Historia świata była historią pisaną przez mężczyzn. Możemy przywoływać nazwiska sławnych kobiet - władczyń, naukowców, artystek, ale nie zmienia to faktu, że na każdą z nich przypada ogromna liczba mężczyzn, którzy dokonywali równie wspaniałych czynów, odkrywali nieodkryte i tworzyli arcydzieła. Inną sprawą natomiast jest to, jak wiele historii o kobietach pochłonęła niepamięć, jak wiele z nich nie mogło się zrealizować w żadnej dziedzinie należącej do "męskich". Myślę, że powoli się to zmienia i bardzo mnie to cieszy, ale dużo jeszcze upłynie czasu, zanim uda nam się stworzyć społeczeństwo, w którym nie płeć, a zdolności i inteligencja będą decydować o sukcesach i ambicjach ludzi. Naomi Alderman postanowiła stworzyć opowieść, w której to nie żadna z wymienionych przeze mnie cech zmieni świat, lecz czysta, przerażająca siła.
"The Power" jest opowieścią o alternatywnej, być może dla niektórych dystopijnej wersji historii ludzkości, gdzie za sprawą pewnych wydarzeń kobiety zyskują zdolność manipulacji energią elektryczną, co prowadzi do zmiany o sto osiemdziesiąt stopni w relacji sił między kobietami a mężczyznami. W krajach do tej pory traktujących płeć piękną jak rzecz, którą się posiada, rebelia i pokaz sił drastycznie odmienia oblicze społeczeństwa. W Stanach dla odmiany wszyscy głowią się nad tym, jak zapanować nad młodymi dziewczynami i nie dopuścić, by przejęły one miejsce należne do tej pory chłopcom. Ani jedna, ani druga droga nie prowadzi jednak do niczego dobrego.
Książka Naomi Alderman porusza niezwykle ciekawe zagadnienie siły, którą mężczyźni od wieków dominowali nad kobietami i zmusza nas do zadania sobie pytania: co by było, gdyby ta siła fizyczna została przygnieciona potęgą, której mężczyźni nie byliby w stanie się przeciwstawić? W jaki sposób potoczyłyby się losy ludzkości, gdyby to żeńska część społeczności Ziemi trzymała w swoich rękach moc i decydowała o rozwoju świata? Książka mogłaby rozwinąć tą tematykę, pofilozofować nad naturą człowieka, spróbować udzielić parę istotnych odpowiedzi. Mogłaby, ale niestety pani Alderman skupiła się raczej na stworzeniu opowieści pełnej akcji, w której filozofia ustępuje miejsca przemocy i wojnie. A szkoda. Nie twierdzę, że zagadnienie zmiany sił między dwoma płciami nie zostało ukazane w ciekawy i intrygujący sposób, zwłaszcza za sprawą głównych bohaterów, postaci bardzo ciekawych i skomplikowanych. Po prostu oczekiwałam czegoś głębszego, czegoś mniej przewidywalnego i zaskakującego.
Nie znaczy to, że nie warto "The Power" przeczytać. Książka trzyma w napięciu i choć maluje raczej ponury obraz przyszłości (choć może prolog i epilog wskazują na coś zupełnie innego), na pewno nie można się przy jej lekturze nudzić. Allie - matka nowej religii, Roxy - wojowniczka i szefowa podziemia oraz Tunde - reporter i obserwator zdarzeń to trzy z najlepiej rozwiniętych i barwnych postaci w opowieści, których losy przeplatają się i prowadzą do zmiany oblicza świata. Zwłaszcza Roxy skradła moje serce swoją bezkompromisowością, inteligencją i siłą w obliczu zdrady i przemocy, których doświadczyła.
Czy nagrodziłabym "The Power" nagrodą kobiecą w kategorii fikcji? Nie wiem. Jako opowieść, w której główne skrzypce grają kobiety? Może. Jako ciekawy dyskurs filozoficzny? Raczej nie. W każdym razie polecam przeczytać i przekonać się na własne oczy, co by było gdyby...
tytuł: The Power
autor: Naomi Alderman
wydawnictwo: Penguin Books
liczba stron: 342
ocena: ★★★☆☆ 1/2
wtorek, 6 marca 2018
czwartek, 22 lutego 2018
Dramione Book Tag ☆ミ
Wakacje, wakacje, WAKACJE! W zimie i nie do końca wakacje, bo było nie było związane z pracą, ale tak, jadę na wakacje. Wreszcie Ci, Którzy Siedzą w Biurowcu spojrzeli łaskawie w moim kierunku i przyznali mi lot charterowy do Tajlandii, co oznacza mękę przez 18h lotu w obie strony i siedem dni odpoczynku na miejscu. Bangkoku, gorąca Tajlandio, nadchodzę!!!
