Od czasu, kiedy przeczytałam ostatni horror minęło hoho i jeszcze trochę. Od czasu przeczytania polskiego horroru minęło... właściwie to nie minęło nic, bo do tej pory jakoś tak się składało, że nie trafiłam na książkę z tego gatunku napisaną przez polskiego autora. Dlatego właśnie gdy Artur Urbanowicz zapytał na facebooku, czy ktoś nie chciałby dołączyć do recenzentów jego książki "Gałęziste", rzuciłam się na okazję jak wygłodzony pies na przysłowiową kość. Wreszcie okazja do zapoznania się z rodzimym horrorowym podwórkiem, takiej przepuścić nie można!
"Gałęziste" to opowieść o dwójce młodych ludzi, którzy by ratować swój związek wyruszają w podróż na Suwalszczyznę, o dziwacznej wiosce i jeszcze dziwniejszych jej mieszkańcach, o lesie, który normalnym lasem nie jest i o wierze, zarówno w Boga chrześcijańskiego, jak i w siły zupełnie innego pochodzenia.
Opowieść w większej jej części śledzimy oczyma dwójki głównych bohaterów, Karoliny i Tomka. Ona, wierząca i praktykująca katoliczka, dziewczyna empatyczna aż do przesady, często naiwna, ale ogółem dobra i sympatyczna. On, ateista stuprocentowy, wszystko pragnący wytłumaczyć naukowo, buc i postać tak antypatyczna, że aż niezrozumiałym jest, jakim sposobem Karolina nie tylko z nim wytrzymuje, ale naprawdę głęboko go kocha. Dzieli ich praktycznie wszystko, a spojrzenie na wiarę jest jednym z głównych pretekstów do dyskusji (a raczej kłótni) między nimi. Wyprawa na Suwalszczyznę ma być tym, co pomoże ich związkowi i na nowo scementuje ich uczucie. Niestety, jak to w horrorach bywa, sielankowa w zamierzeniu wyprawa turystyczna zmienia się w koszmar, a kwestie wiary okażą się o wiele ważniejsze, niż się im wydawało.
Udało się Arturowi Urbanowiczowi stworzyć bohaterów wyrazistych, o których łatwo sobie wyrobić szybko opinię i którzy pozostają wierni swojemu wizerunkowi praktycznie do końca opowieści. Niestety, w tej wyrazistości są oni również bardzo schematyczni, przez co postać na przykład takiego Tomka, chłopaka, z którym w rzeczywistości nie zamieniłabym pół słowa, bo buc z niego i skurczybyk, denerwowała mnie przez całą książkę tak bardzo, że choćby rozszarpywano by go na strzępy, nawet nie drgnęłaby mi powieka w geście współczucia. Właściwie z punktu widzenia horroru nie jest to wielki zarzut, bohaterowie tego typu wpisani są w konwencję gatunku, ale jednak chciałabym postaci trochę bardziej skomplikowane, trochę bogatsze wewnętrznie. Na szczęście oprócz Tomka i naiwnej Karoliny mamy też postaci drugoplanowe, takie jak podejmująca ich w swoim domu Natalia czy przypadkowy znajomy Andrzej Rogucki, które dodają smaczku i życia fabule.
Tym, co bez wątpienia stanowi największy plus "Gałęzistego" jest wioska Białodęby i otaczająca ją tajemnicza aura niesamowitości i niepokoju. Pan Urbanowicz bardzo sprawnie operuje piórem, a przy tym wie, co może przyprawić czytelnika o drżenie niepewności i poczucie, że coś jest nie tak. Chwyty znane wszystkim z filmów grozy, jak zmieniające się zdjęcia i obcy ludzie wodzący za bohaterami martwym wzrokiem działają i tu, bo autor wie, jak je przenieść na język pisany. Jeśli w tym zakresie mogę się do czegoś przyczepić, to do tego, że z czasem literackich odpowiedników filmowych jump scares zrobiło się tyle, że od mniej więcej dwóch trzecich książki przestały mnie one straszyć i emocjonować, a zaczęły przyprawiać o ból głowy od przewracania oczami z irytacji. Niemniej jednak połączenie typowych scen grozy z lokalnymi legendami i pogańskimi wierzeniami daje interesujący i nieprzyjemnie dziwny miszmasz. Podobały mi się również opisy przyrody suwalskiej, dzięki którym poznałam trochę tamte tereny (niestety, do dziś nie miałam okazji odwiedzić tej części Polski).
Na plus zaliczyć również muszę rozważania bohaterów na temat wiary. Ich dyskusje, zwłaszcza te toczone podczas przejażdżki po jeziorze z panem Roguckim, pokazują, że autor poświęcił wiele czasu na zastanowienie się nad zagadnieniem Boga i jego istoty, a także wierzeń zupełnie z nim niezwiązanych, które istniały na długo przed nadejściem do Polski chrześcijaństwa i które pewnie nadal w jakiś sposób istnieją.
