wtorek, 20 marca 2018

Szarość, szarość i więcej szarości - V.E.Schwab "Vicious"

   Gdybym zadała Ci, drogi Odwiedzający, pytanie o to, co czyni dobrze napisanego bohatera, jaka byłaby Twoja odpowiedź? Skomplikowana osobowość? A może dobrze opisana i intrygująca przeszłość postaci? Jej moralność, portret psychologiczny? Wady, zalety? To, jak potrafi sobie radzić z przeciwnościami, które stawia przed nią autor? A może tak naprawdę najważniejsze jest to, że wzbudza w nas, czytelnikach, uczucia? Że staje się dla nas kimś bliskim, kimś dla kogo warto zarwać noc, o kim warto rozmyślać w dzień?

   "Vicious" V.E.Schwab mnie osobiście skłania do przychylenia się do tej ostatniej opcji. Tu nie chodzi o akcję, mimo że pomysłowi na nią i jej wykonaniu nic nie można zarzucić. Powodem, dla którego była to jedna z moich ulubionych książek poprzedniego roku, a po ponownym przeczytaniu stała się jednym z ulubieńców ponadczasowych, jest dwójka głównych bohaterów. Victor, którego nie znoszę kochać, i Eli, którego kocham nienawidzić. Dwaj przyjaciele, tak bardzo do siebie podobni, a równocześnie tak różni, których poznajemy, gdy przyjaźń dawno już ustąpiła miejsca nienawiści i chęci zemsty. Obaj niezwykle inteligentni, ambitni, dążący do celu bez względu na koszty. Aroganccy, narcystyczni i amoralni, właściwie nie dający się lubić, a równocześnie przyciągający swoją osobowością. Victorowi oprócz nienawiści nie zostało wiele uczuć, ale dobrze ukrywa to pod maską "normalnego" człowieka. Eli również nosi maskę, maskę bohatera, pod którą skrywa się socjopata z kompleksem Boga. Nie są oni jedynymi postaciami książki, ale bez wątpienia to oni i ich ostateczna konfrontacja stanowią trzon opowieści.

"Te słowa, którymi rzucano na prawo i lewo - ludzie, potwory, bohaterowie, złoczyńcy - dla Victora były tylko kwestią semantyki. Człowiek określany mianem bohatera mógł zabijać dziesiątkami, a tego, który próbował go powstrzymać, nazwano złoczyńcą. Mnóstwo ludzi było potworami, wiele potworów wiedziało, jak udawać człowieka."

   Sama historia opowiedziana jest w ciekawy sposób, gdzie teraźniejszość przeplata się z retrospekcjami sięgającymi zarówno dziesięć lat wstecz, jak i zaledwie parę godzin przed obecnymi wydarzeniami. W ten sposób poznajemy nie tylko historię dwójki głównych przyjaciół/wrogów, ale także ich towarzyszy: Sydney, dziewczynki o niezwykłej mocy, która towarzyszy Victorowi w jego zemście, Mitcha, współwięźnia Victora, oraz Sereny, siostry Sydney i towarzyszki Elia. Cała ta barwna parada postaci ma ze sobą wspólną jedną rzecz - o wszystkich (może z wyjątkiem Sydney) można powiedzieć, że nie są dobrymi ludźmi. V.E.Schwab stworzyła opowieść, w której nie ma tych dobrych i tych złych, są tylko postaci w wielu odcieniach szarości. I mimo, że uwielbiam Victora całym moim sercem, nigdy nie powiem o nim, że jest dobrym człowiekiem. Eli natomiast... cóż, mało jest postaci literackich, których tak bardzo nie znoszę jak jego. Zasłanianie się wiarą i okrucieństwo w jej imię to najłatwiejsza droga do pokładów głęboko we mnie ukrytej nienawiści.

"- Zapytałeś mnie, czy kiedykolwiek pragnąłem w coś wierzyć. Pragnę. Chcę wierzyć w to. Chcę wierzyć, że istnieje coś więcej. - Victor wylał odrobinę whiskey poza brzeg szklanki. - Że możemy być czymś więcej. Cholera, możemy być bohaterami.
- Możemy być martwi. - powiedział Eli.
- To ryzyko, które każdy podejmuje żyjąc." 

