Jakiś czas temu rozpływałam się w zadziwieniu i zachwytach nad książką Anny Kańtoch "Tajemnica Diabelskiego Kręgu" jako powieścią przeznaczoną dla młodszych czytelników, a jednak tak bardzo trafiającą w moje starcze serducho. Niedługo po tamtej opowieści do rąk trafiła mi kolejna z pozycji literatury dziecięco-młodzieżowej, która również zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie i utwierdziła w przekonaniu, że fakt przekroczenia co najmniej dwukrotnie wieku docelowego odbiorcy tych książek zupełnie nie przeszkadza w dobrej przy nich zabawie. Należy tylko odnaleźć w sobie dziecko i otwiera się przed nami świat, z którym wydawałoby się już dawno się pożegnaliśmy.
"City of Ghosts" Victorii Schwab to w jej dorobku pierwsza z książek, którą w angielskiej terminologii określa się mianem middle grade, czyli literatury dla dzieci i młodszej młodzieży. Opowiada ona historię Cass, która od czasów wypadku, w którym niemal utonęła (czy aby na pewno niemal?), widzi duchy. Co więcej, jej najlepszym przyjacielem jest Jacob, duch chłopca, który uratował Cass od śmierci. Rodzice dziewczynki to para paranormalnych zapaleńców, którzy znani są z publikacji książek o duchach, nawiedzeniach, itp. Pewnego dnia dostają oni propozycję nakręcenia telewizyjnego show związanego oczywiście z duchami, a gdzie lepiej kręcić taki show, jak nie w Szkocji, przepełnionej historią, mrocznymi legendami i nawiedzonymi zamkami? Cass wyrusza więc z Jacobem do Edynburga, gdzie spotyka tajemniczą Larę, która odkrywa przed nią świat za Zasłoną i misję, jaką Cass ma do wykonania. Nie będzie łatwo, bo w mieście czai się wiele niebezpieczeństw z Czerwoną Kruczycą na czele.
Wspomniałam na początku wpisu o książce Anny Kańtoch, która zachwyciła mnie między innymi mroczną atmosferą, całkowicie niespodziewaną w książce dla dzieci. Także pani Schwab porusza tematykę mało "dziecięcą", bo mamy tutaj i duchy, i mroczne zaułki zaświatów, i przerażające zjawy. W przeciwieństwie jednak do książki naszej rodzimej pisarki, opowieść Victorii Schwab jest lżejsza, nastawiona raczej na szybką akcję i humor. Nie znaczy to jednak, że jest przez to gorsza. Wręcz przeciwnie, historia Cass, a raczej sposób jej opowiedzenia kojarzył mi się trochę z lekturami dzieciństwa, takimi jak "Wielka, większa i największa" Jerzego Broszkiewicza czy "Wakacje z duchami" Adama Bahdaja. Mamy tu dziwne wydarzenia, mamy przyjaźń przekraczającą barierę życia i śmierci, mamy wreszcie młodych ludzi, którzy widzą więcej niż dorośli i którzy przeżywają niezwykłe przygody.
Victoria Schwab na swoim Instagramie dzieliła się z wielbicielami jej twórczości obawami związanymi z zapuszczeniem się na do tej pory dla niej nieznane wody literatury dziecięcej. Bo choć wydawałoby się, że literaturę middle grade dzieli od YA niewiele, to jednak sposób prowadzenia akcji, a także zachowanie bohaterów są wyraźnie inne. Na szczęście spieszę donieść, że autorka wywiązała się z zadania znakomicie. Cass jest bardzo sympatyczną dziewczynką, inteligentną, ale jednak od czasu do czasu dziecinną, podobnie jak jej duchowy towarzysz Jacob. Lara to taka trochę Hermiona z pierwszej części przygód Harry'ego Pottera. Duży plus należy się pisarce również za postaci dorosłych, bo tacy chociażby rodzice Cass są rozkosznie zakręceni, a przy tym widać, że kochają córkę całym sercem. Świetnie wreszcie wykreowana jest postać głównej antagonistki, mrocznej zjawy Czerwonej Kruczycy, która przyprawia o ciarki za każdym razem, gdy rozlega się jej hipnotyzujący śpiew.
Na plus zaliczyć również należy sam pomysł na Zasłonę oddzielającą nasz świat od świata duchów, na rolę luster i innych szklanych obiektów, a także na samą misję, którą do wykonania mają ludzie tacy jak Cass i Lara. Podwaliny pod kolejne części cyklu zostały położone i teraz pozostaje tylko czekać, aż Victoria Schwab znajdzie czas na ukończenie drugiego tomu, nad którym prace podobno już wrą.