Oznacza to, że zniknę z bloga na pewien czas, bo z zamieszczaniem wpisów może być problem, nie mówiąc już o czytaniu. W związku z tym pożegnam się z Wami tagiem stworzonym przez cudowną Księgannę, o jakże ciekawie brzmiącej nazwie - Dramione Book Tag.
Oznacza to, że zniknę z bloga na pewien czas, bo z zamieszczaniem wpisów może być problem, nie mówiąc już o czytaniu. W związku z tym pożegnam się z Wami tagiem stworzonym przez cudowną Księgannę, o jakże ciekawie brzmiącej nazwie - Dramione Book Tag.
- EJ, AUTOR! NIE BĄDŹ ROWLING! Para źle dobrana.
Większość par z sagi George'a R.R. Martina. Jedynie Ned i Catelyn Stark tworzyli w miarę normalny związek, choć i tutaj wystarczy trochę potrzeć zewnętrzną powłokę, by odsłonić problemy. Ale tacy Lannisterowie? Od której strony by nie zacząć, i tak będzie źle.
- DO HOGWARTU! Autor, który powinien nauczyć się kreować postaci.
Zaszczytne miejsce na szczycie listy zarezerwowałam dla Brenta Weeksa i jego postaci kobiecych. Żałość, płacz i zgrzytanie zębów - to moja typowa reakcja na panie w książkach tego autora. Mam czasami wrażenie, że powinien pan Weeks spędzać trochę więcej czasu z kobietami, a trochę mniej na pisaniu. Zgrabna pupa i seksowny biust nie tworzą zajebistej, wyzwolonej wojowniczki!
- GALOPUJĄCE GORGONY! Seria z niewykorzystanym potencjałem bohaterów.
Nie bijcie, ale J.K.Rowling i Draco od razu przyszli mi tu na myśl. Pisarka stworzyła postać, która miała tak ogromny potencjał i mogła odegrać tak wielką rolę nie tylko w całej historii, ale i w rozwoju Harry'ego, po czym zupełnie tego potencjału nie rozwinęła, a Draco dopiero w "Księciu półkrwi" pokazuje, że mógłby być kimś więcej niż schematycznym szkolnym przeciwnikiem głównego bohatera. Dobrze, że istnieją fanfiki...
- KTO BY POMYŚLAŁ? MALFOY MIEWA LUDZKIE ODRUCHY? Bohater zasługujący na szczęście.
Lightsong (tudzież Dar Pieśni w polskim tłumaczeniu) z "Rozjemcy" Sandersona! Czemu, czemu skończyło się tak, jak się skończyło? *zalewa się łzami* Lightsong zasłużył na szczęście bardziej niż cała reszta bohaterów książki razem wzięta, kochane, słodkie ciasteczko (fangirlism mode on).
- IMPERIO! Losy bohaterów, na które nie może być zgody.
Nie znoszę, gdy główny bohater przedstawiany jest jako postać dobra i szlachetna, po czym w trakcie książki (albo filmu) robi rzeczy niemoralne i okrutne, ale przecież jest dobry i dlatego mamy tu to wszystko wybaczyć. Nie zgadzam się!
- RÓŻOWE SMOKI: Dziwne pomysły fanów.
Hmmm, może mpreg? Panowie w ciąży to coś, co trudno sobie wyobrazić, a jeszcze trudniej przedstawić w sposób nie wzbudzający uśmiechu politowania. Nie mówię, że nie można tego zrobić dobrze, ale w dziewięciu przypadkach na dziesięć lepiej byłoby, by fani nigdy na pomysł mpregu nie wpadli.
- KREW NIE MA ZNACZENIA! Bohaterowie, którzy muszą zwalczyć prawdziwe przeciwności losu.
