy rzut oka dosyć banalną i typową, która jednak dzięki stylowi autora, jego pokręconym pomysłom i ironicznemu humorowi ma w sobie coś więcej, niż można by się spodziewać. Sanderson przemyca sporo spostrzeżeń na temat dorastania, społeczeństwa, popkultury, a nawet filozofii (bo i Platon ze swoją jaskinią się tu pojawi, czemu nie), a wszystko to okraszone jest dużą dozą sarkazmu i ciętego dowcipu. Cieszę się, że od tej pozycji zaczęłam czytelniczy nowy rok, bo nie ma lepszego początku od takiego wypełnionego dobrą lekturą i śmiechem.

   "Piasek Raszida" to dopiero wstęp do przygód Alcatraza i jego przyjaciół, który zaledwie uchyla rąbka tajemnicy świata Ciszlandów i Wolnych Królestw. Jak potoczą się dalsze losy bohaterów, czy Alcatraz odnajdzie ojca, czy zapanuje w pełni nad swoim talentem? Na szczęście dwa kolejne tomy cyklu są w sprzedaży, więc przekonać się będę mogła już wkrótce.



autor: Brandon Sanderson (pseudonim literacki Alcatraza Smedry'ego)
tytuł: Alcatraz kontra bibliotekarze. #1 Piasek Raszida
cykl: Alcatraz kontra bibliotekarze
wydawnictwo: IUVI
ilość stron: 312


ocena: ★★★★☆

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Świąteczny book haul - grudzień 2017 ☆ミ

   Ostatni book haul minionego już roku nazwany został świątecznym (choć żadnej z tych książek nie otrzymałam w prezencie gwiazdkowym), ponieważ większość pozycji kupiłam w okresie około świątecznym, a poza tym ładnie to brzmi.

   Pod względem ilościowym przyznaję, popłynęłam, po dwóch kiepskich zakupowo miesiącach tym razem postanowiłam iść na całość, szastając pieniędzmi a to w komiksiarni, a to w Świecie Książki. Jak już nikt nie chce mi zrobić prezentu, to muszę zadbać o nie sama, prawda? 😉

   Na moich półkach pojawiło się w ostatnim miesiącu roku dwanaście nowych pozycji, z których tylko dwie otrzymałam od koleżanki, a resztę nabyłam sama. Statystyki wyglądają następująco:

  • trzy pozycje japońskojęzyczne, z których jedna to manga, jedna jest magazynem o muzykach, a ostatnia to młodzieżówka,
  • jedna pozycja anglojęzyczna, choć autorstwa pisarza japońskiego,
  • cztery pozycje wydane w Polsce, w tym dwie książki dla młodszych czytelników,
  • cztery komiksy, zdobyte w wyprzedaży komiksiarni przy stacji metra Natolin.

   Zacznijmy od pozycji japońskich, bo to one jako pierwsze w tym miesiącu cieszyły moje oko. Na samym początku grudnia w sprzedaży pojawił się najnowszy, 29-ty tomik "Haikyuu!", który oczywiście natychmiast wpadł w moje ręce. Parę dni później poczta polska poinformowała mnie o przesyłce do odebrania. Nie spodziewałam się żadnego listu ani paczki, tym większe więc były moje zaskoczenie i radość, gdy okazało się, że koleżanka z Estonii, z którą znamy się od czasów stypendium w Tokio, wysłała mi dwie książki! Pierwszą z nich jest magazyn muzyczny Rock and Read, składający się przede wszystkim z długich wywiadów przeprowadzonych z japońskimi muzykami. Drugą z nich jest "Nobuta wo Produce" autorstwa Gena Shiraiwa, książka opowiadająca o dwójce uczniów japońskiego liceum, którzy postanawiają zamienić swoją zahukaną i nieśmiałą koleżankę w najpopularniejszą dziewczynę w szkole. Na podstawie tej opowieści powstała drama telewizyjna, którą bardzo lubiłam, a którą z czystym sumieniem mogę polecić wszystkim tym, którzy lubią historie dziejące się w liceum. "Nobuta..." stanowi również jedno z moich wyzwań noworocznych, o których więcej napiszę w osobnym poście.



   Jedyną w tym miesiącu pozycją anglojęzyczną jest przewrotnie książka autorstwa japońskiego pisarza Akutagawy Ryūnosuke, na dodatek kupiona w Japonii. Muszę się w tym miejscu do czegoś przyznać - za czasów studenckich nie znosiłam czytać japońskiej klasyki, bo była dla mnie nudna, udziwniona i po prostu nie do przejścia. Teraz jednak mam ochotę sięgnąć po dzieła znanych Japończyków, by przekonać się, czy rzeczywiście jest to literatura nie dla mnie, czy po prostu, jak to z klasyką wymaganą w procesie uczenia często jest, utwory wybrane przez wykładowców nie należały do najciekawszych, a jedynie najbardziej znanych. W każdym razie tytuł "Japanese Short Stories" zachęca mnie już samym słowem short. Nawiasem mówiąc, kupowanie książek w Japonii to sama przyjemność! Podchodzę do kasy, kładę Akutagawę na ladzie, a pani sprzedawczyni pyta mnie, czy chciałabym, żeby go oprawiła. Bez żadnych dodatkowych opłat, po prostu po to, żeby się nie zniszczyła. Ach, ta Japonia...