Wszystkim tym, którzy nie sięgają do książek w oryginale angielskim, bo nie pokładają ufności w swoich umiejętnościach językowych, mogę z czystym sumieniem polecić "City of Ghosts", bo język jest dostosowany do młodszego czytelnika i nie powinien sprawić większej trudności nawet tym, którzy po angielsku jeszcze nie mieli okazji czytać. A warto, bo czeka Was ciekawa przygoda w stylu, który znacie z lektur z czasów dzieciństwa.
tytuł: City of Ghosts
cykl: Cassidy Blake (tom 1)
autor: Victoria Schwab
wydawnictwo: Scholastic
liczba stron: 289
ocena: ★★★☆☆ 1/2
środa, 5 września 2018
Steampunk w wydaniu japońskim? Piszę się na to! - Jay Kristoff "Tancerze burzy"
Samuraje, gejsze, wędrówki wzdłuż wybrzeży wysp japońskich czy święta góra Fuji - przez długi czas studiów japonistycznych była to moja codzienność. Razem z językiem poznawałam kulturę i historię tego fascynującego, choć niekiedy ciężkiego do ogarnięcia zachodnim umysłem kraju. Studia już dawno za mną, ale miłość do wielu rzeczy z Kraju Wschodzącego Słońca pozostała (jedzenie! karaoke! porządek!), dlatego gdy dowiedziałam się, że znany mi skądinąd pisarz fantastyki zabrał się za stworzenie świata mocno inspirowanego Japonią, wiedziałam, że muszę po jego książkę sięgnąć. Tak oto rozpoczęła się moja przygoda z cyklem o wojnie lotosowej Jaya Kristoffa.
"Tancerze burzy" to pierwszy tom trzyczęściowego cyklu fantasy, który łączy elementy inspirowane kulturą japońską ze steampunkiem, mamy tu bowiem do czynienia z mechanicznymi zbrojami, statkami powietrznymi i koleją, a wszystko to napędzane jest paliwem pozyskiwanym z kwiatu lotosu. Świat Shimy poznajemy oczyma szesnastoletniej Yukiko, należącej do jednego z najważniejszych klanów krainy - klanu Kitsune, czyli lisa. Dziewczyna nie ma łatwego życia, z ojcem uzależnionym od lotosowych używek i głęboko skrywaną tajemnicą, która może ją kosztować utratę życia, gdyby ktoś się o niej dowiedział. Pewnego razu Yukiko razem z ojcem, który jest głównym łowczym imperium, wysłana zostaje na, zdawało by się, z góry skazaną na niepowodzenie wyprawę w celu schwytania i przywiezienia dla szoguna mitycznej istoty - znanego już tylko z legend tygrysa gromu. Ostatni arashitora zginął dawno temu razem z resztą yōkai, mitycznych istot zasiedlających niegdyś Shimę, kiedy jeszcze była ona zielona i czysta, nie znająca trucizny lotosu. Okazuje się jednak, że nie wszystkie legendy są tylko baśniami, opowiadanymi przy wieczornym posiłku, a arashitora to nie jedyne stworzenie, które na swojej drodze napotka Yukiko.
Tym, co najbardziej urzekło mnie w książce Kristoffa jest świat powstały w jego wyobraźni i cudownie przez pisarza przedstawiony na kartach opowieści. Te napędzane lotosowym paliwem zbroje, te gogle, które muszą nosić mieszkańcy Shimy, by nie oślepnąć od promieni słońca, przebijających się przez zadymione niebo, te maski oczyszczające powietrze, na które stać tylko najbogatszych arystokratów! Wszystko opisane jest tak plastycznie i szczegółowo, że natychmiast krystalizowało się w mojej wyobraźni. Wielokrotnie podczas czytania żałowałam, że rysowniczka ze mnie jak z koziej pupy trąba i nie jestem w stanie przelać na papier wizji, jaką roztaczał przede mną autor.
Udało się panu Kristoffowi stworzyć nie tylko wciągający świat, ale również interesujących bohaterów. Główna bohaterka ma szesnaście lat i choć od czasu do czasu zachowuje się jak rozwydrzona nastolatka, wraz z rozwojem wydarzeń dojrzewa i pokazuje wewnętrzną siłę i pomysłowość. Dla mnie to właśnie Yukiko sprawiła, że zależało mi na losach nie tylko jej, ale i pozostałych bohaterów opowieści, czego nigdy bym się nie spodziewała, biorąc pod uwagę, jak często nastoletnie bohaterki doprowadzają mnie do szewskiej pasji. Polubiłam również Kina, z jego wewnętrznymi rozterkami, a także ojca dziewczyny, którego wraz z odsłonięciem kolejnych warstw historii klanu lisa coraz bardziej było mi żal. Nie można wreszcie nie wspomnieć o tygrysie gromu, którego Yukiko nazwała Buruu, a który odgrywa coraz większą rolę, im dalej w opowieść.