Kaladin z Archiwum Burzowego Światła Sandersona. Gdy już wydawać by się mogło, że wreszcie zazna chłopak spokoju, Los rzuca mu pod nogi kolejne kłody, a żeby za szybko się nie podniósł, Przeznaczenie przywala mu dodatkowo z prawego sierpowego. Nic dziwnego, że nasz bohater należy do najbardziej pesymistycznych, ponurych i posępnych ludzi w całym cosmere.
- GRANGER W AKCJI: WYTYCZAM NOWĄ TRASĘ. Wymarzone pary literacie i książki w których dokonałbyś zmian.
Wymarzona para to taka, która mimo przeciwności losu potrafi zachować pogodę ducha, a każde niepowodzenie wzmacnia tylko ich związek i uczucie. Co do zmian, to nie pozwoliłabym Karolowi Mayowi zabić Winnetou. I już.
To tyle. Zapraszam wszystkich do zajrzenia do Księganny i zobaczenia jej oryginalnych odpowiedzi, a także do zrobienia Tagu i zalinkowania wpisów, z chęcią zobaczę Wasze odpowiedzi. Na wszystkie komentarze odpowiem, jak tylko wrócę do Polski, czyli pod koniec pierwszego tygodnia marca.
Gdy wszystko, co znasz, znika - Emily Bain Murphy "The Disappearances"
Wyobraźmy sobie taką sytuację: Twój ulubiony miś, którego masz od dzieciństwa, pewnego dnia znika. Nie możesz go nigdzie znaleźć, nikt go nie zabrał, po prostu tak, jakby nigdy nie istniał. Na początek jesteś zły i smutny, ale po pewnym czasie zapominasz o tym dziwnym zdarzeniu. Do momentu, gdy parę lat później Twój ulubiony kubek rozpływa się w powietrzu i znowu nie ma możliwości, by ktoś Ci go zabrał, bo tym razem mieszkasz sam, a poza tym powiedzmy szczerze, po co komu stary, poobijany kubek do kawy? Dla własnego spokoju ducha zakładasz, że po prostu musiałeś go gdzieś zapomnieć i tyle. Parę lat później ciężko jednak wytłumaczyć zniknięcie z zamkniętego garażu samochodu, Twojego oczka w głowie... Scenariusz niczym z serialu "Strefa zmroku", prawda? A teraz wyobraźmy sobie, że znikają nie przedmioty, które co prawda kochasz, ale bez których da się żyć, lecz Twój zmysł smaku, kolory otaczającego Cię świata, gwiazdy. Jak żyć w świecie, w którym pozbawiono Cię nawet Twojego odbicia w lustrze?
Emily Bain Murphy swoją debiutancką książkę "The Disappearances" opiera na takim właśnie pomyśle. Główna bohaterka Aila i jej młodszy brat Miles właśnie stracili matkę, a ich ojciec dostaje powołanie do armii i wyjeżdża do Europy na wojnę, która rozprzestrzeniła się na cały świat. Dzieci zostaną wysłane do Sterling, małego miasteczka, z którego pochodziła ich matka i gdzie zaopiekują się nimi Clifftonowie, rodzina przyjaciółki mamy. Na pierwszy rzut oka miasteczko jakich wiele, skrywa Sterling dziwaczną tajemnicę - co siedem lat mają w nim miejsce Zniknięcia, niewytłumaczalne zjawisko, w którym wszyscy mieszkańcy pozbawieni zostają czegoś niezwykle ważnego: do tej pory zniknęły gwiazdy, odbicia w lustrze, zapach kwiatów i jedzenia, itp. Jedyną osobą, która obroniła się przed klątwą była Juliet Quinn, matka Aili i Milesa, którą zawiść i złość mieszkańców Sterling i dwóch innych dotkniętych Zniknięciami miasteczek zmusiły do ucieczki z domu rodzinnego. Aila postanawia rozwiązać tajemnicę Zniknięć, zmagając się równocześnie z problemami z braciszkiem, z ostracyzmem w szkole, a także pierwszą miłością.