   Nie będę pisać więcej o fabule, nie opiszę tego, kim był każdy z bohaterów i w jaki sposób zeszły się ich drogi. Mam nadzieję, że sami się zechcecie przekonać, tym bardziej, że pod koniec tego roku Victor i cała reszta przerażającej gromadki ponownie zagoszczą w księgarniach w drugim tomie serii, zatytułowanym "Vengeful". Powiem tylko tyle: jeśli chcecie poznać znaczenie słowa anty-bohater, Victor i Eli Wam w tym pomogą.



tytuł: Vicious
autor: V.E.Schwab
cykl: Villains (tom I)
wydawnictwo: Tor
liczba stron: 383



ocena: ★★★★★

sobota, 17 marca 2018

Reread-a-thon 2018, czyli wracamy do książek, które już znamy ☆ミ

   Przy dziesiątkach tytułów, które pojawiają się każdego dnia w księgarniach, a także przy stosach zakupów książkowych, które nadal czekają na swoją kolej, ciężko oddać się czytelniczym powrotom. A szkoda, bo ja osobiście do ulubieńców książkowych powracać uwielbiam, niektórych odwiedzałam dziesiątki już razy i nadal mi mało. Na szczęście znalazła się Merphy Napier, booktuberka, z którą co prawda często się nie zgadzam, ale której bardzo dobrze się słucha, gdy opowiada o książkach. Otóż wymyśliła sobie ona, że zorganizuje dla wszystkich wielbicieli wielokrotnego czytania ulubionych powieści maraton czytelniczy, polegający właśnie na powrocie do książek raz już przeczytanych. Przez siedem dni od dzisiaj (czyli niedzieli 18-go marca) możemy wracać do ukochanych światów i bohaterów i nie czuć się winnymi, że na półkach piętrzą się nowe tytuły, po które nie sięgamy, bo nie ma czasu.

   Reread-a-thon nie byłby maratonem czytelniczym, gdyby nie miał jakichś wyzwań. Tym razem jest ich cztery i planuję wypełnić wszystkie. A oto one:

  1. Przeczytaj ponownie dawnego ulubieńca.
  2. Przeczytaj ponownie nowego ulubieńca.
  3. Daj książce drugą szansę.
  4. Przeczytaj ponownie w oczekiwaniu na kontynuację.
   Mój stosik książkowy wygląda następująco↓


   Wyzwaniu nr 1 odpowiem książką, którą pamiętam z czasów dzieciństwa i która do dziś wzrusza mnie i cieszy. "O księciu Gotfrydzie, rycerzy gwiazdy wigilijnej" Haliny Górskiej to baśń napisana przepięknym językiem, która na zawsze już ukształtowała mój wzór rycerza: szlachetnego, dobrego, kochającego, silnego i wybaczającego. 


   "We are the ants" Shauna Davida Hutchinsona to jedna z moich ulubionych książek zeszłego roku, więc jako odpowiedź na wyzwanie nr 2 nadaje się idealnie. Na przeszkodzie może stanąć tylko czas, bo to ponad 450 stronnicowa cegiełka, a dwa z siedmiu dni spędzę w samolocie (nie mówiąc o późniejszej walce z jet lagiem). Na szczęście przygotowana jestem na każdą ewentualność i książka, o której wspomnę przy wyzwaniu nr 4, do nowych ulubieńców również należy, więc jakby co, usmażę dwie pieczenie przy jednym ogniu.


   Z wyzwaniem nr 3 miałam kłopot, nie umiałam sobie bowiem przypomnieć żadnej książki, której nie polubiłam, a którą chciałabym przeczytać drugi raz. Z pomocą i natchnieniem przyszło mi na szczęście wyzwanie czytelnicze Kirimy dotyczące czytania klasyki fantastyki, które przypomniało mi o pasującej tutaj książce. "Alicję w krainie czarów" czytałam jako dziecko i pamiętam, że ani mi się ona podobała, ani specjalnie mnie nie odrzucała. Ot, była po prostu taka sobie. Miałam wtedy lat jedenaście, dwanaście i jak się teraz nad tym zastanowię, być może byłam zbyt młoda, by dotarło do mnie coś więcej niż tylko zewnętrzna warstwa tej opowieści. Tym razem na książkę Lewisa Carrolla spojrzę okiem dorosłej osoby i zobaczę, czy jej odbiór się zmieni. 


