Od zarania dziejów otaczają człowieka zjawiska, których nie potrafi wytłumaczyć, a tym samym budzą one w nim niepokój i strach. Kiedyś takimi przerażającymi wydarzeniami mogły być burze i pioruny, potem dziwaczne choroby i magia, a teraz złapany przez internetową kamerkę cień istoty za naszymi plecami. Co ciekawe, synonimem niewytłumaczalnego najczęściej stawało się zło. Nieznane zjawiska natury? To na pewno działalność rusałek, elfów czy innych istot ponadnaturalnych, z których wszystkie czaiły się na biednego człowieka. Dziwne zachowanie dziecka spowodowane nieznaną chorobą? Z pewnością mamy do czynienia z opętaniem przez złego ducha. Religia prawie zawsze była w stanie dostarczyć "wytłumaczenia", stąd wszelkiego typu obrzędy szamanów, ofiary składane rozgniewanym bóstwom, a także egzorcyzmy. Te ostatnie od zawsze rozbudzały wyobraźnię chrześcijańskiego Zachodu, ale to ekranizacja opartej na faktach opowieści Williama Petera Blatty'ego przeraziła miliony.
"Egzorcysta" Blatty'ego opowiada historię małej Regan i jej matki Chris, będącej znaną aktorką. W ręce dziewczynki wpada tabliczka do oujia, przez którą nawiązuje ona kontakt z bytem, znanym jej pod imieniem Kapitana Howdy'ego. Od tego momentu w życiu matki i córki zaczyna się dziać wiele paranormalnych rzeczy, coraz bardziej przerażających i wyniszczających organizm Regan, których wytłumaczenia nie jest w stanie dostarczyć medycyna i psychiatria. W końcu zrozpaczona Chris zwraca się o pomoc do ojca Karrasa, a ten po wewnętrznej walce z samym sobą staje do potyczki z demonem, który opętał dziewczynkę.
Od czasów słynnej ekranizacji, a dla czytelników nawet wcześniej, stała się Regan jednym z symboli współczesnego horroru. Wizja dziecka, które stopniowo traci swoje człowieczeństwo i zamienia się w przerażającą, wymiotującą ohydną mazią i "mówiącą głosami" istotę na zawsze zapisała się w pamięci wielu wielbicieli gatunku. Teoretycznie bowiem boimy się wielu rzeczy: duchów, zjaw, upiorów, ubranych w sweter w zielono-czerwone pasy poparzonych mężczyzn ze snów, ale to diabeł i demony zawsze królowały na szczycie chrześcijańskiego panteonu zła.
I teraz muszę się do czegoś przyznać - mimo, że widziałam "Egzorcystę" dzieckiem będąc, Pazuzu siedzący w Regan nie był mnie w stanie zbytnio przerazić. Dlaczego? Ano dlatego, że prawdziwym strachem napełniały mnie zawsze istoty i zjawiska, które dostrzega się kątem oka, których obecność wyczuwa się w pustym pokoju. Demon z "Egzorcysty" natomiast daje czytelnikowi/widzowi po twarzy, wołając "ja, ja, patrz, jaki jestem straszny, bój się mnie, do czorta!". Gdzie ta nuta niepewności, gdzie niepokój, który odczuwasz głęboko w kościach przy zetknięciu z niewiadomym?
Wszystko, co wyżej napisałam, nie wpływało na nieopuszczające mnie uczucie obrzydzenia i fascynacji zarazem, gdy czytałam opis coraz ciekawszych i bardziej groteskowych zmian zachodzących w dziewczynce. Trzeba Blatty'emu przyznać, wyobraźnię miał ogromną (nie wiem, na ile opisy te czerpały z zapisów dotyczących rzeczywistych egzorcyzmów odprawionych w latach czterdziestych XX wieku na chłopcu znanym jako Roland Doe). Dreszczyk strachu był może nieobecny podczas czytania, ale dreszczyk obrzydzenia czuję do dzisiaj. Myślę jednak, że dla głęboko wierzących chrześcijan opętanie przez diabła to najstraszliwsza i najbardziej przerażająca rzecz, jaka może człowiekowi się przytrafić, a tym samym książka Williama Petera Blatty'ego z pewnością będzie ich w stanie głęboko poruszyć i przestraszyć.
