sobota, 25 sierpnia 2018

TAG lekturowy, bo w końcu szkoła tuż za rogiem

   Miało być recenzencko, ale ponieważ za półtorej godziny muszę wyjść do pracy, to w zamian za to będzie TAGowo. Tym bardziej, że cudowna Kirima z Misie czytanie podoba oTAGowała mnie w jakże adekwatnym do pory roku TAGu poświęconym lekturom szkolnym. Bez zbędnych ceregieli zatem zaczynamy!


1. Moja ukochana lektura szkolna to…

   I tutaj, drodzy Odwiedzający, być może wielu z Was zakrzyknie wielkim głosem CHYBA ŻARTUJESZ!, ale moją ulubioną lekturą szkolną była trzecia część "Dziadów" Mickiewicza. Tak, tak, ta zmora większości uczniów spodobała mi się tak bardzo, że przeczytałam ją trzy razy pod rząd i do dzisiaj fragmenty tkwią w mej pamięci, co jest zjawiskiem niebywałym, gdyż - jak to mawiał mój nauczyciel gry na flecie - pamięć mam bardzo dobrą, ale również bardzo krótką. Urzekło mnie w "Dziadach" wszystko, Konrad z jego szaleństwem i obłąkańczymi wizjami, atmosfera panująca w ciasnej celi, piękno języka Mickiewicza. Wśród obowiązkowych lektur szkolnych podobało mi się wiele z nich, chociażby "Potop" Sienkiewicza czy "Lalka" Prusa, ale "Dziady" królują niepodzielnie i niezmiennie.

2. Najgorsza lektura szkolna, jaką przeczytałam, to…

   "Antek" Prusa. W którymś z późniejszych punktów jeszcze do niej wrócę, teraz natomiast powiem tylko, że czytanie jej było dla mnie, uczennicy podstawówki, tak traumatyczne, że nawet teraz, gdy o niej myślę, chce mi się płakać. Z lektur bardziej dorosłych pierwsze miejsce bez wątpienia zajmuje za to "Przedwiośnie" Żeromskiego. Och, jak ja nienawidziłam tej książki! Miałki główny bohater, nudna fabuła o niczym, okropieństwo.

3. (Pierwsza) lektura, której nie przeczytałam, to…

   Może nie tyle nie przeczytałam, ile nie doczytałam w całości. Mowa o "Krzyżakach" Sienkiewicza, którzy tak do połowy pochłonęli mnie całkowicie, by od połowy zacząć się dłużyć i zanudzać, więc przeskoczyłam od razu do bitwy pod Grunwaldem, a potem do ostatnich stron ostatniego rozdziału. Wstyd się przyznać, ale nauczyli mnie "Krzyżacy", jak wyłapywać z książki najważniejsze informacje bez przeczytania jej od deski do deski.


4. Lektura szkolna, którą przeczytałem/-am więcej niż raz, to…

   Wspomniane wcześniej "Dziady", a oprócz tego "Dzieci z Bullerbyn" Lindgren, "Hobbit" Tolkiena i "Tajemniczy ogród" Frances Hodgson Burnett. Uwielbiałam te książki pasjami i do wszystkich z nich, tak , nawet do "Dzieci z Bullerbyn" wracam nadal i poczytuję od czasu do czasu, gdy zbierze mi się na wspomnienia. Książki te to idealne lektury, bo proste i szybkie są w czytaniu, a przy tym potrafią całkowicie przyciągnąć uwagę młodego czytelnika i udowodnić mu, że książka nie musi być nudna, a i na lekturze można się dobrze bawić.

5. Lektura szkolna, do której wróciłem/-am po latach…

   Ups, chyba odpowiedziało mi się na to pytanie przed chwilą. Dodam w takim razie, że zauważyłam taką prawidłowość, że lektury z listy tych dodatkowych wygrywają na całej linii, jeśli chodzi o przyjemność, jaką uczennica, którą byłam, z nich czerpała. Wiem, kanon trzeba poznać, po książki poważniejsze trzeba sięgać, ale faktem jest, że to właśnie poprzez zachęcanie do czytania lektur pozaobowiązkowych można stworzyć wielbicieli czytelnictwa.