Najmocniejszym punktem powieści Murphy jest bez wątpienia sam pomysł Zniknięć. Świat, w którym co siedem lat znika coś, co przyjmujemy w życiu za pewnik, w którym nie mamy żadnego wpływu na to, czego zostaniemy pozbawieni, jest przerażający. W Sterling żyją dzieci, które gwiazdy znają tylko z książek i rysunków, które nigdy w życiu nie poczuły zapachu kwiatów i nie widziały swojego odbicia w tafli wody, które nigdy nie śniły. Nic dziwnego, że Juliet Quinn, a później jej dzieci budzą w wielu mieszkańcach miasteczka zawiść i nieufność. Na szczęście istnieją ludzie tacy jak Clifftonowie, którzy cały czas szukają przyczyn zjawiska, a także tworzą tzw. Warianty, które pozwalają choć na chwilę zakosztować normalności. Ciekawym jest również pomysł na połączenie wszystkiego z Szekspirem i jego twórczością, która odgrywa wielką rolę w rozwiązaniu zagadki Zniknięć. Także scena z Cnotami (odmiana Wariantów) w domu Clifftonów przyniosła ze sobą sporo emocji. Wszystko napisane zostało ładnym językiem, lekkim i poetyckim zarazem.
Bohaterowie powieści to inna sprawa. Zarówno Aila, jak i jej rówieśnicy, choć ciekawi i całkiem interesujący, to jednak typowe nastolatki (nie licząc oczywiście Zniknięć), których problemy w dużej mierze nie różnią się od problemów większości młodych ludzi. Mamy więc szkolny romans, mamy rywalizację między popularnymi i niepopularnymi uczniami, mamy nieposłuszeństwo wobec dorosłych, itd. Właściwie najciekawszą postacią całej książki był dla mnie Miles, młodszy brat głównej bohaterki, który w bardzo przekonujący i prawdziwy sposób przeżywał śmierć mamy, przeprowadzkę i problemy szkolne. Nie mówię, że nie można bohaterów "The Disappearances" nie polubić, ale jeśli szukasz postaci skomplikowanych i niezwykłych, w tej książce ich nie znajdziesz.
Miałam również problem z rozwiązaniem zagadki Zniknięć. Do pewnego momentu rozwijała się w interesujący sposób i nawiązania do Szekspira dodawały jej smaczku, ale ostateczne jej rozwiązanie było jakieś takie pospieszne i bez fajerwerków. Odniosłam wrażenie, że autorka przestraszyła się zadania, które przed sobą postawiła i postanowiła byle szybciej je zakończyć (może też zabrakło pomysłu na coś bardziej skomplikowanego?).
Podsumowując, "The Disappearances" jako debiutancka powieść prezentuje się stanowczo na plus pod względem językowym i pomysłu na fabułę, zostawia jednak trochę do życzenia w kwestii bohaterów i zakończenia. Mimo wszystko warto mieć oko na panią Murphy, bo z taką wyobraźnią i językiem może stworzyć jeszcze nie jedną ciekawą opowieść.
tytuł: The Disappearances
autor: Emily Bain Murphy
wydawnictwo: HMH Books for Young Readers
liczba stron: 388
ocena: ★★★☆☆
Emily Bain Murphy swoją debiutancką książkę "The Disappearances" opiera na takim właśnie pomyśle. Główna bohaterka Aila i jej młodszy brat Miles właśnie stracili matkę, a ich ojciec dostaje powołanie do armii i wyjeżdża do Europy na wojnę, która rozprzestrzeniła się na cały świat. Dzieci zostaną wysłane do Sterling, małego miasteczka, z którego pochodziła ich matka i gdzie zaopiekują się nimi Clifftonowie, rodzina przyjaciółki mamy. Na pierwszy rzut oka miasteczko jakich wiele, skrywa Sterling dziwaczną tajemnicę - co siedem lat mają w nim miejsce Zniknięcia, niewytłumaczalne zjawisko, w którym wszyscy mieszkańcy pozbawieni zostają czegoś niezwykle ważnego: do tej pory zniknęły gwiazdy, odbicia w lustrze, zapach kwiatów i jedzenia, itp. Jedyną osobą, która obroniła się przed klątwą była Juliet Quinn, matka Aili i Milesa, którą zawiść i złość mieszkańców Sterling i dwóch innych dotkniętych Zniknięciami miasteczek zmusiły do ucieczki z domu rodzinnego. Aila postanawia rozwiązać tajemnicę Zniknięć, zmagając się równocześnie z problemami z braciszkiem, z ostracyzmem w szkole, a także pierwszą miłością.