Co do minusów, to oprócz wspomnianych wcześniej moich problemów z bohaterami "Gałęzistego", dodać muszę nadmierne, w moim odczuciu, nagromadzenie wulgaryzmów w wypowiedziach Tomka i Karoliny (zwłaszcza jej, biorąc pod uwagę, jaką postacią jest i jakie podejście do życia prezentuje). Rozumiem, chciał autor oddać typowy język obecnych nasto i dwudziestoparolatków, co zresztą udało mu się bardzo dobrze. Proszę mi jednak wierzyć, istnieją ludzie w wyżej wymienionych grupach, którzy potrafią sobie bez kurew za przecinek poradzić i których taki język razi. Za minus uznaję również zupełnie w moim odczuciu niepotrzebne wstawki mówiące nam o tym, że "nie spodziewali się, jak ważne w ich przyszłości będzie to a tamto" i że "nawet nie wiedzą, jak wielki błąd właśnie uczynili". Uważam, że lepiej, gdy czytelnik sam odkryje, że takie a takie wydarzenie miało taki a taki skutek, a tego typu zapowiadanie przyszłych wydarzeń wyrywa odbiorcę z historii.
Podsumowując muszę uznać "Gałęziste" za niezły debiut i całkiem sprawnie napisany horror/historię grozy. Czytanie książki wieczorem przy jednej zaświeconej lampce na pewno nie należało do najprzyjemniejszych przeżyć (mimo, że horrory oglądam pasjami i mało rzeczy jest mnie w stanie przestraszyć). Jest parę elementów, nad którymi autor powinien popracować, mniej od strony językowej, a bardziej od strony tempa akcji i kreacji bohaterów, ale widzę w prozie pisarza zapowiedź kolejnych naprawdę niezłych, trzymających w napięciu opowieści.
tytuł: Gałęziste
autor: Artur Urbanowicz
wydawnictwo: Novae Res
liczba stron: 462
ocena: ★★★☆☆
piątek, 27 kwietnia 2018
piątek, 20 kwietnia 2018
Gdy Sztuczna Inteligencja bardziej moralną jest od człowieka - Neal Shusterman "Thunderhead"
W październiku zeszłego roku po raz pierwszy zetknęłam się z twórczością Neala Shustermana i światem Kosiarzy, który stworzył. Z moich wspomnień, podpartych recenzją napisaną świeżo po przeczytaniu książki, wyłania się bardzo fajna młodzieżówka z niezwykle ciekawym światem, w którym Sztuczna Inteligencja, wszechobecna i wszechwiedząca, wprowadziła ludzkość w epokę nieśmiertelności, gdzie prawdziwa śmierć nadejść może tylko z ręki Kosiarza, czyli specjalnie w tym celu wybranego i wyszkolonego człowieka. Właściwie jedynym moim zarzutem był zbyt natarczywy (tudzież po prostu zbyt szybki) romans między dwójką młodych bohaterów, poza tym jednak czytało się "Kosiarza" bardzo dobrze i do drugiego tomu, który po angielsku wydany został w styczniu tego roku, nastawiona byłam pozytywnie, choć nie spodziewałam się wielkich fajerwerków. Ot, wystarczyłoby mi, gdyby autor zachował poziom części pierwszej z lekką poprawą w kwestii romansowej. Tym większe moje zaskoczenie i, co tu dużo mówić, zachwyt po przeczytaniu drugiego tomu. Ale po kolei.
W drugim tomie, zatytułowanym "Thunderhead", nadal śledzimy losy Citry i Rowana, choć pojawia się również parę innych osób, nowych i starych, które poznajemy lepiej z kolejnymi kartami książki. Po wydarzeniach "Kosiarza" Rowan prowadzi samozwańczą krucjatę przeciwko skorumpowanym Kosiarzom, przyjmując pseudonim Lucyfera i przywdziewając czarną szatę (która to barwa jest w świecie Kosiarzy zakazana). Citra natomiast, jako Kosiarz Anastazja, stara się stawić czoła korupcji toczącej ich społeczność od środka. Przed obojgiem głównych bohaterów piętrzą się coraz trudniejsze wyzwania i nawet pomoc Kosiarzy Curie i Faradaya, a także niebezpośrednie wsparcie Thunderheada zdają się niewystarczającymi w obliczu raka toczącego ich społeczność. Jaka bowiem jest szansa na to, że ludzie, którym dano do ręki władzę nad śmiercią i nad którymi kontrolę sprawują tylko oni sami, zechcą się z tą władzą rozstać?