Mówiąc o Buruu nie sposób również pominąć interesującego miszmaszu prawdziwych legend i wierzeń japońskich, który tworzy duchowy świat Shimy, poczynając od bóstw Izanagi i Izanami, a na demonach oni i innych yōkai kończąc. Jay Kristoff odrobił pod tym względem pracę domową na piątkę z plusem.
Zawsze jest jednak jakieś ale. Trudno mi powiedzieć, na ile odnosi się ono do samego autora, a na ile spowodowane jest przekładem. Chodzi mi o trzy elementy, które sprawiały, że moją japonistyczną duszę skręcało z rozpaczy. Po pierwsze sufiksy honoryfikatywne. O ile autor używał ich całkiem poprawnie w większości przypadków (choć -chan do Yukiko czasami pasowało jak pięść do oka, już prędzej -kun lub -san, ale niech będzie, dziewczyna to i -chan może być), o tyle są to przyrostki, więc jako takie nie mogą występować samodzielnie, dlatego każde sama pojawiające się osobno na określenie osoby sprawiało, że oczy mi krwawiły. Po drugie gest przykrywania pięści dłonią w geście powitania. Jeśli już inspirujemy się Japonią, to zostańmy przy ukłonach! Po trzecie (i tutaj to kwestia przekładu na język polski) odmiana słowa arashitora. Wiem, czepiam się, ale w języku japońskim rzeczowniki i nazwy własne są nieodmienne. Spolszczone japońskie słowa, takie jak gejsza czy samuraj? Proszę bardzo, odmieniajmy na wszystkie możliwe sposoby, ale już np. ze słowem ninja tak nie robimy. Widział ktoś kiedyś "tych ninjów"? Raczej nie, prawda? Gdy więc zobaczyłam "tych arashitor", to miałam ochotę rzucić Kindlem w ścianę. Jak można!
Pomijając zarzuty z poprzedniego akapitu, "Tancerze burzy" to świetna opowieść dla wszystkich lubiących klimaty japońskie i steampunkowe oraz dla wielbicieli szybkiej akcji i ciekawych, zadziornych bohaterów. Równocześnie, co szczerze mnie zaskoczyło, jest to opowieść poruszająca temat środowiska i szkód, jakie czyni w nim człowiek. Świat Shimy jest bowiem przesiąknięty smrodem lotosowego dymu i zniszczenie, jakie go z powodu rośliny ogarnia to jeden z głównych motywów, z którym przyjdzie mierzyć się bohaterom opowieści.
Podsumowując, jestem bardzo zadowolona, że wreszcie udało mi się sięgnąć po książkę pana Kristoffa i jak najszybciej chciałabym kontynuować przygodę z młodą tancerką burzy i jej tygrysio-orlim przyjacielem. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z tą opowieścią, nie wahajcie się dłużej, bo warto.
P.S. Swoją drogą, dlaczego w tytule polskim zrobiło się mnogo od tancerzy, skoro opowieść jest o jednej, na co zresztą wskazuje tytuł oryginalny? Niezbadane są ścieżki myślowe tłumaczy.
tytuł: Tancerze burzy
tytuł oryginału: Stormdancer
cykl: Wojna lotosowa (tom 1)
autor: Jay Kristoff
wydawnictwo: Uroboros
liczba stron: 480
ocena: ★★★★☆
"Tancerze burzy" to pierwszy tom trzyczęściowego cyklu fantasy, który łączy elementy inspirowane kulturą japońską ze steampunkiem, mamy tu bowiem do czynienia z mechanicznymi zbrojami, statkami powietrznymi i koleją, a wszystko to napędzane jest paliwem pozyskiwanym z kwiatu lotosu. Świat Shimy poznajemy oczyma szesnastoletniej Yukiko, należącej do jednego z najważniejszych klanów krainy - klanu Kitsune, czyli lisa. Dziewczyna nie ma łatwego życia, z ojcem uzależnionym od lotosowych używek i głęboko skrywaną tajemnicą, która może ją kosztować utratę życia, gdyby ktoś się o niej dowiedział. Pewnego razu Yukiko razem z ojcem, który jest głównym łowczym imperium, wysłana zostaje na, zdawało by się, z góry skazaną na niepowodzenie wyprawę w celu schwytania i przywiezienia dla szoguna mitycznej istoty - znanego już tylko z legend tygrysa gromu. Ostatni arashitora zginął dawno temu razem z resztą yōkai, mitycznych istot zasiedlających niegdyś Shimę, kiedy jeszcze była ona zielona i czysta, nie znająca trucizny lotosu. Okazuje się jednak, że nie wszystkie legendy są tylko baśniami, opowiadanymi przy wieczornym posiłku, a arashitora to nie jedyne stworzenie, które na swojej drodze napotka Yukiko.