"Nie możesz rzetelnie szukać prawdy, jeśli pragniesz znaleźć tylko taką, która będzie korzystna dla ciebie."
Najmocniejszym punktem powieści Murphy jest bez wątpienia sam pomysł Zniknięć. Świat, w którym co siedem lat znika coś, co przyjmujemy w życiu za pewnik, w którym nie mamy żadnego wpływu na to, czego zostaniemy pozbawieni, jest przerażający. W Sterling żyją dzieci, które gwiazdy znają tylko z książek i rysunków, które nigdy w życiu nie poczuły zapachu kwiatów i nie widziały swojego odbicia w tafli wody, które nigdy nie śniły. Nic dziwnego, że Juliet Quinn, a później jej dzieci budzą w wielu mieszkańcach miasteczka zawiść i nieufność. Na szczęście istnieją ludzie tacy jak Clifftonowie, którzy cały czas szukają przyczyn zjawiska, a także tworzą tzw. Warianty, które pozwalają choć na chwilę zakosztować normalności. Ciekawym jest również pomysł na połączenie wszystkiego z Szekspirem i jego twórczością, która odgrywa wielką rolę w rozwiązaniu zagadki Zniknięć. Także scena z Cnotami (odmiana Wariantów) w domu Clifftonów przyniosła ze sobą sporo emocji. Wszystko napisane zostało ładnym językiem, lekkim i poetyckim zarazem.
"Dr. Cliffron przez cały dzień prawie się nie odzywa. Wygląda na zmęczonego i starego. Pragnę mu powiedzieć, że może iść spać. Że złamane serca są ciężkie. Że zanim nauczysz się, jak przytłaczającą jest rozpacz, zwykła codzienna egzystencja wydaje się niemożliwa. Ale w końcu się tego uczymy, nie wiem tylko, czy to rozpacz staję się lżejsza, czy my stajemy się silniejsi."
Bohaterowie powieści to inna sprawa. Zarówno Aila, jak i jej rówieśnicy, choć ciekawi i całkiem interesujący, to jednak typowe nastolatki (nie licząc oczywiście Zniknięć), których problemy w dużej mierze nie różnią się od problemów większości młodych ludzi. Mamy więc szkolny romans, mamy rywalizację między popularnymi i niepopularnymi uczniami, mamy nieposłuszeństwo wobec dorosłych, itd. Właściwie najciekawszą postacią całej książki był dla mnie Miles, młodszy brat głównej bohaterki, który w bardzo przekonujący i prawdziwy sposób przeżywał śmierć mamy, przeprowadzkę i problemy szkolne. Nie mówię, że nie można bohaterów "The Disappearances" nie polubić, ale jeśli szukasz postaci skomplikowanych i niezwykłych, w tej książce ich nie znajdziesz.
Miałam również problem z rozwiązaniem zagadki Zniknięć. Do pewnego momentu rozwijała się w interesujący sposób i nawiązania do Szekspira dodawały jej smaczku, ale ostateczne jej rozwiązanie było jakieś takie pospieszne i bez fajerwerków. Odniosłam wrażenie, że autorka przestraszyła się zadania, które przed sobą postawiła i postanowiła byle szybciej je zakończyć (może też zabrakło pomysłu na coś bardziej skomplikowanego?).
Podsumowując, "The Disappearances" jako debiutancka powieść prezentuje się stanowczo na plus pod względem językowym i pomysłu na fabułę, zostawia jednak trochę do życzenia w kwestii bohaterów i zakończenia. Mimo wszystko warto mieć oko na panią Murphy, bo z taką wyobraźnią i językiem może stworzyć jeszcze nie jedną ciekawą opowieść.
tytuł: The Disappearances
autor: Emily Bain Murphy
wydawnictwo: HMH Books for Young Readers
liczba stron: 388
ocena: ★★★☆☆
piątek, 16 lutego 2018
Czytamy klasykę - Akutagawa Ryūnosuke "Japanese Short Stories"
Z czytaniem klasyki zawsze było u mnie średnio. Powody są różne, najważniejszym z nich jest zwyczajne zmęczenie, które właściwie wyklucza porządne wgłębienie się w dzieło było nie było treściowo i językowo odbiegające od literatury czytanej przeze mnie na co dzień. Zdaję sobie sprawę, że tym sposobem omija mnie wiele wspaniałych utworów, ale poczucie winy i smutek tym spowodowany zazwyczaj bardzo szybko mi mija, wystarczy rzut okiem na górę innych książek, spokojnie czekających na półkach na swoją kolej. Na szczęście pojawiła się cudowna Kirima z jej czytelniczym wyzwaniem!