Na zakończenie dwa słowa na temat wydania. Vesper to wydawnictwo, które zachwyciło mnie już kilkakrotnie, ostatnio dzięki cudownemu "Terrorowi" Dana Simmonsa. "Egzorcysta" również nie odbiega poziomem od wymienionej przed chwilą pozycji. Regan na okładce przeraża, świetne tłumaczenie pozwala wciągnąć się w historię, a dodatkowa scena i rozbudowane zakończenie to bez wątpienia smakołyk dla wielbicieli historii opętanej dziewczynki. Warto wydać te kilkadziesiąt złociszczy, by cieszyć oczy takim skarbem.
Nie tak dawno czytałam "Dziecko Rosemary", również poruszające tematykę diabelską i muszę przyznać palmę pierwszeństwa tamtej opowieści, nawet nie tyle ze względu na treść, ile ze względu na sposób prowadzenia narracji i tak przeze mnie lubiane niedopowiedzenia i atmosferę niepokoju. Jest to jednak ocena zupełnie subiektywna, dlatego bierzcie "Egzorcystę" do ręki i sami przekonajcie się, czy opowiedziana w nim historia nie pozwoli Wam wyłączyć światła w pokoju w obawie przed czającym się w cieniu złem.
tytuł: Egzorcysta
tytuł oryginału: The Exorcist: 40th Anniversary Edition
tłumaczenie: Dagmara Chojnacka, Jan Kałuża
wydawnictwo: Vesper
liczba stron: 356
ocena: ★★★☆☆
sobota, 28 lipca 2018
środa, 25 lipca 2018
Piknik wśród dziwnych formacji skalnych? Lepiej podziękować - Joan Lindsay "Piknik pod Wiszącą Skałą"
Nie oglądam telewizji, odbiornika telewizyjnego nie posiadam już od ponad trzynastu lat i bardzo mi z tym dobrze. Szkoda mi czasu na ogłupiające programy, wiadomości mogę przejrzeć w internecie, nie mówiąc już o oglądaniu filmów w domowym zaciszu bez denerwujących reklam past do zębów i proszków do prania. Kiedyś jednak, gdy byłam dzieckiem, telewizja była jedynym dostarczycielem filmowych przeżyć rodem z Zachodu czy Wschodu. Do dziś pamiętam cykl filmowy w czwartkowe bodajże wieczory, kiedy to można było oglądnąć perełki kina, takie jak "Siódmą pieczęć" Bergmana czy "Siedmiu samurajów" Kurosawy. Co tydzień siadałam przed starym, czarno-białym telewizorem w kuchni i z rozkoszą pochłaniałam arcydzieła kinematografii światowej. Jednym z filmów puszczonych w tym cyklu był "Piknik pod Wiszącą Skałą" w reżyserii Petera Weira. Film dziwny, nastrojowy i trochę niezrozumiały, wywarł wtedy na mnie duże wrażenie. Niestety, przy ponownym seansie kilkanaście lat później okazało się, że nie do końca wytrzymał próbę czasu (przede wszystkim pod względem muzyki, a także sposobu kręcenia niektórych scen). Gdy na rynku pojawiło się wznowienie książki Joan Lindsay, na podstawie której nakręcono film, postanowiłam przeczytać ją i przekonać się, jak bardzo ekranizacja odbiega/jest podobna do książki, a także czy wersja oryginalna również trącić będzie myszką.
"Piknik pod Wiszącą Skałą" Joan Lindsay opowiada historię grupki uczennic elitarnej pensji dla dziewcząt pani Appleyard, które w ramach relaksu razem z dwoma nauczycielkami wyruszają na piknik pod rzeczoną Wiszącą Skałę - wulkaniczny masyw wyrastający wśród australijskich równin, miejsce urokliwe, choć dziwne i niebezpieczne. Po lunchu, w rozleniwiającym upale, czwórka dziewcząt wyrusza na krótką wędrówkę pod Skałę, z której tylko jedna z nich wraca w stanie ogólnego przerażenia i rozhisteryzowania. Okazuje się również, że w tak zwanym międzyczasie zniknęła jedna z nauczycielek, a wielodniowe poszukiwania nie przynoszą żadnej odpowiedzi i wytłumaczenia, gdzie i dlaczego zaginęły dziewczęta i panna McCraw. Tajemnica goni tajemnicę, a odnalezienie jednej z uczennic wprowadza jeszcze większe zamieszanie. Okazuje się bowiem, że dziewczę nie pamięta nic ze swojej wędrówki.