6. Lektura szkolna, którą przeczytałem/-am zanim dowiedziałem/-am się, że jest lekturą, to…

   "Potop" Sienkiewicza. Wiedziałam, że coś tego pisarza w spisie lektur się znajduje, ale czytając "Potop" na wakacjach nie miałam pojęcia, że ułatwiłam sobie sprawę i za pół roku będę się cieszyła ze swojej (zupełnie przypadkowej) zapobiegliwości.


7. Lektura szkolna, którą udało mi się przeczytać dopiero niedawno, to…

   Szczerze mówiąc nic nie przychodzi mi do głowy. Nie wiem, jak wygląda teraz kanon lektur, być może znalazłoby się wśród nich coś, co przeczytałam ostatnimi czasy. Wiem natomiast, że we wrześniu chciałabym wreszcie przeczytać coś Lema, bo oprócz fragmentów "Bajek robotów", z których zresztą nic już nie pamiętam, nie znam w ogóle twórczości naszego mistrza fantastyki naukowej.

8. Lektura szkolna, która powinna zniknąć z kanonu, to…

   Wracam do "Antka" Prusa. Lekturą obowiązkową był on w czwartej? piątej? klasie podstawówki i pamiętam, jak ze łzami w oczach opowiadałam rodzicom, jak okropna była scena "leczenia" Rozalki, jak długo jeszcze potem śniły mi się koszmary o wsadzaniu do pieca i paleniu żywcem. Pewnie, nie każdy w ogóle zwrócił uwagę na ten fragment nowelki, niektórzy z Was może nawet nie wiedzą, o co mi chodzi. Ja jednak, gdybym tylko miała taką moc sprawczą, usunęłabym "Antka" z przed oczu dzieci w tym wieku i oszczędziła tym co bardziej wrażliwym traumy na całe dzieciństwo.

9. Książka, która według mnie powinna być lekturą szkolną, to…

   Tak dużo się mówi o upadku czytelnictwa, o coraz mniejszej ilości młodych ludzi sięgających po książki. Według mnie można by choć częściowo temu zaradzić przez wzbogacenie listy lektur o pozycje, które dzieci i nastolatki lubią i które uczyniłyby kanon choć trochę w ich oczach ciekawszym. Dlaczego nie dodać jakiejś ciekawej serii fantastycznej? Albo którejś z poruszających poważniejsze problemy książki młodzieżowej? Zamiast łupać po kolei ciężkich klasyków, można by przecież poprzedzielać ich czymś lżejszym i bliższym współczesnym uczniom.

10. Lektura dowolna to ostatnia lektura przerabiana w czerwcu na języku polskim. Nauczyciel nie podaje żadnych wytycznych, uczeń sam wybiera książkę, którą chce przeczytać i przedstawić klasie. Co sądzisz o idei "lektury dowolnej"?

   Idea świetna, ale w mojej opinii powinna być promowana przez cały rok szkolny, zwłaszcza, jeśli nauczycielka czy nauczyciel języka polskiego jest równocześnie wychowawcą. Pamiętać bowiem należy o tym, że młody człowiek, tępiony przez cały rok szkolny za czytanie "głupot", takich jak komiksy, mangi czy powieści zgoła nie "poważne", na ostatniej lekcji w roku nie wychyli się nagle i z przyjemnością nie przedstawi swojego ulubionego "Spider-mana" czy "Czarodziejki z księżyca". Zupełnie inaczej wyglądałoby to natomiast, gdyby co jakiś czas, na lekcji wychowawczej, albo na ostatnim polskim przed świętami czy feriami, właśnie takie luźne opowiadanie o swoich ulubionych książkach/komiksach miało miejsce. I jeszcze jedno - nauczyciel powinien również wziąć w tym udział, pokazując swoim uczniom, że wieczorami nie siedzi i nie studiuje z namaszczeniem dzieł wszystkich Platona, lecz emocjonuje się mrocznym kryminałem czy wzrusza na cukierkowym romansie. Taka była moja nauczycielka polskiego, która w wolnych chwilach pożyczała i dyskutowała z uczniami o najnowszej książce fantastycznej, którą udało jej się przeczytać, i za te chwile wspólnego emocjonowania się nie-lekturami jestem jej bardzo wdzięczna.



   Do zrobienia TAGu zapraszam:
- Anię z booklicity,
- Ewelinę z Gier w bibliotece,
- Sylwię z unSerious.