"Kosiarz" był sprawnie napisaną młodzieżówką science-fiction, ale nadal tylko młodzieżówką. Drugi tom określiłabym raczej mianem dorosłej, dojrzałej fantastyki. Po części wynika to z przemiany bohaterów, którzy mimo swojego nadal bardzo młodego wieku (oboje mają bodajże po osiemnaście lat) dojrzeli pod wpływem wydarzeń z pierwszej części cyklu. Zmienił się również ton opowieści, gdzie ponura atmosfera i przeczucie nadchodzącego nieszczęścia dominują nad całą historią. Koniec treningu i szkolenia się w zawodzie, koniec wydarzeń na małą w globalnym ujęciu skalę MidMerici. Decyzje podejmowane przez Citrę i Rowana zaważyć mogą bowiem nad całym światem, nawet jeśli żadne z nich nie zdaje sobie z tego sprawy.
Największą bezsprzecznie zmianę przynosi książce "postać" Thunderheada, AI sprawującego pieczę nad ludzkością. Tak jak w pierwszym tomie poznawaliśmy świat i Kosiarzy czytając fragmenty ich pamiętników, tak w tym wchodzimy w "głowę" Sztucznej Inteligencji, patrzymy na świat jej oczyma a także dowiadujemy się więcej o historii świata, w którym wszystko kontrolowane jest przez Thunderheada, wszystko oprócz narodzin i śmierci. Poznawanie człowieka z perspektywy jego największego dzieła, filozoficzne przemyślenia Thunderheada nad istotą stworzenia, Boga i zależności między dziełem i twórcą, to chyba moje ulubione fragmenty książki. Myślę, że to właśnie one nadały opowieści dojrzałość i głębię, których w "Kosiarzu" fragmentami brakowało.
Wspomniałam wcześniej o paru innych postaciach mających znaczenie w rozwoju fabuły. Ponownie spotykamy się z Xenocratesem, Najwyższym Ostrzem MidMerici, a także z mentorami głównych bohaterów - Kosiarzami Curie i Faradayem. Mamy również wątpliwą przyjemność zajrzeć do dwójki innych Kosiarzy, o których więcej nie powiem, bo spoilery. Najważniejszą jednak dla przyszłości głównych bohaterów i, nie waham się powiedzieć, świata, osobą jest Greyson Tolliver, młody człowiek, który wbrew temu, co sam o sobie myśli, w oczach Thunderheada stanowi na równi z Citrą i Rowanem klucz do przyszłości ludzkości. Bardzo polubiłam tego zwyczajnego chłopaka, który z godnym podziwu zacięciem robi to, co musi, bo tak nakazuje mu jego sumienie, mimo że nie czeka go za to nic oprócz dużych kłopotów.
W porównaniu z "Kosiarzem", w którym akcja toczyła się szybko i bez zbędnych przestojów, "Thunderhead" jest książką o wiele wolniejszą, choć pod koniec wydarzenia przyspieszają aż do bardzo emocjonującego (i odrobinę, przynajmniej dla mnie, niszczącego psychikę) finału. W tym tomie znamy już strukturę świata stworzonego przez Shustermana, w związku z czym możemy się skupić bardziej na polityce nim rządzącej, na jego historii i na samym Thunderheadzie. Nie znaczy to oczywiście, że nic się nie dzieje, wręcz przeciwnie, dzieje się dużo i to nie tylko w MidMerice, lecz także na innych kontynentach. Wszędzie widać oznaki nadchodzącej katastrofy, ale przyznam szczerze, że nie przewidziałam do końca sposobu, w jaki do niej w końcu dochodzi.
Powiem tak: końcówka "Kosiarza" zapowiadała problemy w raju, finał "Thunderheada" jasno ukazuje nam, że raj zamieni się w piekło. W jaki sposób Neal Shusterman rozwiąże beznadziejną sytuację, w której znaleźli się bohaterowie? Nie mam pojęcia i nawet nie wiecie, jak mnie to cieszy! Nieco mniejszą radością napawa mnie natomiast fakt, że na kontynuację poczekać będę musiała dwa lata, bo zakładam, że tyle zajmie autorowi napisanie i publikacja trzeciego tomu. Sądząc jednak po poziomie, który trzyma pisarz w dwóch pierwszych częściach cyklu, warto będzie czekać. Czytelnicy w naszym kraju mogą natomiast cieszyć się na polską premierę "Thunderhead" (którego polski tytuł "Kosodom" przyprawia mnie o zdumienie i ból głowy), która planowana jest na dziewiątego maja bieżącego roku. Polecam sięgnąć po obie części cyklu, bo naprawdę warto.