Nie mogłam nie wziąć w nim udziału, bo oto pojawił się impuls do zabrania się za siebie i regularne czytanie dzieł klasyki literackiej (gatunków różnych). Postanowiłam, jako prawdziwa, choć lekko zardzewiała japonistka, że na pierwszy ogień pójdzie jeden z mistrzów prozy japońskiej, Akutagawa Ryūnosuke.
Nazwisko Akutagawa może być obce polskim czytelnikom, choć parę jego opowiadań zostało wydanych w naszym kraju, najczęściej w zbiorach z utworami różnych twórców japońskich. Wielbiciele starego kina japońskiego mogą kojarzyć tytuł "Rashōmon", jedno z wielu arcydzieł Kurosawy Akiry, nie zdając sobie sprawy, że reżyser oparł swój film m.in. na psychologicznej noweli o tym samym tytule, która wyszła spod pióra Akutagawy (a także na opowiadaniu "W gaju" tegoż pisarza). Ten młodo zmarły pisarz (w 1927 roku w wieku trzydziestu pięciu lat popełnił samobójstwo) przez Japończyków uważany jest natomiast za jednego z największych mistrzów krótkich form we współczesnej literaturze tego kraju, a Nagroda Akutagawy od 1935 roku stanowi najważniejszą literacką nagrodę w Japonii.
"Japanese Short Stories" to zbiór dziesięciu opowiadań, prezentujących to, co w twórczości Akutagawy najciekawsze i najbardziej wyjątkowe: jego niesamowitą wyobraźnię, niekiedy wręcz makabryczną, innym razem groteskowo zabawną, jego uważne spojrzenie na naturę i psychikę człowieka, a także język, którym się posługuje - niekiedy liryczny i zwiewny, innym razem zanurzony w szarej codzienności, szorstki i bezpośredni.
Im więcej czytam utworów japońskich autorów, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to właśnie forma krótkich opowiadań jest najlepszym medium na zrozumienie, a przynajmniej podjęcie próby zrozumienia specyficznego spojrzenia na świat i odczuwania go przez Japończyków. Długie utwory doprowadzały mnie niejednokrotnie do łez znudzenia, a niekiedy wręcz denerwowały na tyle, że miałam ochotę książkę odłożyć i nigdy już po nią nie sięgnąć (Kawabata Yasunari, do ciebie mówię!). Opowiadania Akutagawy (podobnie jak przeczytane w zeszłym roku "Japanese Tales of Mystery and Imagination" Edogawy Rampo) wciągnęły mnie natomiast jak gąbka wodę i nie mogłam ich odłożyć, dopóki nie przeczytałam ich do ostatniej strony.
Nie wszystkie podobały mi się jednakowo, niezapomniane wrażenie zrobiły na mnie przede wszystkim te z odrobiną makabry tudzież humoru, ale nawet "Gruda ziemi" czy "Genkaku-Sanbo", które skupiały się przede wszystkim na codziennym życiu Japończyków w okresie Meiji i przepełnione były uczuciem zmęczenia, winy i smutku, uważam za niezwykle ciekawe ze względu na spojrzenie na nie Akutagawy, tak bardzo japońskie i tak mało dla nas niekiedy zrozumiałe.