Tym, co najbardziej urzekło mnie w książce Kristoffa jest świat powstały w jego wyobraźni i cudownie przez pisarza przedstawiony na kartach opowieści. Te napędzane lotosowym paliwem zbroje, te gogle, które muszą nosić mieszkańcy Shimy, by nie oślepnąć od promieni słońca, przebijających się przez zadymione niebo, te maski oczyszczające powietrze, na które stać tylko najbogatszych arystokratów! Wszystko opisane jest tak plastycznie i szczegółowo, że natychmiast krystalizowało się w mojej wyobraźni. Wielokrotnie podczas czytania żałowałam, że rysowniczka ze mnie jak z koziej pupy trąba i nie jestem w stanie przelać na papier wizji, jaką roztaczał przede mną autor.
Udało się panu Kristoffowi stworzyć nie tylko wciągający świat, ale również interesujących bohaterów. Główna bohaterka ma szesnaście lat i choć od czasu do czasu zachowuje się jak rozwydrzona nastolatka, wraz z rozwojem wydarzeń dojrzewa i pokazuje wewnętrzną siłę i pomysłowość. Dla mnie to właśnie Yukiko sprawiła, że zależało mi na losach nie tylko jej, ale i pozostałych bohaterów opowieści, czego nigdy bym się nie spodziewała, biorąc pod uwagę, jak często nastoletnie bohaterki doprowadzają mnie do szewskiej pasji. Polubiłam również Kina, z jego wewnętrznymi rozterkami, a także ojca dziewczyny, którego wraz z odsłonięciem kolejnych warstw historii klanu lisa coraz bardziej było mi żal. Nie można wreszcie nie wspomnieć o tygrysie gromu, którego Yukiko nazwała Buruu, a który odgrywa coraz większą rolę, im dalej w opowieść.
Mówiąc o Buruu nie sposób również pominąć interesującego miszmaszu prawdziwych legend i wierzeń japońskich, który tworzy duchowy świat Shimy, poczynając od bóstw Izanagi i Izanami, a na demonach oni i innych yōkai kończąc. Jay Kristoff odrobił pod tym względem pracę domową na piątkę z plusem.
Zawsze jest jednak jakieś ale. Trudno mi powiedzieć, na ile odnosi się ono do samego autora, a na ile spowodowane jest przekładem. Chodzi mi o trzy elementy, które sprawiały, że moją japonistyczną duszę skręcało z rozpaczy. Po pierwsze sufiksy honoryfikatywne. O ile autor używał ich całkiem poprawnie w większości przypadków (choć -chan do Yukiko czasami pasowało jak pięść do oka, już prędzej -kun lub -san, ale niech będzie, dziewczyna to i -chan może być), o tyle są to przyrostki, więc jako takie nie mogą występować samodzielnie, dlatego każde sama pojawiające się osobno na określenie osoby sprawiało, że oczy mi krwawiły. Po drugie gest przykrywania pięści dłonią w geście powitania. Jeśli już inspirujemy się Japonią, to zostańmy przy ukłonach! Po trzecie (i tutaj to kwestia przekładu na język polski) odmiana słowa arashitora. Wiem, czepiam się, ale w języku japońskim rzeczowniki i nazwy własne są nieodmienne. Spolszczone japońskie słowa, takie jak gejsza czy samuraj? Proszę bardzo, odmieniajmy na wszystkie możliwe sposoby, ale już np. ze słowem ninja tak nie robimy. Widział ktoś kiedyś "tych ninjów"? Raczej nie, prawda? Gdy więc zobaczyłam "tych arashitor", to miałam ochotę rzucić Kindlem w ścianę. Jak można!
Pomijając zarzuty z poprzedniego akapitu, "Tancerze burzy" to świetna opowieść dla wszystkich lubiących klimaty japońskie i steampunkowe oraz dla wielbicieli szybkiej akcji i ciekawych, zadziornych bohaterów. Równocześnie, co szczerze mnie zaskoczyło, jest to opowieść poruszająca temat środowiska i szkód, jakie czyni w nim człowiek. Świat Shimy jest bowiem przesiąknięty smrodem lotosowego dymu i zniszczenie, jakie go z powodu rośliny ogarnia to jeden z głównych motywów, z którym przyjdzie mierzyć się bohaterom opowieści.
Podsumowując, jestem bardzo zadowolona, że wreszcie udało mi się sięgnąć po książkę pana Kristoffa i jak najszybciej chciałabym kontynuować przygodę z młodą tancerką burzy i jej tygrysio-orlim przyjacielem. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z tą opowieścią, nie wahajcie się dłużej, bo warto.