środa, 22 sierpnia 2018

Jak to jest mieć Pecha, tudzież jak to Pech ma ciebie - Martyna Raduchowska "Szamanka od umarlaków"

   Kiedy byłam jeszcze młoda i piękna (czyli tak do dwunastego roku życia), należałam do niemałej grupy czytelników, którzy odnajdywali największą radość z szybko toczącej się akcji i dużej ilości zabawnych dialogów, natomiast przemyślenia wewnętrzne bohaterów czy też, nie daj Boże, opisy przyrody powodowały lekkie zniecierpliwienie, ewentualnie dyskretne ziewanie. Wszystko to zmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki po lekturze "Władcy pierścieni" J.R.R.Tolkiena, która nie tylko otworzyła moje oczy na świat literatury fantastycznej, ale i odkryła przede mną piękno szczegółowych opisów stworzonego świata, zjawisk przyrody i uczuciowego wnętrza postaci książkowych. Od tego czasu na ocenę większości przeczytanych pozycji ogromny wpływ mają właśnie te elementy i choćby opowieść była sama w sobie ciekawa, a dialogi bohaterów inteligentne i zabawne, że boki zrywać, bez dobrej kreacji świata, w którym przyszło postaciom przebywać, ocena ta zawsze będzie zaniżona.

    Czemu zamęczyłam Was tym przydługim wstępem? Ano właśnie temu, że książka, o której jest ta recenzja, nie sprostała wyżej wymienionemu wymaganiu i tym samym nie spełniła pokładanych w niej nadziei.

   "Szamanka od umarlaków" Martyny Raduchowskiej to pozycja z gatunku urban fantasy, dziejąca się we współczesnym nam Wrocławiu, lecz poruszająca tematy bynajmniej nie codzienne, gdyż jej główna bohaterka, Ida Brzezińska, widzi duchy zmarłych, a także, jak się okazuje, potrafi przewidzieć śmierć. Po pewnym wydarzeniu, w które zaplątana była zakrapiana impreza w akademiku, zagubiona i przerażona dziewczyna trafia wreszcie pod skrzydła swojej ciotki Tekli i tam dowiaduje się, co tak naprawdę oznacza bycie szamanką od umarlaków i czym się to je.

   Książka opowiada o szkoleniu Idy na szamankę i o jej pierwszej "sprawie". Dowiadujemy się, skąd się biorą harpie, dlaczego wchodzenie w lustra jest niebezpieczne i jak się nazywa biuro rządowe, które zajmuje się sprawami nadnaturalnymi. Wydawałoby się, że to wystarczy do stworzenia książki pełnej akcji i ciekawego świata, a tym samym do zapewnienia czytelnikowi dobrej zabawy. Niestety, o ile postaci, o których zaraz powiem więcej, są interesujące i bez wątpienia stanowią najmocniejszy punkt opowieści, o tyle cała reszta kuleje.

   Może zacznę pozytywnie. Główna bohaterka, Ida, choć miejscami denerwująca, sprawdza się jako heroina historii tego typu. Wygadana, złośliwa, nie głupia, choć niekiedy można mieć co do tego wątpliwości, jak już coś robi, to stara się to robić dobrze. A że Pech, którego ma (choć może lepiej powiedzieć, że to Pech ma Idę), rzuca kłody pod jej stopy? Cóż, takie życie, nie można mieć nadnaturalnych zdolności i za nie nie zapłacić. Jej ciotka, Tekla, to również kobietka charakterna, mówiąca do Idy w trzeciej osobie, co osobiście przypadło mi do gustu, bo nadało tej postaci smaczku i indywidualności. Gryzak - słodki Łapacz snów, którego zadaniem jest między innymi zjadać koszmary Idy, kojarzył mi się niestety z Pokemonem. Niestety, bo choć do samych Pokemonów nic nie mam, to obecność jednego z nich w tej opowieści pasowała mi jak pięść do oka. O reszcie postaci właściwie można powiedzieć to, że były, bez wątpienia poznać je lepiej będzie można w części drugiej.