Zacznę może od tego, że tym, co najbardziej mnie zaskoczyło podczas czytania było to, jak zabawną jest ta bądź co bądź ponura opowieść. Język pani Lindsay wypełniony jest subtelnym humorem, autorka raz za razem mruga do czytelnika i uśmiecha się z przekąsem, zawoalowanym i nieoczywistym, ale wszechobecnym w całej książce. Ileż to razy prychnęłam podczas czytania dialogów między bohaterami, czy podczas opisów interakcji między nimi! W filmie uśmiech wywoływały tylko cukierkowe do granic możliwości zachowania pensjonariuszek i bardzo nietypowa przyjaźń Michała i Alberta, głównej męskiej dwójki bohaterów.
Co do samej historii, to podobnie jak w ekranizacji, tak i w wersji książkowej towarzyszy nam uczucie dziwności i niepokoju, a po plecach od czasu do czasu przebiegają ciarki, gdy wyobrazimy sobie duszne, gorące lato, rozpalone skały i dziewczęta w jasnych, zwiewnych sukienkach (tak bardzo przypominających paniczowi Michałowi łabędzie), najpierw zapadające w nienaturalny sen, a potem z nieobecnym wyrazem twarzy zmierzające ku nieznanemu. Od razu zaznaczam, że zagadka Wiszącej Skały nie znajduje wytłumaczenia i do końca nie poznamy prawdy o losie Mirandy, Marion i panny McCraw. Dla tych, którzy oczekują odpowiedzi na pytania o to, co się stało, może być to dużym zawodem i czynnikiem ujmującym uroku (tudzież sensu) historii. Ja jednak lubię pozostawać w stanie zawieszenia i domysłów, dlatego też "Piknik" pod tym względem mnie nie zawiódł.
Przy całej swojej niedopowiedzianości, historia przedstawiona w książce ma o wiele więcej sensu niż ta w wersji filmowej. Śledzimy bowiem, jak zniknięcie dziewcząt, niczym kamień rzucony w wodę, wzbudza rozszerzający się okrąg na wodzie, gdzie każde kolejne wydarzenie, każde nieszczęście, które się zdarzy, ma swoje źródło w poprzednim, gdzie zachowania nauczycielek pensji, pozostałych uczennic, a przede wszystkim pani Appleyard zdają się nieuchronnym efektem nieszczęsnego pikniku. Joan Lindsay pokazuje również, że jeden niewielki kamyk wzburzyć może taflę nawet najbardziej spokojnego jeziora, a zaniepokojeni, zdumieni i zestresowani ludzie potrafią posunąć się niekiedy to naprawdę zaskakujących i przerażających rzeczy.
Na zakończenie parę słów na temat samego wydania książki przez wydawnictwo Replika. Trzymanie "Pikniku" w rękach to sama przyjemność, twarda okładka i duża czcionka ułatwiają czytanie w metrze i autobusie, a ilustracja w cudowny sposób nawiązuje do treści książki i atmosfery opowieści. Wielkie brawa dla tłumacza Wacława Niepokólczyckiego za oddanie subtelnego poczucia humoru autorki.
Wszystkim tym, którzy chcą poznać dziwaczną opowieść o Wiszącej Skale, polecam sięgnąć najpierw po książkę, a dopiero potem zmierzyć się z ekranizacją, dzięki temu wszystko, co dzieje się w filmie, będzie miało więcej sensu. Ci, którzy lubią duszną, zagadkową atmosferę i nierozwiązane zagadki, na pewno się na "Pikniku pod Wiszącą Skałą" nie zawiodą.