P.S. Swoją drogą, dlaczego w tytule polskim zrobiło się mnogo od tancerzy, skoro opowieść jest o jednej, na co zresztą wskazuje tytuł oryginalny? Niezbadane są ścieżki myślowe tłumaczy.
tytuł: Tancerze burzy
tytuł oryginału: Stormdancer
cykl: Wojna lotosowa (tom 1)
autor: Jay Kristoff
wydawnictwo: Uroboros
liczba stron: 480
ocena: ★★★★☆
wtorek, 4 września 2018
Brak mi słów, czyli book haul - sierpień 2018 ☆ミ
Dwadzieścia jeden! Dwadzieścia jeden książek, które zalegają na podłodze, na biurku, pod biurkiem, na parapecie i oczywiście na półkach. Tak, w sierpniu z okazji szczytu sezonu dostałam dobrą wypłatę, ale dwadzieścia jeden? Ludzie, powstrzymajcie mnie!
Obowiązkowe narzekania odwalone, pora przejść do sierpniowego szału zakupowego. Niby sezon ogórkowy, niby same wznowienia, a jednak z powodu wszelkiego typu promocji, którymi zasypywały nas wydawnictwa, udało mi się zdobyć multum ciekawych książek, zarówno w wersji tradycyjnej, jak i elektronicznej. Wygląda to tak:
- pięć książek po angielsku, w tym jedna, którą już posiadam w wersji elektronicznej, ale i papierową mieć musiałam,
- osiem ebooków, wszystkie po polsku (w tym pięć polskich autorów),
- sześć książek po polsku (tutaj tylko jedna rodzimego twórcy),
- jeden komiks po polsku,
- jedna manga po japońsku.
Uff, długa ta lista.
Zacznę od pierwszej zdobyczy sierpniowej, którą był trzydziesty trzeci tomik mojej ukochanej mangi "Haikyuu!!". Może się to wydawać niemożliwe, ale jeszcze tego i poprzedniego tomiku nie przeczytałam. Powód jest jeden: niedługo zaczynają się Mistrzostwa Świata w siatkówce, co oznacza dużo kibicowania, ogrom emocji i mało okazji do czytania. Między jednym meczem a drugim jak znalazł będzie za to manga tej dyscyplinie sportu poświęcona. Czyż nie wspaniale to sobie wymyśliłam? Tak swoją drogą powinnam była o braku czasu z okazji mistrzostw pomyśleć podczas robienia zakupów, bo naprawdę, kiedy ja mam to wszystko przeczytać?!?
"The Song of Achilles" Madeline Miller już od dawna posiadałam na czytniku i właściwie nie planowałam kupowania wersji papierowej. A potem książkę przeczytałam i całkowicie przepadłam. To bez wątpienia jedna z ulubionych pozycji tego roku i jako taka w stu procentach zasługiwała , żeby zająć zaszczytne miejsce w moim księgozbiorze.
Podobnie jak większość książek anglojęzycznych zamawiałam "Pieśń o Achillesie" z BookDepository, skorzystałam więc z okazji i po promocyjnej cenie wrzuciłam do koszyka również "Do Androids Dream Of Electric Sheep?" Philipa K.Dicka. Nie miałam jeszcze okazji zapoznać się z oryginałem historii znanej mi z filmu, dlatego bardzo się ucieszyłam, że udało mi się ją zdobyć po pieniądzach. A że okładka filmowa? Cóż, przeżyję.
Dwudziestego ósmego sierpnia miała premierę pierwsza dziecięca książka Victorii Schwab. Lubię język pani Schwab, lubię jej wyobraźnię, ciekawa jednak byłam, jak poradzi sobie na gruncie literatury dla młodszej młodzieży. "City Of Ghost" na szczęście okazało się bardzo przyjemną, wciągającą opowieścią i już wiem, że z chęcią przeczytam następne jej części. Do koszyka włożyłam na dokładkę "The Dark Vault" tejże autorki, będące połączonym wydaniem dwóch książek z cyklu "The Archive", których nie miałam jeszcze okazji przeczytać, a na dodatek okraszonych do tej pory nie publikowaną krótką historią rozgrywającą się w tym świecie. No i jak tu nie skorzystać? Nie wiem co prawda, czy dam radę przeczytać tę książkę do końca roku, bo za niecały miesiąc premiera "Vengeful", na którą nie mogę się doczekać, ale lepiej mieć książkę na wszelki wypadek, bo a nuż będę miała za dużo wolnego czasu (ha).