   Nie miałam natomiast żadnego problemu z wyzwaniem ostatnim. "Vicious" to moja ulubiona książka V.E.Schwab, z pokręconymi, z pewnością niezbyt pozytywnymi bohaterami, ciekawym sposobem prowadzenia fabuły i moim najbardziej znienawidzonym antagonistą zeszłego roku. Planowałam ją przeczytać ponownie w tym roku, ponieważ 25-go września tego roku ma się pojawić na rynku sequel o wdzięcznym tytule "Vengeful", w którym raz jeszcze spotkam Victora, nawiasem mówiąc jednego z moich ulubionych niejednoznacznych protagonistów, a także ponownie złościć się będę na tego wrednego skurczysyna Eli'ego.

   Jak już wspomniałam, mimo że lista książek jest krótka, dwa dni będę miała wyjęte z życia, w związku z czym "Vicious" stanowi zabezpieczenie na wypadek braku czasu na przeczytanie "We are the ants". 


   Znajdą się tu zaciekawieni i chętni na powrót choć na krótką chwilę do swoich ulubionych książek? Jeśli tak, zapraszam do wzięcia udziału w maratonie. Resztę proszę o trzymanie kciuków!

Dobre s-f jest dobre - Pierce Brown "Red Rising"

   It's alive!!! Tak można by zakrzyknąć na widok tego wpisu, którym daję znać, że żyję i mam się dobrze. Przepraszam wszystkich Odwiedzających za długą nieobecność, a jeszcze bardziej za nie odpowiadanie na Wasze komentarze. Myślałam, że luty był zakręconym miesiącem, ale okazuje się, że początek marca też obfitował w moją nieobecność w domu. Tym samym mimo bardzo dobrego okresu czytelniczego (osiem książek, a to dopiero połowa miesiąca), blogowo zapanowała susza. Mam jednak nadzieję, że od teraz wrócę do jako takiej regularności wpisowej, a także nadrobię zaległości recenzenckie, rozpoczynając poniższym wpisem.

   Dużo czasu minęło, odkąd po raz ostatni sięgnęłam po książkę z gatunku science-fiction. Ta odmiana fantastyki przez dużą część czytelniczego życia należała do moich ulubionych, choć przez ostatnie parę lat to fantasy grało pierwsze skrzypce, spychając swojego bardziej futurystycznego brata w cień. O "Red Rising" Pierce'a Browna słyszałam multum na zagranicznym booktubie i wszystkie opinie były zachwycające i zachęcające, co wzbudziło we mnie ogromną chęć na przeczytanie z jednej strony, a przekorną niewiarę w jakość tej opowieści z drugiej. Mimo, że kupiłam e-booka już z ponad pół roku temu, cały czas nie mogłam się do niego zabrać, bo przecież nie może to być tak dobra książka, jak mówią! Poza tym stosik papierowych książek do przeczytania stale się powiększa, przez co e-booki czytam przede wszystkim w pracy (ciii!) i zajmuje mi to dużo więcej czasu, niż normalnie. Wreszcie jednak postanowiłam sprawdzić, o co chodzi w tych zachwytach... i po przeczytaniu, a raczej pochłonięciu pierwszego tomu trylogii już wiem i dołączam do grona fanów prozy pana Browna.

   "Red Rising" to opowieść o świecie dalekiej przyszłości, w której społeczeństwo podzielone zostało ze względu na kasty określane mianem kolorów, wśród których na szczycie plasują się Złoci, a na samym dnie (dosłownie) Czerwoni. Jeden z Czerwonych z Marsa, Darrow, żyje wraz ze swoją żoną głęboko pod powierzchnią Marsa, nie zdając sobie sprawy, jak wygląda świat na powierzchni, a wszystko, co pokazuje im propaganda, jest kłamstwem, tak przerażającym, że aż niewiarygodnym. Pewne wydarzenie powoduje, że Darrow dołącza do bojowników o wolność (choć wielu nazywa ich terrorystami) i przechodząc niewyobrażalną przemianę wyrusza, by zinfiltrować społeczność Złotych i zniszczyć ich od wewnątrz.