"Nos" to abstrakcyjna i absurdalna zarazem opowieść o mnichu buddyjskim Zenchim, którego największym problemem jest długi nos (i gdy mówię długi, mam na myśli taki wystający poza dolną wargę, przez co podczas jedzenia uczeń Zenchiego musi go podtrzymywać laską, by nie przeszkadzał), która pokazuje, że nie zawsze to, czego pragniemy jest tym, czego potrzebujemy. "Piekielny parawan", najdłuższy z utworów w zbiorze, przeraził mnie nie na żarty nie tylko swoją tematyką, ale przede wszystkim opisem szaleństwa malarza, który dla swojej sztuki gotowy jest poświęcić życie drugiego człowieka. Z kolei "Heichū, kochliwy geniusz", opowiadanie o Taira no Sadamorim, zwanym japońskim Don Juanem to przekomiczna historia mężczyzny, któremu żadna kobieta nie ma prawa się oprzeć, w związku z czym zakochuje się on w dwórce, jedynej dziewczynie mającej go gdzieś. Sposób, w jaki próbował się biedny Heichū odkochać (powiem tylko jedno słowo - nocnik) mógł powstać tylko w głowie kogoś o bardzo specyficznej wyobraźni i poczuciu humoru. Żeby nie było, przy rozterkach strapionego kochasia wybuchnęłam śmiechem nie raz i nie dwa, a rozmowa dwójki jego przyjaciół o naturze Heichū i całego gatunku kobiecego stanowiła całkiem inteligentne i zaskakujące podsumowanie opowiastki.
Nie mogłam nie wziąć w nim udziału, bo oto pojawił się impuls do zabrania się za siebie i regularne czytanie dzieł klasyki literackiej (gatunków różnych). Postanowiłam, jako prawdziwa, choć lekko zardzewiała japonistka, że na pierwszy ogień pójdzie jeden z mistrzów prozy japońskiej, Akutagawa Ryūnosuke.
Nazwisko Akutagawa może być obce polskim czytelnikom, choć parę jego opowiadań zostało wydanych w naszym kraju, najczęściej w zbiorach z utworami różnych twórców japońskich. Wielbiciele starego kina japońskiego mogą kojarzyć tytuł "Rashōmon", jedno z wielu arcydzieł Kurosawy Akiry, nie zdając sobie sprawy, że reżyser oparł swój film m.in. na psychologicznej noweli o tym samym tytule, która wyszła spod pióra Akutagawy (a także na opowiadaniu "W gaju" tegoż pisarza). Ten młodo zmarły pisarz (w 1927 roku w wieku trzydziestu pięciu lat popełnił samobójstwo) przez Japończyków uważany jest natomiast za jednego z największych mistrzów krótkich form we współczesnej literaturze tego kraju, a Nagroda Akutagawy od 1935 roku stanowi najważniejszą literacką nagrodę w Japonii.
"Japanese Short Stories" to zbiór dziesięciu opowiadań, prezentujących to, co w twórczości Akutagawy najciekawsze i najbardziej wyjątkowe: jego niesamowitą wyobraźnię, niekiedy wręcz makabryczną, innym razem groteskowo zabawną, jego uważne spojrzenie na naturę i psychikę człowieka, a także język, którym się posługuje - niekiedy liryczny i zwiewny, innym razem zanurzony w szarej codzienności, szorstki i bezpośredni.
"Byłem przytłoczony absurdalną niedorzecznością nie tylko pracowników gospody, ale człowieka w ogóle. Bo cóż powiesz? Wśród tych, których określamy mianem drani, drobny złodziejaszek jest mniejszym przestępcą niż włamywacz, a kieszonkowiec niż podpalacz. Świat powinien być więc bardziej pobłażliwy w stosunku do mniejszych niż większych złodziei. Ale z człowiekiem tak nie jest. Bardzo często będzie on surowy dla nieznaczącego hazardzisty, kłaniając się równocześnie notorycznemu łotrowi."
Im więcej czytam utworów japońskich autorów, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to właśnie forma krótkich opowiadań jest najlepszym medium na zrozumienie, a przynajmniej podjęcie próby zrozumienia specyficznego spojrzenia na świat i odczuwania go przez Japończyków. Długie utwory doprowadzały mnie niejednokrotnie do łez znudzenia, a niekiedy wręcz denerwowały na tyle, że miałam ochotę książkę odłożyć i nigdy już po nią nie sięgnąć (Kawabata Yasunari, do ciebie mówię!). Opowiadania Akutagawy (podobnie jak przeczytane w zeszłym roku "Japanese Tales of Mystery and Imagination" Edogawy Rampo) wciągnęły mnie natomiast jak gąbka wodę i nie mogłam ich odłożyć, dopóki nie przeczytałam ich do ostatniej strony.