Ostatnim anglojęzycznym zakupem, a zarazem jedną z dwóch pozycji połączonych osobą autora, jest "Complete Cthulhu Mythos Tales" H.P.Lovecratfa. Bez wątpienia to jedna z najpiękniejszych książek, jakie posiadam i warta była każdego grosza, który na nią wydałam. Ta skórzana okładka! Te złote tłoczenia! Ten Cthulhu, przewiercający czytelnika wzrokiem! Cudo, po prostu cudo.
Na fali lovecraftowskiej postanowiłam również zapoznać się z komiksową wersją jednego z najciekawszych i najbardziej nieprzyjemnych opowiadań samotnika z Providence i tym sposobem w sierpniowym stosiku zagościł "Kolor z innego wszechświata" Tanabe Gou. Przyznam, że podchodziłam do niego z ostrożnością, na szczęście okazało się jednak, że rysownikowi udało się oddać ponurą, dziwaczną atmosferę opowiadania i komiks dołącza do mojej ciągle powiększającej się kolekcji lovecraftowskich cudów.
Sierpień w ogóle obfitował w pozycje natury "nie z tego świata". No bo jak inaczej określić książkę Geralda Brittle'a "Demonolodzy", poświęconą małżeństwu Eda i Lorreaine Warrenów, którzy zajmowali się tą właśnie profesją? Lektura to ciekawa i wciągająca, choć tematyką bardziej pasująca do jesiennych, halloweenowych TBRów. Recenzja się pisze i mam nadzieję, że napisze już wkrótce. Podobnie zresztą jak ta poświęcona "Seansowi w Domu Egipskim" Maryli Szymiczkowej (tudzież Jacka Dehnela i Pitra Tarczyńskiego, jak kto woli). Egzemplarz tego przesympatycznego kryminału wygrałam w konkursie instagramowym i po przeczytaniu mogę powiedzieć z czystym sercem, że Profesorowa Szczupaczyńska zawojowała moje serducho swoim ironicznym poczuciem humoru i inteligencją, i z pewnością nie jest to ostatnie moje z nią spotkanie.
Kolejne cztery pozycje to efekt oglądania filmików Anity z Book Reviews by Anita. Osóbka ta poinformowała widzów bowiem o świetnej promocji na stronie Galerii Książki, gdzie wszystkie cztery tomy cyklu "Siedem Królestw" kosztowały po 10 złotych. Grzechem byłoby nie skorzystać (choć nie powiem, żebym przed oglądnięciem filmiku wiedziała, że ten cykl został w ogóle w Polsce wydany), dlatego też stos podłogowych grubasków powiększył się do rozmiarów niebezpiecznych dla każdego, kto się do niego zbliży.
Pora na książki elektroniczne, których również nazbierało się od groma. Wszystko przez odkrycie przeze mnie portalu Publio, który akurat w momencie, gdy na niego po raz pierwszy trafiłam, w promocji zamieścił publikacje wydawnictwa Uroboros po bodajże jedenaście złotych.
Trzy z nich już za mną i choć "Szamanka od umarlaków" Martyny Raduchowskiej nieco mnie rozczarowała, to już "Tancerze burzy" Jaya Kristoffa i "Tajemnica Diabelskiego Kręgu" Anny Kańtoch spodobały mi się na tyle, że myślę o zakupie kolejnych części, tym razem w wersji papierowej. Przede mną wciąż "Przeklęci święci" Maggie Stiefvater, o której słyszałam mnóstwo sprzecznych opinii, oraz "Triskiel. Gwardia" Krystyny Chodorowskiej, o której dla odmiany słyszałam bardzo niewiele.
Na zakończenie ebookowego miesiąca skusiłam się jeszcze na "Katar" i "Kongres futurologiczny" Stanisława Lema, bo wstyd nie znać niczego naszego czołowego twórcy fantastyki naukowej, a także na "Morderstwo w pociągu" Kerry Greenwood, bo bardzo lubię serial o "Zagadkach kryminalnych Panny Fisher" i ten leciutki kryminał będzie jak znalazł na długie, jesienne wieczory.
Chciałabym powiedzieć, że we wrześniu będzie spokojniej i że na pewno nadgonię z czytaniem pozycji ze stosików (bo niestety więcej ich niż jeden) hańby, ale brzydzę się kłamstwem, więc nie powiem.
Dajcie znać, jak wyglądają Wasze zakupy sierpniowe, a jeśli czytaliście którąś z wymienionych pozycji, podzielcie się swoją opinią. Do zobaczenia za miesiąc! (znaczy z book haulem, bo zaległe recenzje się piszą)
Etykiety:
anglojęzyczne,
book haul,
fantastyka,
fantasy,
japońskojęzyczne,
komiks,
kryminał,
literatura dziecięca,
literatura faktu,
manga,
middle grade,
młodzieżówka,
urban fantasy
czwartek, 30 sierpnia 2018
Wakacje z aniołami? Kiepski pomysł - Anna Kańtoch "Tajemnica Diabelskiego Kręgu"
Ulubione książki mojego dzieciństwa można podzielić na dwie grupy: te o Indianach i Dzikim Zachodzie oraz te, w których główną rolę odgrywała magia. W przypadku tych drugich nie mówię tylko o pełnowymiarowej fantastyce w stylu tolkienowskim, ale także o tytułach, w których elementy magiczne przybierały postać bardziej baśniową, lżejszą nieco w wymowie.