tytuł: Piknik pod Wiszącą Skałą
autor: Joan Lindsay
tłumaczenie: Wacław Niepokólczycki
wydawnictwo: Replika
liczba stron: 287
ocena: ★★★☆☆ 1/2
"Piknik pod Wiszącą Skałą" Joan Lindsay opowiada historię grupki uczennic elitarnej pensji dla dziewcząt pani Appleyard, które w ramach relaksu razem z dwoma nauczycielkami wyruszają na piknik pod rzeczoną Wiszącą Skałę - wulkaniczny masyw wyrastający wśród australijskich równin, miejsce urokliwe, choć dziwne i niebezpieczne. Po lunchu, w rozleniwiającym upale, czwórka dziewcząt wyrusza na krótką wędrówkę pod Skałę, z której tylko jedna z nich wraca w stanie ogólnego przerażenia i rozhisteryzowania. Okazuje się również, że w tak zwanym międzyczasie zniknęła jedna z nauczycielek, a wielodniowe poszukiwania nie przynoszą żadnej odpowiedzi i wytłumaczenia, gdzie i dlaczego zaginęły dziewczęta i panna McCraw. Tajemnica goni tajemnicę, a odnalezienie jednej z uczennic wprowadza jeszcze większe zamieszanie. Okazuje się bowiem, że dziewczę nie pamięta nic ze swojej wędrówki.
Zacznę może od tego, że tym, co najbardziej mnie zaskoczyło podczas czytania było to, jak zabawną jest ta bądź co bądź ponura opowieść. Język pani Lindsay wypełniony jest subtelnym humorem, autorka raz za razem mruga do czytelnika i uśmiecha się z przekąsem, zawoalowanym i nieoczywistym, ale wszechobecnym w całej książce. Ileż to razy prychnęłam podczas czytania dialogów między bohaterami, czy podczas opisów interakcji między nimi! W filmie uśmiech wywoływały tylko cukierkowe do granic możliwości zachowania pensjonariuszek i bardzo nietypowa przyjaźń Michała i Alberta, głównej męskiej dwójki bohaterów.
Co do samej historii, to podobnie jak w ekranizacji, tak i w wersji książkowej towarzyszy nam uczucie dziwności i niepokoju, a po plecach od czasu do czasu przebiegają ciarki, gdy wyobrazimy sobie duszne, gorące lato, rozpalone skały i dziewczęta w jasnych, zwiewnych sukienkach (tak bardzo przypominających paniczowi Michałowi łabędzie), najpierw zapadające w nienaturalny sen, a potem z nieobecnym wyrazem twarzy zmierzające ku nieznanemu. Od razu zaznaczam, że zagadka Wiszącej Skały nie znajduje wytłumaczenia i do końca nie poznamy prawdy o losie Mirandy, Marion i panny McCraw. Dla tych, którzy oczekują odpowiedzi na pytania o to, co się stało, może być to dużym zawodem i czynnikiem ujmującym uroku (tudzież sensu) historii. Ja jednak lubię pozostawać w stanie zawieszenia i domysłów, dlatego też "Piknik" pod tym względem mnie nie zawiódł.
Przy całej swojej niedopowiedzianości, historia przedstawiona w książce ma o wiele więcej sensu niż ta w wersji filmowej. Śledzimy bowiem, jak zniknięcie dziewcząt, niczym kamień rzucony w wodę, wzbudza rozszerzający się okrąg na wodzie, gdzie każde kolejne wydarzenie, każde nieszczęście, które się zdarzy, ma swoje źródło w poprzednim, gdzie zachowania nauczycielek pensji, pozostałych uczennic, a przede wszystkim pani Appleyard zdają się nieuchronnym efektem nieszczęsnego pikniku. Joan Lindsay pokazuje również, że jeden niewielki kamyk wzburzyć może taflę nawet najbardziej spokojnego jeziora, a zaniepokojeni, zdumieni i zestresowani ludzie potrafią posunąć się niekiedy to naprawdę zaskakujących i przerażających rzeczy.
Na zakończenie parę słów na temat samego wydania książki przez wydawnictwo Replika. Trzymanie "Pikniku" w rękach to sama przyjemność, twarda okładka i duża czcionka ułatwiają czytanie w metrze i autobusie, a ilustracja w cudowny sposób nawiązuje do treści książki i atmosfery opowieści. Wielkie brawa dla tłumacza Wacława Niepokólczyckiego za oddanie subtelnego poczucia humoru autorki.
Wszystkim tym, którzy chcą poznać dziwaczną opowieść o Wiszącej Skale, polecam sięgnąć najpierw po książkę, a dopiero potem zmierzyć się z ekranizacją, dzięki temu wszystko, co dzieje się w filmie, będzie miało więcej sensu. Ci, którzy lubią duszną, zagadkową atmosferę i nierozwiązane zagadki, na pewno się na "Pikniku pod Wiszącą Skałą" nie zawiodą.