   To, co najbardziej mi przeszkadzało w "Szamance od umarlaków" i nie pozwalało czerpać takiej przyjemności z czytania, na jaką miałam nadzieję, była kreacja świata, w którym dzieje się (minimalna zresztą) akcja książki, a raczej tej kreacji brak. Ja wiem, że to urban fantasty, ja rozumiem, że Wrocław jaki jest, każdy Polak wie. Mimo tego miałam wrażenie, że nie istnieje on poza dwu może metrową bańką, otaczającą główną bohaterkę. Nie ma w książce pół opisu ulicy, przyroda wspominana jest tylko przy okazji burzy, która się nad głową naszej heroiny zbiera. Podczas czytania miałam wrażenie, że oprócz Idy i osób w danym momencie najbliżej się jej znajdujących Wrocław to wymarłe miasto. Zresztą mogłoby to być jakiekolwiek miejsce na ziemi, Bzdzin Dolny w Polsce czy Nowy Jork lub Tokio, jeden kit. Wszystko naokoło było pozbawione osobowości i koloru, jak przestrzeń zasnuta gęstą mgłą, z której zarysy budynków i ludzi wynurzały się tylko wtedy, gdy zbliżała się do nich Ida.

   Weźmy choćby taką uczelnię, na której bohaterka studiuje (choć wiemy o tym właściwie tylko z jednego czy dwóch zdań, w których skarży się na sesję). Coś, o czym Ida marzyła, dla czego praktycznie uciekła z domu, nie odgrywa żadnej roli w jej życiu. Początkowo zamieszkała w akademiku i zarabiała tam sobie na boku jako wróżka. I co? I nic, jak tylko przeniosła się do domu ciotki, akademik i mieszkający w nim studenci, z którymi przecież jednak jakąś interakcję Ida miała, wyparowują, by nigdy już w książce nie powrócić.

   Wszystko to sprawiło, że nawet wtedy, gdy akcja przyspieszyła i nabrała kolorów, ja nadal czułam przede wszystkim irytację, że czegoś brakuje, że tu przydałby się lepszy opis sytuacji, a tam bardziej szczegółowe zarysowanie wydarzeń.

   Szkoda, bardzo wielka szkoda, że opowieść z potencjałem i niezłym pomysłem, mogę po przeczytaniu podsumować jednym zdaniem: mogło być dobrze, a wyszło przeciętnie. I choć jestem ciekawa, co też Pech tym razem wymyśli i jak sprawa z lustrem się rozwiąże, to nie jestem pewna, czy z czystym sumieniem mogłabym polecić tę pozycję komukolwiek, kto lubi coś więcej niż uszczypliwych bohaterów. Ja natomiast cieszę się, że kupiłam wersję elektroniczną książki, bo choć okładka prezentuje się wspaniale, to miejsca na półce, które "Szamanka od umarlaków" by zajęła, byłoby mi żal.




tytuł: Szamanka od umarlaków
cykl: Szamanka od umarlaków (tom 1)
autor: Martyna Raduchowska
wydawnictwo: Uroboros
liczba stron: 416



ocena: ★★★☆☆

niedziela, 19 sierpnia 2018

Historia niby znana, a jednak chwytająca za serce jak nigdy - Madeline Miller "The Song of Achilles"

   Fatum. Okrutne słowo, przynoszące ze sobą cierpienie, rozpacz i świadomość własnej bezradności w obliczu losu. Zresztą, co ja Wam będę tłumaczyć, czym ono jest, wystarczy przecież odwołać się do czasów szkolnych i zajęć z literatury antycznej, które nikogo z nas nie ominęły. Imiona słynnych bohaterów starożytnej Grecji, których przeznaczenie zapisano w gwiazdach, zapełniały nasze zeszyty strona po stronie: Edyp, zabijający ojca i poślubiający własną matkę, Hektor, ginący z ręki Achillesa, Parys, przynoszący zagładę swemu miastu Troi. Żaden z nich, mimo próby walki z przeznaczeniem, nie uniknął wyroków losu.

   Nie inaczej jest w opowieści Madeline Miller, zatytułowanej "The Song of Achilles", tudzież jak chce polskie tłumaczenie "Achilles. W pułapce przeznaczenia" (swoją drogą, kto zatwierdził takiego koszmarka?!? Przecież to brzmi jak tytuł kiepskiego filmu sensacyjnego z idiotycznym wątkiem miłosnym!). "Pieśń o Achillesie" to tak zwany retelling, czyli opowiedzenie na nowo znanej z mitologii i częściowo z homerowskiej "Iliady" historii Achillesa, jednego z największych i najpotężniejszych greckich herosów, którego losy od młodości aż do śmierci w wojnie trojańskiej śledzimy oczyma Patroklosa, najwierniejszego przyjaciela bohatera.