Lata dziecinne mam już dawno za sobą, lecz nadal lubię sięgać do tych prostszych opowieści, w których młodzi, kilku lub kilkunastoletni bohaterowie przeżywają magiczne przygody w towarzystwie dziwnych stworków, niewidzialnych przyjaciół i czarów, których dorośli nie potrafią dostrzec i zrozumieć. Tegoroczny sierpień okazał się miesiącem takich właśnie powrotów, w moje ręce trafiły bowiem dwie książki, napisane z myślą o młodszym czytelniku, które przeniosły mnie ponownie w czasy dzieciństwa. Dziś opowiem co nieco o pierwszej z nich.
"Tajemnica Diabelskiego Kręgu" Anny Kańtoch to opowieść o Ninie, nastoletniej dziewczynce, która sama o sobie myśli w kategoriach zwykłej, szarej osoby, w której życiu nie dzieje się nic ciekawego. Wszystko to zmienia się w dniu, gdy jeden z aniołów, które pojawiły się na polskich ziemiach, wysyła Ninę na wakacje do klasztoru w małej miejscowości Markoty. Jaki jest powód tych dziwacznych "wakacji" i dlaczego Nina spotyka w dziwnych, niepokojących murach klasztoru jeszcze dwunastu innych wybrańców? Na te pytania dziewczynka będzie musiała znaleźć odpowiedzi, i to szybko, gdyż w Markotach dzieją się dziwne rzeczy, a anioły nie są zbyt chętne do dzielenia się z dziećmi swoją wiedzą.
Pierwszym, co zasługuje na hymny pochwalne, jest w "Tajemnicy" atmosfera. Uwierzcie mi na słowo, czytając tę książkę nie raz i nie dwa na rękach pojawiała mi się gęsia skórka, a mrugające światło prawdopodobnie przyprawiło by mnie o zawał serca. U Anny Kańtoch jest po prostu mrocznie. Diabelski Krąg, rozrastający się co noc, dziwny więzień, ukryty w piwnicach klasztoru, mieszkańcy miasteczka, którzy zapominają o klasztorze i o znajdujących się w jego murach dzieciach, no i wreszcie anioły, które nie do końca są takie, jakimi powinny być - to wszystko składa się na atmosferę, do której najlepiej pasuje angielskie słowo creepy.
Anna Kańtoch, mimo wieku docelowego odbiorcy, nie upraszcza swojej prozy, nie znajdziemy tu zatem żadnych infantylnych dialogów, a zachowanie bohaterów, choć niekiedy rzeczywiście po dziecięcemu proste, nie jest bynajmniej niezrozumiałe czy głupie. Podobnie rzecz ma się z fabułą: choć to opowieść o wakacyjnej przygodzie (temacie tak typowym w książkach dla młodszej młodzieży), czytelnik spodziewający się prostej historii przeżyje spore zaskoczenie. Tajemnice przenikające wydarzenia w Markotach (a pośrednio również w całej Polsce) sprawiają, że czytaniu towarzyszy obgryzanie paznokci z nerwów i narastające poczucie, że coś jest nie tak z klasztorem i jego mieszkańcami.
Uwaga dla młodszych czytelników o słabszych nerwach i żołądkach - autorka nie stroni od tematu śmierci, nie każda z postaci pojawiających się na kartach książki dożyje jej końca, a i ostateczna walka z Nie-Powiem-Kim, żeby nie zepsuć rozwiązania tajemnicy tkwiącej w miasteczku i klasztorze, kończy się dosyć makabrycznie. Z drugiej strony ja osobiście uważam to za plus opowieści, w końcu rzecz dzieje się zaraz po drugiej wojnie światowej i nawet najmłodszym z bohaterów "Tajemnicy" nie obca jest śmierć i okrucieństwo.