Książkę zaliczam do wyzwania czytelniczego Kirimy "Czytamy klasykę".
tytuł: Piknik pod Wiszącą Skałą
autor: Joan Lindsay
tłumaczenie: Wacław Niepokólczycki
wydawnictwo: Replika
liczba stron: 287
ocena: ★★★☆☆ 1/2
poniedziałek, 16 lipca 2018
Polski thriller medyczny? Zawsze musi być ten pierwszy raz - Thomas Arnold "Horyzont umysłu"
Od kiedy założyłam bloga, o wiele częściej zdarza mi się czytać książki z gatunków innych niż moja ukochana fantastyka. Właściwie jedynym rodzajem literackim, który jeszcze się tu nie pojawił i nikła jest nadzieja, że kiedyś się pojawi, jest romans. Ostatnimi czasy wpadło za to w moje ręce sporo kryminałów i thrillerów, bo była i "Kobieta w oknie", i "Nocny film", a z polskich utworów "Negatyw" Szymańczaka. Tym razem, dzięki uprzejmości autora, zmierzyłam się z thrillerem medycznym, po który to gatunek ostatni raz sięgnęłam za czasów licealnych, kiedy to zaczytywałam się w "Śpiączce" czy "Mózgu" Robina Cooka. Zmierzyłam się i wyszłam z tej potyczki przyjemnie zaskoczona.
"Horyzont umysłu" Thomasa Arnolda, polskiego pisarza pochodzącego z Rybnika, dzieje się w zupełnie niepolskich realiach, bo w Cleveland w Stanach Zjednoczonych. Wypadek samochodowy znanego prawnika i jego żony uruchamia lawinę zdarzeń, z którą przyjdzie zmierzyć się detektywowi Davidowi Rossowi i jego współpracownikom. Sprawa wydawałoby się zupełnie przeciętna zatacza coraz szersze kręgi, przez miejscowy szpital i klinikę do ogromnego koncernu farmaceutycznego, mającego dziwne powiązania z zagranicznymi, szemranymi biznesami włącznie. Oj, napracuje się Ross, napracuje, i nie wyjdzie z tej przygody bez szwanku na ciele i duszy.
Przed rozpoczęciem czytania byłam nastawiona do "Horyzontu" umiarkowanie optymistycznie z lekką nutką obawy. Thriller jest bowiem gatunkiem, który bardzo lubię, ale który bardzo często nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Tutaj na dodatek mamy do czynienia nie dość, że ze specyficzną jego odmianą, to jeszcze polskiego autora, o którym wcześniej nie słyszałam i którego poznałam dzięki jego akcji na mediach społecznościowych dotyczącej poszukiwania recenzentów. Zaczęłam więc czytać tę opowieść ostrożnie i nie nastawiając się na wiele. Jakże miło się rozczarowałam! Nie jest to książka idealna, bynajmniej, ale przy czytaniu bawiłam się naprawdę nieźle i udowodniła, że thriller medyczny w polskim wykonaniu też może być kawałem niezłej literatury.
Co przemawia na plus tej pozycji? Przede wszystkim bardzo sprawne pióro pisarza. Widać, że Thomas Arnold ma przede wszystkim smykałkę do naturalnie brzmiących i zaskakująco zabawnych dialogów, a mimo to opisy sytuacji i okoliczności nie są u niego potraktowane po macoszemu. Wiecie, jak to jest, gdy książka opiera się na samych niemal dialogach, a tło akcji to dwie linijki na doczepkę, żeby nie było? Tutaj na szczęście przez większość książki panuje między nimi równowaga, dzięki czemu łatwo wyobrazić sobie otoczkę dziejącej się akcji, równocześnie poznając bohaterów, kim są i jakie motywacje nimi kierują.
Nie można również przyczepić się do fabuły, która rozwija się logicznie, a przy tym ma parę zaskakujących zwrotów. Nie czytałam pozostałych książek pana Arnolda, lecz te parę nawiązań, które pojawiają się to tu, to tam, na szczęście nie przeszkadzały mi w zrozumieniu, co się dzieje. Dla wielbicieli przygód detektywa Rossa natomiast na pewno będą one dodatkowym, przyjemnym smaczkiem.