   Madeline Miller, opierając się na oryginalnych mitach, a także po części na Homerze, przestawiła nam Achillesa, jakiego nie znamy: radosnego, pełnego życia chłopaka, kochającego swojego towarzysza miłością gorącą i nie znającą umiaru, który zdaje sobie sprawę z wiszącej nad nim przepowiedni i robi wszystko, by do jej spełnienia nie doszło. Przede wszystkim jednak pisarka przedstawia czytelnikowi postać Patroklosa, wygnanego księcia, który znalazł schronienie na dworze króla Peleusa i tam zdobywa serce królewskiego syna, Achillesa. "Pieśń o Achillesie" to tak naprawdę opowieść o Patroklosie - spokojnym, słabym chłopcu, który zmierzyć się musi z nienawiścią boskiej matki herosa i świadomością okrutnego przeznaczenia, jakie wisi nad jego wybrankiem.

- Wymień jednego bohatera, który był szczęśliwy.
Zamyśliłem się. Herakles zwariował i zabił swoją rodzinę, Tezeusz stracił narzeczoną i ojca, Bellerofont zabił Chimerę, ale został kaleką po upadku z Pegaza.
- Nie potrafisz - usiadł i pochylił się ku mnie.
- Nie potrafię.
- Wiem. Nie pozwalają ci być sławnym i szczęśliwym - uniósł brew. - Zdradzę ci sekret.
- Zdradź - uwielbiałem go w takich momentach.
- Ja będę pierwszy - chwycił moją dłoń i przyłożył do swojej. - Przyrzeknij.
- Dlaczego ja?
- Bo to ty jesteś tego powodem. Przyrzeknij.
- Przyrzekam - powiedziałem, zagubiony w jego rumieńcu i płomieniu w jego oczach.
- Przyrzekam - powtórzył. 

   Madeline Miller udało się uczynić z tych starożytnych, niewzruszonych bohaterów ludzi z krwi i kości, których można polubić i pokochać, a ich losy nagle stają się nam bliskie i każde niepowodzenie, które ich spotyka, każda przelana łza wbijają się w nasz serce niczym oszczep. Nawet Achilles, którego podczas czytania "Iliady" szczerze nienawidziłam za to, co zrobił Hektorowi, tutaj zyskał moją przyjaźń i współczucie, choć bez wątpienia duży wpływ miał na to Patroklos, którego oczami spoglądamy na herosa i którego sercem poznajemy Achillesa takim, jakim mógłby być bez zbroi, armii i wojny. Ta dwójka to zresztą nie jedyni bohaterowie opowieści, którzy w książce pani Miller zyskują na charakterze i indywidualności. Pojawia się tutaj bowiem cała rzesza postaci, mniej lub bardziej z mitologii znanych, które jawią się czytelnikowi jako prawdziwi ludzie, mający swoje słabości, ale i siłę. Moimi osobistymi ulubienicami były Bryzejda, pełna wewnętrznej siły i odwagi powierniczka Patroklosa w trudnych, ostatnich dniach wojny trojańskiej, oraz Tetyda, zimna i okrutna morska boginka i matka Achillesa, której knowania i nienawiść do ukochanego jej syna doprowadziły do takiego a nie innego końca opowieści.

   W "Pieśni o Achillesie" najokrutniejsza i najboleśniejsza jest przenikająca wszystko zapowiedź tragedii i świadomość, że choćbym nie wiem jak chciała, by opowieść skończyła się szczęśliwie, na jej ostatnich stronach czeka na bohaterów (i na czytelnika) tylko rozpacz i śmierć. Dziwne to uczucie, czytać książkę po raz pierwszy równocześnie wiedząc, jak wszystko się skończy, a mimo to mieć nadzieję do samego końca, że może jednak tym razem będzie inaczej, że ukochanych postaci nie spotka nic złego.

   Sam wątek miłości między Achillesem i Patroklosem poprowadzony jest w sposób subtelny, przepełniony ciepłem i smutkiem. Przyznam, że to właśnie obserwowanie rozwijającego się między nimi uczucia oraz późniejszą przemianę Achillesa, sprowadzającą tyle bólu i rozpaczy w życie kochanków, stanowiło najlepszą i najbardziej dającą po uczuciach część opowieści. Ostatnie dwa zdania książki złagodziły odrobinę smutek, który towarzyszył mi nieprzerwanie od połowy historii i za to jestem Madeline Miller wdzięczna. Przygotujcie się jednak zawczasu i do czytania zasiądźcie z chusteczkami pod ręką.