   Tak naprawdę to bardzo krótkie streszczenie fabuły nie oddaje niesamowitego świata, jaki stworzył Pierce Brown. Byłam pod ogromnym wrażeniem sugestywności, z jaką oddał autor różne warstwy społeczeństwa. Wydarzenia w głębinach pod powierzchnią Marsa duszą atmosferą gorąca, smrodu i potu Czerwonych, Szkoła dla Złotych przytłacza okrucieństwem i cierpieniem. Futurystyczny świat Browna nie jest dla ludzi o słabych sercach, jeden drobny krok w bok, jedno zejście z linii, po której dany kolor może się poruszać, prowadzi do śmierci. I choć pisarz wykorzystuje motywy znane nam z literatury fantastycznej (zróżnicowanie klasowe i wiążące się z tym niesprawiedliwości, szkołę, której celem jest wyłonienie najsilniejszych, rebelię ciemiężonych), łączy je niezwykle sprawnym warsztatem w opowieść, od której nie można się oderwać. Aż nie chce się wierzyć, że to debiutancka powieść!

   Oczywiście nie sposób tutaj nie wspomnieć o głównym bohaterze. Darrow to postać łącząca w sobie wiele przeciwstawnych uczuć: głęboko kochający, a równocześnie o nienawiści tak gorącej, że aż parzy; pragnący sprawiedliwości, a równocześnie dopuszczający się zbrodni; młodzieńczo impulsywny, a równocześnie cierpliwy, gdy zachodzi taka potrzeba. Na kartach książki występuje wiele interesujących postaci, ale Brown ewidentnie skupił cały swój kunszt na stworzeniu Darrowa. Powstał dzięki temu bohater, który jak żaden od bardzo dawna zaintrygował mnie i zmusił do poszerzenia listy literackich ulubieńców.

   Nie czytałam polskiego przekładu, nie wiem więc, jak pod względem literackim prezentuje się ta książka w Polsce, jednak oryginał jest napisany świetnym językiem, bardzo dosadnym w niektórych momentach, a mimo to potrafiącym przyjąć lekką poetycką nutę, gdy trzeba. Motyw pieśni, którą śpiewa żona Darrowa, a potem pojawia się ona w ustach zupełnie niespodziewanej osoby, to mój osobisty ulubieniec (muzyczne zboczenie, które zawsze dodaje +10 do każdej opowieści).

   Jedna uwaga - książka jest brutalna, tak jak i świat, w którym toczy się historia. Jeśli przeszkadza Ci krew lejąca się nie raz i nie dwa strumieniami, morderstwo, wspomnienia tortur i przemocy, zastanów się dwa razy, zanim weźmiesz "Red Rising" do ręki. Osobiście uważam jednak, że bez tego okrucieństwa świat Złotych i Czerwonych byłby po prostu mniej wiarygodny, a postępowanie i decyzje bohaterów straciłyby sens.

   "Red Rising" przeczytałam na Kindlu, ale natychmiast po skończeniu zamówiłam wersję papierową zarówno tego pierwszego, jak i pozostałych dwóch tomów trylogii. I tu informacja dla tych, którzy zainteresowani są wersją angielską: wszystkie trzy książki można zamówić w Empiku, ale zupełnie się to nie opłaca w porównaniu z zamówieniem z bookdepository, na której to stronie całość kosztowała mnie 85zł, podczas gdy Empik życzy sobie za trylogię ponad 120zł. Dla prawie czterdziestu złotych różnicy stanowczo wolę poczekać dwa tygodnie na dostawę.

   Podsumowując, "Red Rising" jest książką dla każdego, kto od podróży międzygwiezdnych i międzygalaktycznych wojen woli fantastykę naukową skupiającą się na społeczeństwie, jego strukturze i destabilizacji, dla czytelników lubiących niebanalne i niejednowymiarowe postaci, a także dla wszystkich wielbicieli szybkiej akcji i niespodziewanych zwrotów fabuły.



tytuł: Red Rising
autor: Pierce Brown
cykl: Red Rising
wydawnictwo: Hodder & Stoughton General Division
liczba stron: 400


ocena: ★★★★☆ 1/4

środa, 7 marca 2018

Spóźniony book haul - luty 2018 + podsumowanie miesiąca☆ミ

   Wróciłam! Cała, zdrowa, choć bardzo zmęczona, bo jak wiadomo, wakacje męczą najbardziej. Od dwóch dni zmagam się ze sporym jet lagiem, a tu jeszcze dziś do pracy trzeba iść... Jak by nie było, wracam do pisania bloga wpisem poświęconym book haulowi, nieco spóźnionymu, ale co tam.