tytuł: Thunderhead
cykl: Arc of Scythe (tom 2)
autor: Neal Shusterman
wydawnictwo: Simon & Schuster
liczba stron: 504
ocena: ★★★★☆
W drugim tomie, zatytułowanym "Thunderhead", nadal śledzimy losy Citry i Rowana, choć pojawia się również parę innych osób, nowych i starych, które poznajemy lepiej z kolejnymi kartami książki. Po wydarzeniach "Kosiarza" Rowan prowadzi samozwańczą krucjatę przeciwko skorumpowanym Kosiarzom, przyjmując pseudonim Lucyfera i przywdziewając czarną szatę (która to barwa jest w świecie Kosiarzy zakazana). Citra natomiast, jako Kosiarz Anastazja, stara się stawić czoła korupcji toczącej ich społeczność od środka. Przed obojgiem głównych bohaterów piętrzą się coraz trudniejsze wyzwania i nawet pomoc Kosiarzy Curie i Faradaya, a także niebezpośrednie wsparcie Thunderheada zdają się niewystarczającymi w obliczu raka toczącego ich społeczność. Jaka bowiem jest szansa na to, że ludzie, którym dano do ręki władzę nad śmiercią i nad którymi kontrolę sprawują tylko oni sami, zechcą się z tą władzą rozstać?
"Kosiarz" był sprawnie napisaną młodzieżówką science-fiction, ale nadal tylko młodzieżówką. Drugi tom określiłabym raczej mianem dorosłej, dojrzałej fantastyki. Po części wynika to z przemiany bohaterów, którzy mimo swojego nadal bardzo młodego wieku (oboje mają bodajże po osiemnaście lat) dojrzeli pod wpływem wydarzeń z pierwszej części cyklu. Zmienił się również ton opowieści, gdzie ponura atmosfera i przeczucie nadchodzącego nieszczęścia dominują nad całą historią. Koniec treningu i szkolenia się w zawodzie, koniec wydarzeń na małą w globalnym ujęciu skalę MidMerici. Decyzje podejmowane przez Citrę i Rowana zaważyć mogą bowiem nad całym światem, nawet jeśli żadne z nich nie zdaje sobie z tego sprawy.
Największą bezsprzecznie zmianę przynosi książce "postać" Thunderheada, AI sprawującego pieczę nad ludzkością. Tak jak w pierwszym tomie poznawaliśmy świat i Kosiarzy czytając fragmenty ich pamiętników, tak w tym wchodzimy w "głowę" Sztucznej Inteligencji, patrzymy na świat jej oczyma a także dowiadujemy się więcej o historii świata, w którym wszystko kontrolowane jest przez Thunderheada, wszystko oprócz narodzin i śmierci. Poznawanie człowieka z perspektywy jego największego dzieła, filozoficzne przemyślenia Thunderheada nad istotą stworzenia, Boga i zależności między dziełem i twórcą, to chyba moje ulubione fragmenty książki. Myślę, że to właśnie one nadały opowieści dojrzałość i głębię, których w "Kosiarzu" fragmentami brakowało.
Wspomniałam wcześniej o paru innych postaciach mających znaczenie w rozwoju fabuły. Ponownie spotykamy się z Xenocratesem, Najwyższym Ostrzem MidMerici, a także z mentorami głównych bohaterów - Kosiarzami Curie i Faradayem. Mamy również wątpliwą przyjemność zajrzeć do dwójki innych Kosiarzy, o których więcej nie powiem, bo spoilery. Najważniejszą jednak dla przyszłości głównych bohaterów i, nie waham się powiedzieć, świata, osobą jest Greyson Tolliver, młody człowiek, który wbrew temu, co sam o sobie myśli, w oczach Thunderheada stanowi na równi z Citrą i Rowanem klucz do przyszłości ludzkości. Bardzo polubiłam tego zwyczajnego chłopaka, który z godnym podziwu zacięciem robi to, co musi, bo tak nakazuje mu jego sumienie, mimo że nie czeka go za to nic oprócz dużych kłopotów.
W porównaniu z "Kosiarzem", w którym akcja toczyła się szybko i bez zbędnych przestojów, "Thunderhead" jest książką o wiele wolniejszą, choć pod koniec wydarzenia przyspieszają aż do bardzo emocjonującego (i odrobinę, przynajmniej dla mnie, niszczącego psychikę) finału. W tym tomie znamy już strukturę świata stworzonego przez Shustermana, w związku z czym możemy się skupić bardziej na polityce nim rządzącej, na jego historii i na samym Thunderheadzie. Nie znaczy to oczywiście, że nic się nie dzieje, wręcz przeciwnie, dzieje się dużo i to nie tylko w MidMerice, lecz także na innych kontynentach. Wszędzie widać oznaki nadchodzącej katastrofy, ale przyznam szczerze, że nie przewidziałam do końca sposobu, w jaki do niej w końcu dochodzi.