W "Horyzoncie" wreszcie mamy do czynienia z detektywem, który nie jest rozwiedziony, nie ma problemów wychowawczych z nastoletnimi dziećmi, a przede wszystkim nie chleje alkoholu w każdej wolnej chwili. Co więcej, David Ross nie jest również nieomylnym supermanem, nie raz i nie dwa chwytałam się za głowę w odpowiedzi na głupie błędy, które popełniał w trakcie trwania śledztwa. Bardzo to było ludzkie i naturalne, a że obawiałam się niekiedy o pomyślne rozwiązanie sprawy, to inna para kaloszy.
Żeby nie było, minusów też parę znalazłam. Po pierwsze autor powinien w moim odczuciu popracować nieco nad prowadzeniem narracji. Jeżeli rozdział czy podrozdział poświęcony jest konkretnej osobie, to niech tak będzie przez cały czas jego trwania. Tymczasem w "Horyzoncie" wielokrotnie miało miejsce przeniesienie perspektywy narracyjnej z bohatera na jego rozmówcę na parę linijek, bez chociażby oddzielenia ich akapitem. Myślałam sobie wtedy, że lepiej by było, gdyby pisarz posłużył się narratorem wszechwiedzącym, dzięki czemu uniknąłby tych rażących zmian.
Po drugie, gdzieś tak od dwóch trzecich książki rozwój fabuły przyspieszył na rzecz akcji, pozostawiając w tyle logikę. Wydarzenia działy się jedno po drugim, oby szybciej i efektowniej, a ja łapałam się na tym, że zaczyna mnie to męczyć, że chciałabym więcej wiedzieć na temat tego, jak i dlaczego dzieje się to, co się dzieje. Samo zakończenie, choć dosyć zaskakujące, ucierpiało na swojej skrótowości. Ot, zdarzyło się coś, potem wszyscy podają sobie ręce, a ostatnie cztery strony, które miały w zamyśle zszokować czytelnika, mnie i owszem, zaskoczyły, ale efektu "wow" nie było.
Cieszę się, że dostałam tę książkę do zrecenzowania, bo prawdopodobnie nigdy bym po nią sama nie sięgnęła i sporo bym przez to straciła. Thomas Arnold zapewnił mi parę godzin dobrej zabawy, bardziej nawet sensacyjnej niż thrillerowej, z czym zresztą nie mam problemów. I choć nie mogę powiedzieć, że jakoś specjalnie polubiłam bohaterów "Horyzontu umysłu", to z pewnością nie miałabym nic przeciwko ponownemu z nimi spotkaniu.
tytuł: Horyzont umysłu
autor: Thomas Arnold
wydawnictwo: Wydawnictwo Vectra
liczba stron: 416
ocena: ★★★☆☆ 1/2
"Horyzont umysłu" Thomasa Arnolda, polskiego pisarza pochodzącego z Rybnika, dzieje się w zupełnie niepolskich realiach, bo w Cleveland w Stanach Zjednoczonych. Wypadek samochodowy znanego prawnika i jego żony uruchamia lawinę zdarzeń, z którą przyjdzie zmierzyć się detektywowi Davidowi Rossowi i jego współpracownikom. Sprawa wydawałoby się zupełnie przeciętna zatacza coraz szersze kręgi, przez miejscowy szpital i klinikę do ogromnego koncernu farmaceutycznego, mającego dziwne powiązania z zagranicznymi, szemranymi biznesami włącznie. Oj, napracuje się Ross, napracuje, i nie wyjdzie z tej przygody bez szwanku na ciele i duszy.
Przed rozpoczęciem czytania byłam nastawiona do "Horyzontu" umiarkowanie optymistycznie z lekką nutką obawy. Thriller jest bowiem gatunkiem, który bardzo lubię, ale który bardzo często nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Tutaj na dodatek mamy do czynienia nie dość, że ze specyficzną jego odmianą, to jeszcze polskiego autora, o którym wcześniej nie słyszałam i którego poznałam dzięki jego akcji na mediach społecznościowych dotyczącej poszukiwania recenzentów. Zaczęłam więc czytać tę opowieść ostrożnie i nie nastawiając się na wiele. Jakże miło się rozczarowałam! Nie jest to książka idealna, bynajmniej, ale przy czytaniu bawiłam się naprawdę nieźle i udowodniła, że thriller medyczny w polskim wykonaniu też może być kawałem niezłej literatury.