   Luty to miesiąc moich urodzin, a mimo to wszystkie książki, które pojawiły się w moich rękach kupiłam sama (takie to już moje szczęście). W przeciwieństwie do stycznia, w którym królowały książki w naszym rodzimym języku, luty zdominowany został przez pozycje anglojęzyczne. Dziewięć książek, które zdobyłam a to w księgarni, a to przez internet, to:

  • jedna pozycja wydana po polsku,
  • jedna manga po japońsku,
  • cztery e-booki (wszystkie po angielsku),
  • trzy fizyczne pozycje po angielsku.

   Zacznę od książek kupionych w księgarniach, bo po pierwsze są w mniejszości, a po drugie są jedynymi pozycjami nieanglojęzycznymi. 

   Jak niemal w co drugim miesiącu zaczęło się od nowego tomiku "Haikyuu!!", która to manga sięgnęła szlachetnej liczby trzydziestu tomów. O tym, jak bardzo zwariowany i zajęty był dla mnie luty niech świadczy to, że nadal jeszcze ten tomik przede mną.

   Adama Silverę znam z "History Is All You Left Me", która to książka wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Proza Silvery jest prosta i szybka  w czytaniu, a tematy przez niego poruszane warte zamyślenia, dlatego gdy tylko weszłam do Empiku z zamiarem niekupowania niczego, "More Happy Than Not/Raczej szczęśliwy niż nie" przekonała mnie do zmiany planów.

   Amazon kusi mnie zazwyczaj świetnymi ofertami e-bookowymi, ale tym razem skusiłam się na promocję trzech książek za 10 funtów, mimo że właściwie żadnej z wymienionych pozycji nie miałam w najbliższych planach zakupowych. Czego te promocje z człowiekiem nie robią, prawda?


   O "The Power" Naomi Alderman słyszałam na zagranicznym booktubie i zaciekawiło mnie, co też takiego napisała autorka, że dostała za tę książkę nagrodę. Jestem już po jej przeczytaniu, recenzja z moją opinią, czy warto przeczytać, już niedługo na blogu.


   Blake Crouch napisał trylogię o Wayward Pines, którą bardzo chcę przeczytać, bo z opisu wygląda na coś, co może mi się spodobać. Nie czytałam jeszcze żadnej pozycji tego autora, ale o "Dark Matter" słyszałam raczej dobre rzeczy, postanowiłam więc, że znajomość z Blakem Crouchem mogę równie dobrze zacząć od tej właśnie książki.


   Leigh Bardugo znam z "Szóstki wron", którą przeczytałam po angielsku nie wiedząc nic na temat autorki i fabuły, a która spodobała mi się zadziwiająco jak na pozycję młodzieżową. Wonder Woman poznałam dzięki odsłonie filmowej, bo komiksy DC (oprócz tych o Batmanie) nigdy jakoś mnie do siebie nie umiały przekonać. Zaciekawiło mnie, jak sprawdzi się super bohaterka w odsłonie książkowej i na ile dobrze poradzi sobie Bardugo z przeniesieniem postaci komiksowej na strony powieści, dlatego "Wonder Woman: Warbringer" to pozycja, którą na sto procent zamierzam w marcu przeczytać.

   Pora na e-booki, z których dwa kupiłam, bo przecena, a dwa, bo tzw. guilty pleasure.

 
   O Adamie Sliverze już w tym wpisie wspominałam. Gdy Amazon zaproponował mi, że pozwoli mi zapoznać się z najnowszą pozycją Silvery za niecałe dwa dolary, stwierdziłam Amazonie, Bierz Moje Pieniądze. "They Both Die At The End" podobno musi się skończyć toną mokrych chusteczek higienicznych, co traktuję jako wyzwanie, bo zazwyczaj płaczę przy lekturach zupełnie do płaczu nie zachęcających. "Dear Martin" Nica Stone'a to jedna z wielu ostatnio pozycji, które poruszają problem przemocy wobec Afroamerykanów, zwłaszcza płci męskiej. Temat na pewno warty zgłębienia, tym bardziej, że jako biała dziewczyna żyjąca w białym w większości społeczeństwie niewiele wiem na temat życia tej grupy społecznej w Ameryce poza tym, co przeczytam w prasie czy zobaczę w informacjach.