Powiem tak: końcówka "Kosiarza" zapowiadała problemy w raju, finał "Thunderheada" jasno ukazuje nam, że raj zamieni się w piekło. W jaki sposób Neal Shusterman rozwiąże beznadziejną sytuację, w której znaleźli się bohaterowie? Nie mam pojęcia i nawet nie wiecie, jak mnie to cieszy! Nieco mniejszą radością napawa mnie natomiast fakt, że na kontynuację poczekać będę musiała dwa lata, bo zakładam, że tyle zajmie autorowi napisanie i publikacja trzeciego tomu. Sądząc jednak po poziomie, który trzyma pisarz w dwóch pierwszych częściach cyklu, warto będzie czekać. Czytelnicy w naszym kraju mogą natomiast cieszyć się na polską premierę "Thunderhead" (którego polski tytuł "Kosodom" przyprawia mnie o zdumienie i ból głowy), która planowana jest na dziewiątego maja bieżącego roku. Polecam sięgnąć po obie części cyklu, bo naprawdę warto.
tytuł: Thunderhead
cykl: Arc of Scythe (tom 2)
autor: Neal Shusterman
wydawnictwo: Simon & Schuster
liczba stron: 504
ocena: ★★★★☆
środa, 18 kwietnia 2018
Gdy człowiek szulerką żyje - Tomasz Marchewka "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział"
Nie mam w sobie nawet najcieńszej żyłki hazardzistki, równocześnie jednak bardzo lubię oglądać filmy tematyce hazardowej poświęcone, zwłaszcza, jeśli gra w takiego na przykład pokera połączona jest z inteligentnym i zazwyczaj ryzykownym przekrętem na większą skalę. Nie widzę uroku w hazardzie samym w sobie, ale dreszczyk emocji związany ze sprytnym oszustwem? O, to potrafię zrozumieć. Do sięgnięcia po niżej zrecenzowaną książkę skłonił mnie opis okładkowy, z którego wyłaniała się fabuła wypełniona właśnie takim dreszczykiem, a i sama okładka natychmiast skojarzyła mi się z dobrym kryminalnym komiksem.
"Wszyscy patrzyli, nikt nie widział" to debiut literacki Tomasza Marchewki, który dotychczas znany był przede wszystkim fanom gier komputerowych jako współtwórca scenariusza do "Wiedźmina 3" i jego dodatków. Opowieść o tym długim i bardzo opisowym tytule poświęcona jest miastu Hausenberg i działającym w nim hazardzistom, złodziejom i całej tej społeczności spod ciemnej gwiazdy. Główny bohater, młody szuler Slava, pragnie wykręcić numer, po którym całe miasto będzie go znało i podziwiało. Droga ku temu celowi jest jednak długa i z pewnością nie usłana różami. Slavie towarzyszą król złodziei Petr i zabójca Nino, a duchowo (i cieleśnie przy okazji) wspiera go Camilla, pierwsza tancerka Wielkiego Teatru Hausenberga. Po drodze okazuje się, że nawet najlepsze plany mogą zawieść, a Slava i jego kompani zamieszani zostają w intrygę o wiele większą i bardziej skomplikowaną, niż którykolwiek z nich mógłby przypuszczać.
Jak już wspomniałam, "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział" jest książkowym debiutem autora. Nie wiem, jak inni recenzenci, ale ja do początków twórczości pisarzy podchodzę z dużym entuzjazmem i wybaczam wiele rzeczy, za które doświadczonym twórcom by się dostało. Równocześnie sprawia to, że mam spore problemy z w miarę obiektywną oceną.
Pan Marchewka przyprawił mnie o sporą zagwozdkę, bo plusy w jego opowieści są plusami ogromnymi, a minusy minusami dosyć sporymi.
Zacznę może od plusów. Największy należy się z pewnością za język. Autor operuje nim tak sprawnie, że nie uwierzyłabym, że to jego pierwsza powieść, gdybym o tym wcześniej nie wiedziała. Świetne wyważenie humoru z powagą, atmosferyczne opisy miasta, ciekawy slang uliczny - to wszystko sprawiło, że od strony językowej książkę czytało się z prawdziwą przyjemnością. Kolejnym plusem jest powiązanie ze sobą różnych wątków, które się przez powieść przewijają. Widać, że autor ma w planach kontynuację historii Slavy i "Wszyscy patrzyli..." jest zaledwie wprowadzeniem w świat Hausenbergu i jego mniej poważanej, że się tak wyrażę, części społeczeństwa.
Niestety, minusów jest również sporo.