   Pora przejść do komiksów. Dawno już nie zdarzyło mi się kupić jednego nawet komiksu, a tu proszę, wyszłam z komiksiarni z czterema! Wielka szkoda, że sklep będzie działał tylko do 10-go stycznia, bo dopiero go odkryłam. Za to wszystkie komiksy przecenione były o 30%, dzięki czemu mogłam sobie pozwolić na zakup wielkich tomiszczy z minimalnym tylko poczuciem winy. Pan komiksiarz był niezwykle pomocny w wybieraniu pozycji, bo weszłam do sklepu z zamiarem zakupów, tylko bez planu, co bym chciała zdobyć. Zgodnie z jego rekomendacjami wybrałam dwa komiksy z gatunku kryminalno-sensacyjnego: "Blacksad" utrzymany w klimacie filmu noir, gdzie bohaterem jest czarny kot, będący prywatnym detektywem (kot! musiałam to mieć), oraz "Velvet", szpiegowska seria w stylu Bonda, gdyby Bond był kobietą. Ponadto skusiłam się na "Daredevil Żółty", bo lubię opowieści o tym bardzo swojskim superbohaterze, a ponadto spodobała mi się kreska. Kupiłam również ogromną, ciężką cegłę, jaką jest "Ekspedycja: bogowie z kosmosu". Z tym ostatnim komiksem wiąże się krótka anegdota. Poprosiłam mianowicie pana komiksiarza o rekomendację jakiejś opowieści s-f, i dostałam w łapy tę potężną pozycję, po otworzeniu której wydałam z siebie okrzyk radości. Okazało się bowiem, że część zeszytów z tej serii czytałam jeszcze za czasów podstawówki i zupełnie o tym zapomniałam, ale wystarczył rzut oka na rysunki, bym sobie przypomniała. Już się cieszę na powrót do dzieciństwa (choć treść bynajmniej dla dzieci nie jest odpowiednia w tym starym, ale jarym s-f).


   Ostatnimi zdobyczami grudniowymi są książki znalezione w Świecie Książki, do którego wybrałam się z Mamą, szczęśliwą posiadaczką karty stałego klienta. Nie miałam żadnych konkretnych tytułów na myśli i obawiam się, że widać to w doborze pozycji. Na pierwszy ogień poszedł Brandon Sanderson. Tak, wiem, jestem monotematyczna. Na swoją obronę mam to, że do serii "Alcatraz kontra Bibliotekarze" przekonały mnie pozytywne opinie na wielu blogach, a także ciekawość, jak też sandersonowość wygląda w wydaniu dziecięcym. Dziś zabieram się za czytanie, recenzja już wkrótce.


   Kolejną pozycją dla młodszego czytelnika (czy aby na pewno?) jest Terry Pratchett i jego "Świat kupek". Pratchetta uwielbiam, podobnie jak Sama Vimesa i całą jego rodzinę, wychodzę więc z założenia, że ulubiona książka młodego Sama musi być fascynującą lekturą. A że o kupkach? Tym lepiej i ciekawiej!


   Przeskakuję teraz z fantastyki dziecięcej do poważnej fantasy dla dojrzałych czytelników. Gdyby ktoś mnie zapytał, jakie są moje ulubione cykle fantasy, to oprócz Sandersona i Tolkiena musiałabym wymienić również Tada Williamsa z jego cyklem "Pamięć, smutek i cierń". Ależ ja uwielbiałam te książki! Ciekawy świat, bohaterowie na stałe goszczący w moim sercu, starożytna magia i nadchodzący Ineluki, to wszystko w wielotomowym dziele, czy można chcieć więcej? Straciłam nadzieję, że kiedykolwiek dane będzie mi powrócić do tego świata, dlatego tym bardziej zachwycona byłam, kiedy wzrok mój padł na "Serce świata utraconego", w którym ponownie spotkamy niektóre ze znanych nam postaci, jak choćby księcia Isgrimnura, i dowiemy się, co działo się w Osten Ard po pokonaniu Inelukiego. Williams sprawił mi tym sposobem jedną z najsympatyczniejszych niespodzianek tamtego roku. Drodzy Odwiedzający, jeśli nie znanie tego cyklu, przeczytajcie koniecznie, myślę, że nie będziecie żałować.


   Ostatnią z książek kupionych w Świecie Książki, po którą sięgnęłam będąc niemal przy wyjściu ze sklepu, jest "Język cierni" Leigh Bardugo. "Szóstka wron" jej autorstwa przypadła mi do gustu, "Królestwo kanciarzy" nadal przede mną, natomiast "Język cierni" to, przyznaję bez bicia, zakup wybitnie okładkowy. Całe zresztą wydanie jest przepiękne, z cudownymi ilustracjami na każdej stronie. Czytałam także pochlebne opinie o zawartości nieobrazkowej, przeczytamy zobaczymy.



   Dziś Nowy Rok, początek nowego czytelniczego rozdziału w moim życiu, w który wchodzę z całkiem różnorodnymi pozycjami, mając nadzieję, że cały rok 2018 będzie równie zróżnicowany, i równie bogaty, jak ten grudniowy book haul. Czego i Wam, drodzy Odwiedzający życzę 💖