"Tajemnica Diabelskiego Kręgu" to moje pierwsze spotkanie z twórczością Anny Kańtoch i jest to spotkanie jak najbardziej udane. Spodziewałam się prostej, może odrobinę dziwnej historii z typową dziecięcą bohaterką, a dostałam mroczną, posępną i bardzo wciągającą opowieść, napisaną na dodatek świetnym językiem, a Nina, choć może niekiedy nieco przemądrzała, jest dziewczynką ciekawą, inteligentną i dającą się lubić. Po kolejne tomy jej przygód z pewnością sięgnę, tym bardziej, że podobno dalsze odsłony tego cyklu trzymają wysoki poziom. Wszystkim z Was, którzy jeszcze nie mieli okazji zanurzyć się w świat wyobraźni pani Kańtoch, polecam opowieści o Ninie i jej przygodach, bo naprawdę warto.
tytuł: Tajemnica Diableskiego Kręgu
cykl: Tajemnica diabelskiego kręgu (tom 1)
autor: Anna Kańtoch
wydawnictwo: Uroboros
liczba stron: 544
ocena: ★★★★☆
Lata dziecinne mam już dawno za sobą, lecz nadal lubię sięgać do tych prostszych opowieści, w których młodzi, kilku lub kilkunastoletni bohaterowie przeżywają magiczne przygody w towarzystwie dziwnych stworków, niewidzialnych przyjaciół i czarów, których dorośli nie potrafią dostrzec i zrozumieć. Tegoroczny sierpień okazał się miesiącem takich właśnie powrotów, w moje ręce trafiły bowiem dwie książki, napisane z myślą o młodszym czytelniku, które przeniosły mnie ponownie w czasy dzieciństwa. Dziś opowiem co nieco o pierwszej z nich.
"Tajemnica Diabelskiego Kręgu" Anny Kańtoch to opowieść o Ninie, nastoletniej dziewczynce, która sama o sobie myśli w kategoriach zwykłej, szarej osoby, w której życiu nie dzieje się nic ciekawego. Wszystko to zmienia się w dniu, gdy jeden z aniołów, które pojawiły się na polskich ziemiach, wysyła Ninę na wakacje do klasztoru w małej miejscowości Markoty. Jaki jest powód tych dziwacznych "wakacji" i dlaczego Nina spotyka w dziwnych, niepokojących murach klasztoru jeszcze dwunastu innych wybrańców? Na te pytania dziewczynka będzie musiała znaleźć odpowiedzi, i to szybko, gdyż w Markotach dzieją się dziwne rzeczy, a anioły nie są zbyt chętne do dzielenia się z dziećmi swoją wiedzą.
Pierwszym, co zasługuje na hymny pochwalne, jest w "Tajemnicy" atmosfera. Uwierzcie mi na słowo, czytając tę książkę nie raz i nie dwa na rękach pojawiała mi się gęsia skórka, a mrugające światło prawdopodobnie przyprawiło by mnie o zawał serca. U Anny Kańtoch jest po prostu mrocznie. Diabelski Krąg, rozrastający się co noc, dziwny więzień, ukryty w piwnicach klasztoru, mieszkańcy miasteczka, którzy zapominają o klasztorze i o znajdujących się w jego murach dzieciach, no i wreszcie anioły, które nie do końca są takie, jakimi powinny być - to wszystko składa się na atmosferę, do której najlepiej pasuje angielskie słowo creepy.
Anna Kańtoch, mimo wieku docelowego odbiorcy, nie upraszcza swojej prozy, nie znajdziemy tu zatem żadnych infantylnych dialogów, a zachowanie bohaterów, choć niekiedy rzeczywiście po dziecięcemu proste, nie jest bynajmniej niezrozumiałe czy głupie. Podobnie rzecz ma się z fabułą: choć to opowieść o wakacyjnej przygodzie (temacie tak typowym w książkach dla młodszej młodzieży), czytelnik spodziewający się prostej historii przeżyje spore zaskoczenie. Tajemnice przenikające wydarzenia w Markotach (a pośrednio również w całej Polsce) sprawiają, że czytaniu towarzyszy obgryzanie paznokci z nerwów i narastające poczucie, że coś jest nie tak z klasztorem i jego mieszkańcami.
Uwaga dla młodszych czytelników o słabszych nerwach i żołądkach - autorka nie stroni od tematu śmierci, nie każda z postaci pojawiających się na kartach książki dożyje jej końca, a i ostateczna walka z Nie-Powiem-Kim, żeby nie zepsuć rozwiązania tajemnicy tkwiącej w miasteczku i klasztorze, kończy się dosyć makabrycznie. Z drugiej strony ja osobiście uważam to za plus opowieści, w końcu rzecz dzieje się zaraz po drugiej wojnie światowej i nawet najmłodszym z bohaterów "Tajemnicy" nie obca jest śmierć i okrucieństwo.
tytuł: Tajemnica Diableskiego Kręgu
cykl: Tajemnica diabelskiego kręgu (tom 1)
autor: Anna Kańtoch
wydawnictwo: Uroboros
liczba stron: 544
ocena: ★★★★☆
Subskrybuj:
Posty (Atom)




