Wiecie, czym jest new weird? To taki dziwny gatunek literacki, który zostawia czytelnika w stanie permanentnego zdziwienia i objawia się w postaci rysunkowych znaków zapytania wokół jego głowy. Połączenie starej, dobrej fantastyki we wszystkich jej przejawach (włączając w to science-fiction i urban fantasy) z horrorem, opowieścią supernatural i wszystkim, co dziwne i nie z tej ziemi w głowie autora. Dla kogoś, kto nie lubi takiego gatunkowego dziwoląga, książka w tym gatunku będzie prawdopodobnie straszliwą torturą. Dla mnie natomiast, jako wielbicielki Lovecrafta, pulpowych opowiastek horrorowych i ogólnego wariactwa literackiego, to coś, przy czym świetnie się bawię. Nawet jeśli natłok znaków zapytania nad moją głową przypomina chmurę gradową, a na twarzy gości wyraz permanentnego niemal zagubienia.
Jakby tu w skrócie opowiedzieć, o czym jest "Kraken" Miéville'a? Hmmm, może tak: wyobraźmy sobie londyńskie muzeum, w którego trzewiach istnieje sala, w której istnieje ogromny słój z idealnie zakonserwowaną kałamarnicą olbrzymią. A teraz wyobraźmy sobie, że ów słój, zdolny pomieścić ponad ośmiemetrowego stwora, znika z muzeum w niewyjaśniony sposób. Wyobraźmy sobie wyraz przerażenia i zdumienia na twarzy jednego z kustoszów, Billy'ego Harrowa, który jest nieszczęśliwym odkrywcą tego faktu. Pójdźmy dalej: co powiecie na specjalny oddział policji, zajmujący się podziemiem londyńskiego świata kultów, na dwóch przerażających panów, którzy być może od wieków chodzą po Londynie i zabijają ludzi w przedziwne sposoby, a także na związki zawodowe nie-martwych, ale i nie-żywych chowańców. Czujecie się trochę zagubieni? Witajcie w świecie Billy'ego, któremu znana i zrozumiała rzeczywistość nagle wali się na głowę. Witajcie również w głowie czytelnika, który postanowił zgłębić tajemnice tego przedziwnego świata.
O moich wrażeniach po przeczytaniu "Krakena" pisze mi się niemal równie ciężko, jak czytało mi się pierwsze rozdziały. Specyficzny styl autora to jeden z powodów, ale ważniejszym był fakt, że wrzuceni zostajemy od razu na głęboką wodę, zarówno fabularnie, jak i językowo. Potrafiłam jedynie współczuć Billy'emu, który podobnie jak ja został nagle wciągnięty w świat kultystów, dziwacznych wierzeń i jeszcze dziwniejszej magii i na którego pytania nikt nie udziela odpowiedzi. Przez pierwsze kilkadziesiąt stron oszołomiona próbowałam odnaleźć się w tej dziwacznej rzeczywistości rozdwojonego Londynu i nadal nie jestem pewna, jak mi się to w końcu udało. Chowańce, pięściarze (już nigdy nie popatrzę tak samo na ludzi w kaskach z opuszczonymi szybkami), gadający tatuaż, londynmanci i cała reszta tej dziwacznej ferajny, o co do jasnej cholerki chodzi? Na szczęście im dalej w opowieść, tym wszystko stawało się jaśniejsze i nieco bardziej zrozumiałe. Nieco, bo nie mogę powiedzieć, bym w całości objęła rozumem pokręconą wizję pisarza. I wiecie co? Właściwie to nie specjalnie mi to przeszkadzało. Było dziwnie, było niezrozumiale i po zakończeniu książki poczułam ogromny podziw dla wyobraźni Miéville'a, pomieszany z odrobiną troski o jego zdrowie psychiczne. Nie wiem, co autor brał podczas pisania, ale chyba sama od czasu do czasu chciałabym spróbować.
Jeśli chodzi o bohaterów, to mamy tu całą masę dziwacznych "osób" (zważcie na cudzysłów), od Billy'ego, który wydaje się całkiem normalnym, nieco rozmemłanym facetem, urastającym do rangi proroka wyznawców wielkiej ośmiornicy, poprzez przeklinającą jak żeglarz i kopcącą jak komin policjantkę Collingswood, aż do szefów dwóch największych grup przestępczych, których fizyczna forma jest, delikatnie mówiąc, przyprawiająca o palpitacje serca. Nie mogę również nie wspomnieć o Gossie i Subbym, dwójce przerażających zabójców, którzy zdecydowanie prowadzą w wyścigu o tytuł największych dziwolągów w całej tej pokręconej historii. Może i nie da się specjalnie polubić żadnej z tych postaci, może nie zależy nam specjalnie na ich losie, ale zapadają w pamięć (czy tego chcemy, czy nie) i łapiemy się pod koniec, że nie wiadomo jak i nie wiadomo kiedy zżyliśmy się z nimi i smutno się rozstawać.