Po pierwsze: bohaterowie. Niby dobrze wykreowani, niby mocno zarysowani, a tak przy tym irytujący i zupełnie do siebie nie przekonujący. Gdybym miała wymienić swoją ulubioną postać, nie potrafiłabym tego zrobić nawet po głębszym zastanowieniu. Może Caterina Murino, choć pojawiła się dopiero na ostatnich kartach książki? Slava jest irytującym, zbyt pewnym siebie chłopakiem, Petr, niby tak doświadczony, a nie potrafi przewidzieć problemów czających się za rogiem, które każdy czytelnik od razu dostrzeże. Nino stoi w cieniu tej dwójki i właściwie można o nim tylko powiedzieć, że jest dobry w tym, co robi, a przy okazji ma dosyć specyficzne poczucie humoru. Ciekawy mógłby być Profesor, ale z oczywistych (przy końcu książki) powodów jest go mało. Główny antagonista tego tomu, Silas Faugen, to w ogóle postać rozmemłana i nijaka.
Po drugie: brakowało mi w całej książce emocji. Środkowa część dłużyła mi się niemiłosiernie, być może przez brak równowagi między opisami a dialogami (tych drugich stanowczo przydałoby się więcej, i piszę to ja, wielbicielka długich opisów). Dopiero finał opowieści przyspieszył i nabrał tempa i rumieńców.
Po trzecie: ciężko mi wybaczyć źle napisane postaci kobiecie, a jeszcze ciężej ich brak w ogóle. U pana Marchewki jedynymi postaciami kobiecymi wspomnianymi z imienia i nie będącymi prostytutkami są Camilla (której i tak głównym zadaniem jest seks ze Slavą), Caterina pojawiająca się w finale, a także biorąca udział (bardziej jako ozdoba niż rzeczywisty uczestnik) w ostatecznej rozgrywce Anastazja Frey, znana zresztą przede wszystkim z bycia kochanką wicekróla. A, jeszcze gdzieś tam przewinęła się jakaś hazardzistka, jedyna kobieta w światku samych męskich mężczyzn, której imienia jednak nie jestem w stanie sobie przypomnieć, bo pojawiło się raz, może dwa. I tyle. Bez wątpienia jest to jeden z elementów, nad którymi autor powinien naprawdę popracować. Ja rozumiem męski, przestępczy świat, ale do jasnej anielki, kobiety naprawdę nadają się do czegoś poza seksem i bycia wystrojem wnętrz.
Podsumowując, "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział" uważam za debiut całkiem udany, ale autor powinien jeszcze nad wieloma elementami popracować. Przy lepszym tempie akcji i bardziej dających się lubić (a przynajmniej wzbudzających większe emocje) bohaterach książka naprawdę mogłaby wciągnąć. Mimo narzekań czekam na drugi tom ze sporym optymizmem, bo wierzę, że Tomasz Marchewka potrafi stworzyć opowieść jeszcze lepszą, którą czytać będzie się z wypiekami emocji na twarzy.
tytuł: Wszyscy patrzyli, nikt nie widział
autor: Tomasz Marchewka
cykl: Miasto Szulerów (tom 1)
wydawnictwo: SQN (Sine Qua Non)
liczba stron: 336
ocena: ★★★☆☆
niedziela, 15 kwietnia 2018
W kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku - Lauren James "The Loneliest Girl in the Universe"
Cytat, którym posłużyłam się w tytule wpisu, to slogan reklamowy jednego z najbardziej znanych i (nie waham się użyć tego słowa) kultowych kosmicznych horrorów, jakim jest "Obcy. Ósmy pasażer Nostromo". Uwielbiam ten gatunek i przerażenie, jakie we mnie wzbudza, uwielbiam poczucie odosobnienia i osaczenia, jakie towarzyszy bohaterom kosmicznych przerażających historii. Zamknięci w przysłowiowych czterech ścianach swoich pojazdów, otoczeni próżnią, stający do z góry wydawałoby się przegranej walki z potworami czającymi się za rogiem - oto ludzie, na których miejscu na pewno nie chciałabym się znaleźć. Niekiedy zdarza się jednak, że największym zagrożeniem wcale nie jest obca forma życia, lecz inny człowiek. Tak było w "Event Horizon", gdzie diaboliczny Sam Neil doprowadził do zagłady niemal całej swojej załogi (pod wpływem demonicznego statku, owszem, ale jednak), tak jest również w książce Lauren James.