Nie wszystkie podobały mi się jednakowo, niezapomniane wrażenie zrobiły na mnie przede wszystkim te z odrobiną makabry tudzież humoru, ale nawet "Gruda ziemi" czy "Genkaku-Sanbo", które skupiały się przede wszystkim na codziennym życiu Japończyków w okresie Meiji i przepełnione były uczuciem zmęczenia, winy i smutku, uważam za niezwykle ciekawe ze względu na spojrzenie na nie Akutagawy, tak bardzo japońskie i tak mało dla nas niekiedy zrozumiałe.
"Nos" to abstrakcyjna i absurdalna zarazem opowieść o mnichu buddyjskim Zenchim, którego największym problemem jest długi nos (i gdy mówię długi, mam na myśli taki wystający poza dolną wargę, przez co podczas jedzenia uczeń Zenchiego musi go podtrzymywać laską, by nie przeszkadzał), która pokazuje, że nie zawsze to, czego pragniemy jest tym, czego potrzebujemy. "Piekielny parawan", najdłuższy z utworów w zbiorze, przeraził mnie nie na żarty nie tylko swoją tematyką, ale przede wszystkim opisem szaleństwa malarza, który dla swojej sztuki gotowy jest poświęcić życie drugiego człowieka. Z kolei "Heichū, kochliwy geniusz", opowiadanie o Taira no Sadamorim, zwanym japońskim Don Juanem to przekomiczna historia mężczyzny, któremu żadna kobieta nie ma prawa się oprzeć, w związku z czym zakochuje się on w dwórce, jedynej dziewczynie mającej go gdzieś. Sposób, w jaki próbował się biedny Heichū odkochać (powiem tylko jedno słowo - nocnik) mógł powstać tylko w głowie kogoś o bardzo specyficznej wyobraźni i poczuciu humoru. Żeby nie było, przy rozterkach strapionego kochasia wybuchnęłam śmiechem nie raz i nie dwa, a rozmowa dwójki jego przyjaciół o naturze Heichū i całego gatunku kobiecego stanowiła całkiem inteligentne i zaskakujące podsumowanie opowiastki.
"W każdym razie, jeśli chcesz być szczęśliwym, najlepiej pozostań zwykłym człowiekiem."
O dziwo, największe wrażenie wywarła na mnie najkrótsze, bo zaledwie pięciostronicowe, opowiadanie o wdzięcznym tytule "Mandarynki". Zwyczajna, wiejska dziewczyna rzucająca swoim małym braciom mandarynki z okien pociągu i podróżny, którego nastrój ten prosty obrazek zmienia jak za dotknięciem różdżki - budowa i charakter opowieści nieodparcie kojarzył mi się z haiku, w której to formie zresztą Akutagawa próbował swoich sił. Bardzo japońskie, a mimo to poruszające również moje zachodnie serce, "Mandarynki" to opowiadanie, do którego na pewno nie raz wrócę.
Krótkie historie Akutagawy nie są literaturą łatwą, gdyż dzieli nas od momentu ich powstania sto lat, na dodatek zostały one w tym konkretnym wydaniu przetłumaczone na angielski przez Japończyka, a więc osobę, dla której język ten nie jest językiem ojczystym. Widać to w dziwacznych konstrukcjach gramatycznych czy niespotykanie użytych idiomach. Wydaje mi się jednak, że ten ostatni fakt działa na korzyść zbioru, gdyż choć niekiedy można się w tym angielskim pogubić, równocześnie przebija z tekstu jego "japońskość".
"Japanese Short Stories" to zbiór, po który warto sięgnąć nie tylko po to, żeby poznać choć trochę twórczość jednego z najważniejszych dwudziestowiecznych pisarzy japońskich, ale także po to, by wejść w umysł człowieka pochodzącego z zupełnie innego kręgu kulturowego i dostrzec, że mimo wielkich różnic w postrzeganiu świata, niektóre prawdy są uniwersalne i zrozumiałe dla wszystkich ludzi.
tytuł: Japanese Short Stories
autor: Akutagawa Ryūnosuke
wydawnictwo: Tuttle Publishing
liczba stron: 240
ocena: ★★★★☆
Subskrybuj:
Posty (Atom)