Ostrzegam, przeczytanie "Krakena" wymaga od czytelnika ciągłej uwagi i skupienia. Język Miéville'a jest podobnie chaotyczny jak sama opowieść, dialogi toczą się niekiedy z pominięciem wszelkich zasad logiki (dlaczego nikt nie udziela na żadne pytanie odpowiedzi?!?), a nagromadzenie nowych słów i terminów może przyprawić o ból głowy. Nie pomaga również korekta, która parę razy a to ominęła przy- i zaimki, a to powtórzyła niepotrzebnie jakieś słowo, a to nie rozdzieliła wyraźnie kwestii mówionych przez parę osób.
Mimo wszystkich tych ostrzeżeń i zarzutów "Kraken" dostaje ode mnie cztery gwiazdki. Zapytacie zaraz, jak to, dlaczego? Ano dlatego, że zadziwiła mnie niesamowita wyobraźnia pisarza, zachwyciła plastyczność opisów wszystkich tych dziwów i dziwadeł, nie raz i nie dwa rozśmieszyła absurdalność sytuacji, w której znaleźli się bohaterowie, a nade wszystko zauroczył mnie unoszący się nad tym wszystkim duch lovecraftowskiej dziwaczności, którą uwielbiam i której najmniejsze nawet ślady w książce przynoszą mi ogromną radość.
Lubicie uczucie zagubienia i świadomość, że nie macie bladego pojęcia, o co chodzi, ale i tak chcecie więcej? W takim, i tylko takim wypadku, "Kraken" jest książką dla Was. Tym, którzy na to pytanie odpowiedzieli przecząco, nie polecam, chyba że jesteście masochistami czytelniczymi i lubicie męczyć się, próbując zrozumieć co, jak, gdzie i dlaczego.
tytuł: Kraken
autor: China Miéville
wydawnictwo: Zysk i S-ka
liczba stron: 620
ocena: ★★★★☆
poniedziałek, 9 lipca 2018
środa, 4 lipca 2018
Czerwcowe podsumowanie czytelnicze ☆ミ
Ach, ten Mundial! Ach, ta Liga Narodów! Człowiek chciałby poczytać, ale jak tu wziąć się za książkę, kiedy na ekranie komputera mają miejsce ogromne dramaty i jeszcze większe radości, no jak? Wielbicielką zarówno piłki nożnej, jak i siatkówki jestem od dziecka i raz na cztery lata dla tych dwóch dyscyplin rzucam wszystko inne w kąt. Tak właśnie wyglądał mój czerwiec, bardzo dobrze fanowsko i bardzo kiepsko czytelniczo. W towarzystwie sportowców udało mi się przeczytać sześć pozycji książkowych, w tym tylko jednego e-booka, plus trzy mangi po japońsku. Na szczęście jakościowo było dobrze, więc nie czuję wielkich wyrzutów sumienia.
O mangach nie będę się rozpisywać, powiem tylko, że kupiłam kolejne cztery tomiki serii, co chyba jest wystarczającym dowodem na to, że historia opowiedziana w "Shinrei Tantei Yakumo" przypadła mi do gustu. O książce mojej koleżanki, Leeli McMullen powiem na razie tyle, że dla fanek (a może i fanów?) zespołów rockowych i opowieściach z gatunku magical girls/boys "Reverberations" jest pozycją może nie tyle obowiązkową, ile na pewno przynoszącą wiele radości i zabawy. To zaledwie pierwszy tom, przed nami całkiem pokaźna ilość muzyki, magicznych mocy i tajemniczych wrogów.
Do "Niewidocznych akademików" za to nie mogę się przyczepić za nic. Czego my tu nie mamy! Magów biegających za piłką, Vetinariego będącego tyranem w iście tyrański, ale za to jakże ujmujący sposób, opowieść o ankh-morporkiańskich Romeo i Julii (choć obeszło się bez samobójstw i całej tej bezsensowności), modę krasnoludzką, psychopatę przebranego za fana, a także o wiele, wiele więcej. Sir Terry Pratchett w najwyższej formie, świetny humor, jednym słowem polecam ze szczerego serca.
O mangach nie będę się rozpisywać, powiem tylko, że kupiłam kolejne cztery tomiki serii, co chyba jest wystarczającym dowodem na to, że historia opowiedziana w "Shinrei Tantei Yakumo" przypadła mi do gustu. O książce mojej koleżanki, Leeli McMullen powiem na razie tyle, że dla fanek (a może i fanów?) zespołów rockowych i opowieściach z gatunku magical girls/boys "Reverberations" jest pozycją może nie tyle obowiązkową, ile na pewno przynoszącą wiele radości i zabawy. To zaledwie pierwszy tom, przed nami całkiem pokaźna ilość muzyki, magicznych mocy i tajemniczych wrogów.