   Nie wiem, jaką opowieścią jest "Kirke", najnowsza powieść pisarki, za którą zresztą mogę się teraz wziąć ze spokojnym sumieniem (choć na chwilę zrobię sobie przerwę od mitologicznych retellingów, by ochłonąć i uspokoić skołatane serce), ale "The Song of Achilles" jest warta tego, by zarwać dla niej dzień i noc. Jeśli nie mieliście jeszcze okazji po debiutancką powieść Madeline Miller sięgnąć, zachęcam Was do tego gorąco. Myślę, że się nie zawiedziecie.


tytuł: The Song of Achilles
autor: Madeline Miller
wydawnictwo: HarperCollins Publishers
liczba stron: 389




ocena: ★★★★★

wtorek, 14 sierpnia 2018

Pojedynek na śniadanie, potyczka na obiad, a na dobre zakończenie dnia tortury - Sebastien de Castell "Cień rycerza"

   Drodzy Odwiedzający, będziecie zaraz świadkami przedziwnego wpisu, w którym recenzja książki, ocenionej przeze mnie na cztery gwiazdki, składać się będzie prawie wyłącznie z opisu owej książki minusów. Prawda jest bowiem taka, że zdarza się pozycja, która przynosi wiele radości przy czytaniu, w której lubicie bohaterów i zależy Wam na ich losie, więc choćbyście nawet chcieli, to nie możecie jej ocenić negatywnie, a mimo to dostrzegacie cały szereg problemów i potknięć pisarza, które powinny zaważyć na jej ocenie. Taką właśnie pozycją jest dla mnie drugi tom cyklu o Wielkich Płaszczach Sebastiena de Castella.

   Zacznijmy jednak od początku. W "Cieniu rycerza" Falcio val Mond razem ze swoją wyjętą spod prawa bandą przyjaciół próbuje ocalić następczynię tronu, ukryć się przed okrutną i mściwą Trin, nie dać się jeszcze bardziej wplątać w knowania Krawcowej (za późno!) i uniknąć śmierci z rąk dashinich. Jak łatwo się domyśleć, idzie mu to wszystko jak po grudzie i w pewnym momencie czytelnik zaczyna się zastanawiać, czy de Castell to już sadysta, czy tylko człowiek z dużą wyobraźnią idącą w kiepskim dla bohaterów kierunku.

   Zacznę może pozytywnie. Bohaterowie opowieści to razem z poczuciem humoru autora największe plusy książki. Tych pozytywnych nie da się nie lubić, tych negatywnych mamy ochotę zadźgać najbliższym ostrym przedmiotem. W tej części występuje również sporo nowych postaci, w tym szereg kobiet, co mnie osobiście zawsze pozytywnie nastraja do pisarza, zwłaszcza gdy są ciekawie napisane i pełnią rolę większą niż ozdobnika dla wyczynów panów. Humor de Castella, ironiczny i bardzo często sytuacyjny, sprawia, że rozmowy między Falciem a jego przyjaciółmi tudzież wrogami czytałam z uśmiechem na ustach i nagłymi napadami chichotu.

   Wprowadziłam Was w dobry nastrój? Świetnie, w takim razie przejdźmy to tego, co mnie w książce irytowało tudzież powodowało bolesne przewracanie oczami w zniesmaczeniu. Uwaga, mogą się pojawić SPOILERY!

   Po pierwsze, fabuła. Ja rozumiem, że to opowieść spod znaku płaszcza i szpady i jako taka rządzi się swoimi prawami (czytaj: duża ilość pojedynków, stawanie w obronie uciśnionych i takie tam), ale na dobre duchy, cała książka to jedna wielka pętla tych samych wydarzeń, powtarzanych w nieskończoność! Wygląda to mniej więcej tak: pojedynek - leczenie ran - przemieszczanie się w inne miejsce - pojedynek - leczenie ran - przemieszczanie się w inne miejsce - pojedynek, itd. Po drodze mamy do czynienia ze śmiercią książąt, buntem chłopów i jeszcze paroma wydarzeniami, w które zresztą Falcio pakuje się z pełną premedytacją (ale o tym zaraz), ale nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że pisarz zamiast linearnie rozwijać akcję, poczynając od piano i dążąc do wielkiego forte w finale, zastosował metodę kopiuj-wklej, zmieniając tylko imiona i nazwy miejsc w poszczególnych epizodach.