 
   Dochodzimy wreszcie do dwóch opowiadań należących do serii książek, które stanowczo można określić mianem guilty pleasure. "Captive Prince" to cykl opowieści dziejących się w świecie stylizowanym na starożytną Grecję, w którym głównymi bohaterami są dwaj książęta z skomplikowanym związku (jeśli można to tak nazwać) pan-niewolnik. Są to książki problematyczne pod wieloma względami, nawet nie będę zaprzeczać, ale dobrze napisane, z kolorowymi postaciami (Laurent to mój absolutny faworyt), więc pal licho, przyznaję bez bicia, że uwielbiam całą serię. Niektórzy mają Greya, ja mam Damianosa i Laurenta (na dodatek o wiele lepiej napisanych). "The Adventures of Charls, the Veretian Cloth Merchant" i "The Summer Palace" to dwie krótkie historie umieszczone w świecie "Captive Prince", obie przesłodkie, zabawne, a ta druga również słodko-gorzka, przy których uśmiech nie schodził z mojej twarzy. Recenzja być może już niedługo.

   To tyle, jeśli chodzi o book haul lutowy. Tym razem nie przesadziłam z zakupami, z czego jestem bardzo zadowolona, tym bardziej, że na urodziny dostałam dwie karty podarunkowe do Empiku, w związku z czym w marcu prawdopodobnie zostanę pod książkami zgnieciona.


   Podsumowanie czytelnicze będzie jeszcze krótsze, bo podróżowanie tym razem nie sprzyjało czytaniu. Drugi miesiąc roku zakończyłam wynikiem siedmiu przeczytanych książek:


   "Dożywocie" Marty Kisiel to świetny początek miesiąca, bo i zabawnie było, i bohaterów można polubić. "Śpiący giganci" Sylvaina Neuvela z jednej strony odrobinę zawiedli moje oczekiwania, z drugiej to mimo wszystko ciekawa książka s-f, po której kontynuację na pewno sięgnę. Ogromnym rozczarowaniem okazało się natomiast "Ready Player One" Ernesta Cline'a, w którym tak naprawdę poza nostalgią do lat dzieciństwa podobało mi się niewiele. Za to Akutagawa Ryūnosuke zachwycił mnie swoimi "Japanese Short Stories" i utwierdził w przekonaniu, że jak sięgać po pisarza japońskiego, to przede wszystkim w krótkich formach. "The Disappearances" Emily Bain Murphy okazały się dokładnie tym, na co wyglądają, czyli niezłą młodzieżówką z odrobiną magicznej atmosfery i zagadką, której rozwiązanie zajęło bohaterom większą część opowieści. Ostatnie dwie pozycje przeczytane w lutym nie doczekały się jeszcze recenzji, ale mam nadzieję nadrobić to w najbliższych dniach. "Ostrze zdrajcy" Sebastiena de Castella to tacy muszkieterowie w wydaniu fantastycznym, z dowcipnymi dialogami i ogromną ilością pojedynków, a "Idealny stan" Brandona Sandersona to zakręcone opowiadanko fantastyczno-naukowe z zaskakującym zakończeniem.

   W lutym udało mi się natomiast wykonać trzy z moich postanowień noworocznych, z czego jestem niezmiernie dumna. Z dwunastu książek z book haula styczniowego przeczytałam pięć pozycji (osiem, jeśli liczyć książki pochłonięte już w styczniu i wcześniej), czyli stanowczo więcej niż jedną czwartą. Postanowienie dotyczące polskich autorów wypełnione zostało dzięki "Dożywociu" Marty Kisiel, a Akutagawa i jego "Japanese Short Stories" jak ulał przypasowały do wyzwania czytelniczego Kirimy dotyczącego czytania klasyki. Teraz została mi już tylko klasyka s-f/fantasy, ale na szczęście w marcu powinnam mieć więcej czasu, zarówno na czytanie, jak i na pisanie.



    Mam nadzieję, że choć krótszy, luty był dla Was, drodzy Odwiedzający, miesiącem wypełnionym czytelniczo, a marzec przyniesie ze sobą nie tylko wiosnę, ale i wspaniałe zdobycze książkowe i kolejne cudowne opowieści.