"The Loneliest Girl in the Universe" opowiada historię Romy Silvers, dziewczyny, która poza swoim statkiem The Infinity nie zna niczego innego. Urodzona w kosmosie, osierocona przez rodziców, którzy zginęli w tajemniczych dla czytelnika okolicznościach, Romy została dowódcą statku, jego mechanikiem, biologiem i przyszłą przywódczynią nowej kolonii na Ziemi II, do której zmierza The Infinity. Jej jedynym kontaktem z Ziemią jest Molly, terapeutka pracująca w NASA, i choć rozmowa za pośrednictwem plików audio nie jest łatwa (biorąc pod uwagę ogromną odległość, którą pliki przebywają w kosmosie, by po pół roku dosięgnąć adresata), Romy jest może nie szczęśliwa, ale w miarę przyzwyczajona do swojego losu, a z samotnością radzi sobie oglądając słuchając muzyki, oglądając ukochany serial i pisząc do niego fanfiki. Pewnego dnia dostaje wiadomość, że jej osamotnienie dobiega końca - z Ziemi wysłany został kolejny statek kosmiczny The Eternity, który za parę miesięcy ma doścignąć jednostkę Romy i przyłączyć się do niej w drodze do nowej kolonii. Między dziewczyną a J, dowódcą The Eternity zawiązuje się przyjaźń, stopniowo przeistaczająca się w uczucie. Pewnego dnia bohaterka odkrywa jednak coś, co sprawia, że radość ze spotkania z J'em zamienia się w trwogę, a cała sytuacja przeistacza się w koszmar.
Pierwszy raz w życiu spotkałam się z książką, w której kosmiczny horror miesza się z thrillerem, a główna bohaterka przez osiemdziesiąt procent książki jest jedyną postacią z krwi i kości, z którą mamy do czynienia. Romy, wydawałoby się zwyczajna nastolatka, jest niezwykłą postacią, dziewczyną, która nigdy w życiu nie spotkała nikogo poza swoimi rodzicami, która nie ma wielkiej wiedzy na temat konwenansów i relacji międzyludzkich, ale za to wie, jak uniknąć nadlatującego meteorytu, jak wymienić panele w systemie podtrzymywania życia i jak rozwiązać równania matematyczne, które dla przeciętnego człowieka brzmią jak czarna magia. Polubiłam Romy za jej siłę w radzeniu sobie z samotnością i koszmarami nękającymi ją od wypadku, w którym straciła rodziców, za jej humor, za bycie fangirlem i pisanie fanfików do ukochanego serialu. Może właśnie dlatego to, co się w drugiej części książki dzieje sprawiło, że z nerwów obgryzałam paznokcie i każdy, najmniejszy nawet szelest w mieszkaniu przyprawiał mnie o nerwowe drżenie.
Tak, drodzy Odwiedzający, przyznaję bez bicia, że czytanie tej książki wieczorem nie było najlepszym z moich pomysłów. Lauren James w świetny sposób oddaje coraz bardziej przerażającą i przytłaczającą atmosferę na The Infinity. Zwłaszcza to, co działo się od momentu odkrycia, że coś jest z J'em nie tak, aż do momentu kulminacyjnego, to prawdziwy majstersztyk. Martwi astronauci w koszmarach Romy, drapiący w zewnętrzne poszycie statku, przerażenie ogarniające dziewczynę wraz ze świadomością, jak bardzo została oszukana... mało która książka ostatnimi czasy dostarczyła mi tylu emocji. Jest to tym bardziej godne uwagi, że "The Loneliest Girl..." nie jest książką specjalnie skomplikowaną pod względem fabularnym, ani zbyt głęboką pod względem psychologicznym, ot młodzieżówka, tylko zamiast w szkole dziejąca się w kosmosie. Cały mój zachwyt wynika natomiast właśnie z mistrzowskiego operowania przez autorkę atmosferą i nastrojem.
Nie chcę zdradzać, co tak naprawdę wydarzyło się w dzieciństwie Romy (swoją drogą że też po czymś takim wyrosła na normalną osobę) ani kim jest tajemniczy J. Powiem tylko, że pani James ma nosa do tego, co może przerazić czytelnika z wyobraźnią taką jak moja.
Książka nie jest zbyt długa, wiele z tego, co się dzieje na jej kartach to zapisy maili, które wysyłają sobie na wzajem Romy i J, przez co pochłania się ją w jeden wieczór (choć tym, którzy nie lubią się bać, polecam czytanie w dzień), ale ilości emocji, które przynosi, starczyłoby na książkę dwa razy dłuższą.