Co przemawia na plus tej pozycji? Przede wszystkim bardzo sprawne pióro pisarza. Widać, że Thomas Arnold ma przede wszystkim smykałkę do naturalnie brzmiących i zaskakująco zabawnych dialogów, a mimo to opisy sytuacji i okoliczności nie są u niego potraktowane po macoszemu. Wiecie, jak to jest, gdy książka opiera się na samych niemal dialogach, a tło akcji to dwie linijki na doczepkę, żeby nie było? Tutaj na szczęście przez większość książki panuje między nimi równowaga, dzięki czemu łatwo wyobrazić sobie otoczkę dziejącej się akcji, równocześnie poznając bohaterów, kim są i jakie motywacje nimi kierują.
Nie można również przyczepić się do fabuły, która rozwija się logicznie, a przy tym ma parę zaskakujących zwrotów. Nie czytałam pozostałych książek pana Arnolda, lecz te parę nawiązań, które pojawiają się to tu, to tam, na szczęście nie przeszkadzały mi w zrozumieniu, co się dzieje. Dla wielbicieli przygód detektywa Rossa natomiast na pewno będą one dodatkowym, przyjemnym smaczkiem.
W "Horyzoncie" wreszcie mamy do czynienia z detektywem, który nie jest rozwiedziony, nie ma problemów wychowawczych z nastoletnimi dziećmi, a przede wszystkim nie chleje alkoholu w każdej wolnej chwili. Co więcej, David Ross nie jest również nieomylnym supermanem, nie raz i nie dwa chwytałam się za głowę w odpowiedzi na głupie błędy, które popełniał w trakcie trwania śledztwa. Bardzo to było ludzkie i naturalne, a że obawiałam się niekiedy o pomyślne rozwiązanie sprawy, to inna para kaloszy.
Żeby nie było, minusów też parę znalazłam. Po pierwsze autor powinien w moim odczuciu popracować nieco nad prowadzeniem narracji. Jeżeli rozdział czy podrozdział poświęcony jest konkretnej osobie, to niech tak będzie przez cały czas jego trwania. Tymczasem w "Horyzoncie" wielokrotnie miało miejsce przeniesienie perspektywy narracyjnej z bohatera na jego rozmówcę na parę linijek, bez chociażby oddzielenia ich akapitem. Myślałam sobie wtedy, że lepiej by było, gdyby pisarz posłużył się narratorem wszechwiedzącym, dzięki czemu uniknąłby tych rażących zmian.
Po drugie, gdzieś tak od dwóch trzecich książki rozwój fabuły przyspieszył na rzecz akcji, pozostawiając w tyle logikę. Wydarzenia działy się jedno po drugim, oby szybciej i efektowniej, a ja łapałam się na tym, że zaczyna mnie to męczyć, że chciałabym więcej wiedzieć na temat tego, jak i dlaczego dzieje się to, co się dzieje. Samo zakończenie, choć dosyć zaskakujące, ucierpiało na swojej skrótowości. Ot, zdarzyło się coś, potem wszyscy podają sobie ręce, a ostatnie cztery strony, które miały w zamyśle zszokować czytelnika, mnie i owszem, zaskoczyły, ale efektu "wow" nie było.
Cieszę się, że dostałam tę książkę do zrecenzowania, bo prawdopodobnie nigdy bym po nią sama nie sięgnęła i sporo bym przez to straciła. Thomas Arnold zapewnił mi parę godzin dobrej zabawy, bardziej nawet sensacyjnej niż thrillerowej, z czym zresztą nie mam problemów. I choć nie mogę powiedzieć, że jakoś specjalnie polubiłam bohaterów "Horyzontu umysłu", to z pewnością nie miałabym nic przeciwko ponownemu z nimi spotkaniu.
tytuł: Horyzont umysłu
autor: Thomas Arnold
wydawnictwo: Wydawnictwo Vectra
liczba stron: 416
ocena: ★★★☆☆ 1/2
czwartek, 12 lipca 2018
☆ミ Hip hip hurra!'owy blog okołourodzinowy ☆ミ
Drodzy Odwiedzający, dziś mam dla Was króciutki wpis urodzinowy. Tak, tak, Chmurzaste zaczytanie skończyło roczek! Nie mogę uwierzyć, że blog założony z ogromnymi chęciami, ale i dużym prawdopodobieństwem szybkiego końca, nadal trwa i się rozwija. Co więcej, choć ilość wpisów fluktuuje, a ostatnimi czasy odrobinę spadła ze względu na brak czasu, kolejne recenzje pojawiają się przynajmniej parę razy w miesiącu i nie zanosi się na to, by moja ochota na ich pisanie zmalała.