   Po drugie, Falcio. Uwielbiam gościa, uwielbiam jego poczucie honoru, sprawiedliwości i dobra, ale na litość boską, ten człowiek nie ma za grosz instynktu samozachowawczego! A najgorsze w tym wszystkim jest to, że de Castell każe mu jeszcze mieć tego świadomość, a nam każe wierzyć, że istnieją ludzie, którzy pchają się w paszczę śmierci raz za razem, równocześnie wyrzucając sobie ewidentną głupotę. Na miejscu Kesta, Brastiego i całej reszty dla własnego dobra związałabym Falcia i wysłała przesyłką poleconą jak najdalej od siebie, żeby nie mógł się pakować w kolejne kłopoty.

   Po trzecie, prawdopodobieństwo, że wszystko się dobrze skończy. To wszystko nie ma prawa prowadzić do szczęśliwego ever after! A jednak, choćby nie wiem jak straszne przeszkody wyrastały na drodze naszych bohaterów, udaje im się pokonać każdą z nich, z większym lub mniejszym uszczerbkiem na zdrowiu, ale jednak pozytywnie. Rozumiem, fantastyka, chcemy, żeby wszystko kończyło się dla naszych ulubieńców szczęśliwie. Pamiętacie jednak, co napisałam parę akapitów wcześniej o kopiuj-wklej? Każdy epizod kończy się takim mini happy endem, co wydaje się bardziej niż nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę to, co bohaterom serwuje sadystyczny autor.

   Po czwarte, Falcio to geniusz znajdowania rozwiązań w ostatniej chwili. Nic mu nie ujmując, nie jest nasz Wielki Płaszcz wielkim intelektualistą, jego wiedza w jednych dziedzinach ogromna, w innych jest bardzo przeciętna. Mimo tego zawsze, ale to zawsze znajduje cudowne rozwiązanie w sytuacji zdawałoby się bez wyjścia. Pewnie, może się zdarzyć, że nawet największy idiota ma przebłysk geniuszu, ale nie milion razy pod rząd! A już zwłaszcza nie wtedy, gdy właśnie traci rozum z powodu wielodniowych tortur! Za każdym razem przewracałam oczami z niedowierzaniem, a w pewnym momencie przestałam się nawet zastanawiać, jak Falcio wykaraska się z kolejnych kłopotów, bo wiedziałam, że znowu w największych opałach rozbłyśnie nad nim rysunkowa żarówka, wykrzyknie eureka! i wszystko rozwiąże się samo.

   Po tym wszystkim, co napisałam, wrócę do dziwnej, zdawałoby się, oceny czterech gwiazdek, które "Cieniowi rycerza" przyznałam. Tyle minusów, tyle denerwowania się, a mimo to tak wysoka ocena? Ano tak, z jednego ważnego powodu - przyjemności, jaką dało mi śledzenie przygód Wielkich Płaszczy. Choćbym nie wiem jak pomstowała na nieprawdopodobieństwo wydarzeń, choćbym nie wiem ile razy chciała poczuć zaskoczenie, lecz przewidywalność fabuły mi na to nie pozwalała, bohaterowie opowieści de Castella ciągnęli mnie za sobą w każdą z kolejnych przygód, ich kąśliwe dialogi i mocna więź między nimi istniejąca nie pozwalała mi nie przejmować się kolejnymi torturami, na które pisarz ich wystawiał, a niezliczona ilość pojedynków z opisami tego, jakim ruchem rapiera zablokować jaki ruch miecza i w które miejsce najlepiej wbić nóż, żeby przedrzeć się przez zbroję, ciekawiła mnie za każdym razem tak samo. Tak naprawdę przebaczałam autorowi każdy błąd, który znalazłam, bo po prostu za dobrze się bawiłam, śledząc losy Falcia i jego bandy.

   Po kolejną odsłonę "Wielkich Płaszczy" z pewnością sięgnę, i choć chciałabym w niej większego rozwoju fabuły i wyjścia z pętli powtórzeń, to tak długo, jak długo Falcio otoczony będzie przez bliskich sobie ludzi, będę mu towarzyszyć i ja.



tytuł: Cień rycerza
cykl: Wielkie Płaszcze (tom II)
autor: Sebastien de Castell
wydawnictwo: Insignis
liczba stron: 648



ocena: ★★★★☆