Polecam wszystkim lubiącym zarówno science-fiction, jak i kosmiczny horror (choć tym razem bez potworów z obcych planet).
tytuł: The Loneliest Girl in the Universe
autor: Lauren James
wydawnictwo: Walker Books
liczba stron: 290
ocena: ★★★★☆
"The Loneliest Girl in the Universe" opowiada historię Romy Silvers, dziewczyny, która poza swoim statkiem The Infinity nie zna niczego innego. Urodzona w kosmosie, osierocona przez rodziców, którzy zginęli w tajemniczych dla czytelnika okolicznościach, Romy została dowódcą statku, jego mechanikiem, biologiem i przyszłą przywódczynią nowej kolonii na Ziemi II, do której zmierza The Infinity. Jej jedynym kontaktem z Ziemią jest Molly, terapeutka pracująca w NASA, i choć rozmowa za pośrednictwem plików audio nie jest łatwa (biorąc pod uwagę ogromną odległość, którą pliki przebywają w kosmosie, by po pół roku dosięgnąć adresata), Romy jest może nie szczęśliwa, ale w miarę przyzwyczajona do swojego losu, a z samotnością radzi sobie oglądając słuchając muzyki, oglądając ukochany serial i pisząc do niego fanfiki. Pewnego dnia dostaje wiadomość, że jej osamotnienie dobiega końca - z Ziemi wysłany został kolejny statek kosmiczny The Eternity, który za parę miesięcy ma doścignąć jednostkę Romy i przyłączyć się do niej w drodze do nowej kolonii. Między dziewczyną a J, dowódcą The Eternity zawiązuje się przyjaźń, stopniowo przeistaczająca się w uczucie. Pewnego dnia bohaterka odkrywa jednak coś, co sprawia, że radość ze spotkania z J'em zamienia się w trwogę, a cała sytuacja przeistacza się w koszmar.
Pierwszy raz w życiu spotkałam się z książką, w której kosmiczny horror miesza się z thrillerem, a główna bohaterka przez osiemdziesiąt procent książki jest jedyną postacią z krwi i kości, z którą mamy do czynienia. Romy, wydawałoby się zwyczajna nastolatka, jest niezwykłą postacią, dziewczyną, która nigdy w życiu nie spotkała nikogo poza swoimi rodzicami, która nie ma wielkiej wiedzy na temat konwenansów i relacji międzyludzkich, ale za to wie, jak uniknąć nadlatującego meteorytu, jak wymienić panele w systemie podtrzymywania życia i jak rozwiązać równania matematyczne, które dla przeciętnego człowieka brzmią jak czarna magia. Polubiłam Romy za jej siłę w radzeniu sobie z samotnością i koszmarami nękającymi ją od wypadku, w którym straciła rodziców, za jej humor, za bycie fangirlem i pisanie fanfików do ukochanego serialu. Może właśnie dlatego to, co się w drugiej części książki dzieje sprawiło, że z nerwów obgryzałam paznokcie i każdy, najmniejszy nawet szelest w mieszkaniu przyprawiał mnie o nerwowe drżenie.
Tak, drodzy Odwiedzający, przyznaję bez bicia, że czytanie tej książki wieczorem nie było najlepszym z moich pomysłów. Lauren James w świetny sposób oddaje coraz bardziej przerażającą i przytłaczającą atmosferę na The Infinity. Zwłaszcza to, co działo się od momentu odkrycia, że coś jest z J'em nie tak, aż do momentu kulminacyjnego, to prawdziwy majstersztyk. Martwi astronauci w koszmarach Romy, drapiący w zewnętrzne poszycie statku, przerażenie ogarniające dziewczynę wraz ze świadomością, jak bardzo została oszukana... mało która książka ostatnimi czasy dostarczyła mi tylu emocji. Jest to tym bardziej godne uwagi, że "The Loneliest Girl..." nie jest książką specjalnie skomplikowaną pod względem fabularnym, ani zbyt głęboką pod względem psychologicznym, ot młodzieżówka, tylko zamiast w szkole dziejąca się w kosmosie. Cały mój zachwyt wynika natomiast właśnie z mistrzowskiego operowania przez autorkę atmosferą i nastrojem.
Nie chcę zdradzać, co tak naprawdę wydarzyło się w dzieciństwie Romy (swoją drogą że też po czymś takim wyrosła na normalną osobę) ani kim jest tajemniczy J. Powiem tylko, że pani James ma nosa do tego, co może przerazić czytelnika z wyobraźnią taką jak moja.
Książka nie jest zbyt długa, wiele z tego, co się dzieje na jej kartach to zapisy maili, które wysyłają sobie na wzajem Romy i J, przez co pochłania się ją w jeden wieczór (choć tym, którzy nie lubią się bać, polecam czytanie w dzień), ale ilości emocji, które przynosi, starczyłoby na książkę dwa razy dłuższą.
Polecam wszystkim lubiącym zarówno science-fiction, jak i kosmiczny horror (choć tym razem bez potworów z obcych planet).
tytuł: The Loneliest Girl in the Universe
autor: Lauren James
wydawnictwo: Walker Books
liczba stron: 290
ocena: ★★★★☆
Subskrybuj:
Posty (Atom)