Przez pierwszy rok istnienia bloga pojawiło się na nim sto cztery wpisy, z czego tylko jeden nie był wpisem książkowym, a filmowym. Oprócz paru tagów, pełniących przede wszystkim rolę tzw. zapchajdziur, reszta wpisów to w większości recenzje oraz comiesięczne podsumowania i book haule. Tytuł najpopularniejszego wpisu przypada "Kobiecie w oknie" A.J.Finna, zaraz za nim plasują się recenzje "Terroru" Dana Simmonsa i "Thunderhead" Neala Shustermana.
Chmurzaste zaczytanie zyskało czterdziestu pięciu wspaniałych Obserwatorów. Dziękuję Wam bardzo serdecznie i mam nadzieję, że potowarzyszycie mi również każdego kolejnego roku! 💖 💗 💕
Cudowni blogerzy książkowi, których sama obserwuję, stali się inspiracją do stworzenia strony fejsbukowej Chmurzastego zaczytania, a niedawno również konta na Instagramie, który przynosi mi zdumiewająco wiele radości. Wreszcie mam miejsce, dzięki któremu w wolnych chwilach oddaję się swojej fotograficznej pasji i w które mogę bezkarnie wrzucać zdjęcia książek (i Kłaczka❤).
Przez ten rok rozwinęłam się nie tylko jako recenzentka książkowa, ale także jako czytelniczka. Wychodzę poza swoją strefę komfortu, czytając książki z gatunków innych niż moja ukochana fantastyka. Po wiele z nich nigdy bym nie sięgnęła, gdyby nie ten blog i Wy, drodzy Odwiedzający. Raz jeszcze dziękuję Wam z całego serca, że jesteście!
Mam nadzieję, że kolejne lata Chmurzastego zaczytania przyniosą nowe wyzwania, nowe znajomości i ogrom nowych, ciekawych i wciągających odkryć książkowych. Mam również nadzieję, że będziecie mi w tej podróży towarzyszyć 😍
Przez pierwszy rok istnienia bloga pojawiło się na nim sto cztery wpisy, z czego tylko jeden nie był wpisem książkowym, a filmowym. Oprócz paru tagów, pełniących przede wszystkim rolę tzw. zapchajdziur, reszta wpisów to w większości recenzje oraz comiesięczne podsumowania i book haule. Tytuł najpopularniejszego wpisu przypada "Kobiecie w oknie" A.J.Finna, zaraz za nim plasują się recenzje "Terroru" Dana Simmonsa i "Thunderhead" Neala Shustermana.
Chmurzaste zaczytanie zyskało czterdziestu pięciu wspaniałych Obserwatorów. Dziękuję Wam bardzo serdecznie i mam nadzieję, że potowarzyszycie mi również każdego kolejnego roku! 💖 💗 💕
Cudowni blogerzy książkowi, których sama obserwuję, stali się inspiracją do stworzenia strony fejsbukowej Chmurzastego zaczytania, a niedawno również konta na Instagramie, który przynosi mi zdumiewająco wiele radości. Wreszcie mam miejsce, dzięki któremu w wolnych chwilach oddaję się swojej fotograficznej pasji i w które mogę bezkarnie wrzucać zdjęcia książek (i Kłaczka❤).
Przez ten rok rozwinęłam się nie tylko jako recenzentka książkowa, ale także jako czytelniczka. Wychodzę poza swoją strefę komfortu, czytając książki z gatunków innych niż moja ukochana fantastyka. Po wiele z nich nigdy bym nie sięgnęła, gdyby nie ten blog i Wy, drodzy Odwiedzający. Raz jeszcze dziękuję Wam z całego serca, że jesteście!
Mam nadzieję, że kolejne lata Chmurzastego zaczytania przyniosą nowe wyzwania, nowe znajomości i ogrom nowych, ciekawych i wciągających odkryć książkowych. Mam również nadzieję, że będziecie mi w tej podróży towarzyszyć 😍
Subskrybuj:
Posty (Atom)