Pierwszą z
książek ukończonych w czerwcu była "Nomen omen" Marty Kisiel.
Ciekawe jest to, że sporej części czytelników historia Salomei Przygody podobała się bardziej niż "Dożywocie", ja jednak należę do grupy,
która owszem, bawiła się przy "Nomen omen" dobrze, ale jednak gorzej
niż przy tej drugiej. Prawdopodobnie powodem byli bohaterowie, którzy choć
sympatyczni i zabawni, mieli w sobie sporo schematyczności, a już Niedaś dosyć
mocno mnie denerwował za każdym razem, gdy otwierał usta. Czyli cały czas. Poza
tym odniosłam wrażenie, że mimo tego, iż Marta Kisiel we wszystkich swoich
książkach używa sporo odniesień do kultury popularnej, w "Nomen
omen" nagromadzenie ich było zbyt duże w samych kwestiach wypowiadanych
przez postaci i podobnie jak odniesienia tego typu w prozie Stephena Kinga, tak
i te tutaj szybko się zestarzeją i dla czytelników sięgających po tę
książkę za x lat staną się one niezrozumiałe i zbyt nachalne. Na plus na pewno
zaliczyć trzeba większą ciągłość fabuły niż w "Dożywociu".
"Negatyw" Klaudiusza Szymańczaka to niezły debiut
kryminalny tego autora. Opowieść o agencie FBI, rozgrywająca się dwutorowo - w
Polsce i w Stanach Zjednoczonych - napisana jest niezłym językiem i potrafi
wciągnąć. Miałam do niej parę uwag, przede wszystkim dotyczących niepotrzebnego według mnie rozbicia narracji na dwie osobne sprawy, w żaden
sposób ze sobą nie związane, z których na dodatek ta polska potraktowana
została po macoszemu. Mierził mnie również specyficzny sposób opisywania
moralności głównego bohatera (więcej na ten temat można przeczytać w recenzji). Podsumowując uznałam jednak "Negatyw" za
całkiem dobry kryminał, przy którym wielbiciele tego gatunku mogą się dobrze
bawić i spędzić parę przyjemnych godzin.
"Dear Ijeawele. A Feminist Manifesto In Fifteen Suggestions" Chimamandy Ngozi Adichie to niezwykła książka. Króciutka, zaledwie sześćdziesięciosześcio stronicowa, a zawierająca w sobie tak wiele treści! Moje odczucia po przeczytaniu na pewno będziecie mogli poznać w recenzji, którą mam nadzieję zamieścić na blogu pod koniec tego tygodnia, dlatego powiem na razie tylko tyle, że każdy, bez względu na płeć i bez względu na to, czy jest rodzicem czy nie, powinien po tę cieniutką książeczkę sięgnąć i przemyśleć sobie oczywiste wydawałoby się prawdy, które autorka zebrała w formie listu do swojej znajomej, a które w życiu codziennym często pozostają niezauważane czy wręcz ignorowane. "Dear Ijeawele" to lektura na jedną godzinę, ale jej treść powinna zostać z nami na całe życie.
Ostatnią lekturą czerwca był dla odmiany kolos Dana Simmonsa, nie mniej jednak poruszający i dający do myślenia. "Terror" zalicza się w chwili obecnej do najlepszych według mnie książek tego roku i myślę, że ciężko będzie mi znaleźć lekturę, która wciągnie, przerazi i zachwyci mnie równie mocno jak ta mroczna opowieść o zaginionej wyprawie na daleką Północ. Pisarz w niesamowicie plastyczny i obrazowy sposób maluje przed nami wizję zamarzniętych pustkowi, gdzie mróz i lód wcale nie stanowią największego zagrożenia dla zagubionych marynarzy, największym wrogiem okazują się bowiem oni sami. Polecam tę książkę wszystkim, którzy kochają/nienawidzą zimy, którzy lubią opowieści ze świetnie zakreślonymi bohaterami, którym wreszcie nie straszne jest poświęcenie dla książki więcej niż jednego wieczora. Warto, po stokroć warto!
Podsumowanie gwiazdkowe
trzy książki ★★★
dwie książki ★★★★
jedna książka ★★★★★
W czerwcu przeczytałam zaledwie trzy książki z majowych zakupów, więc wyzwanie odnośnie czytania jednej trzeciej pozycji z poprzedniego book haula nie zostało wypełnione (siedemnaście książek! kogo ja chciałam oszukać). Na swoje usprawiedliwienie mam tylko i wyłącznie Mundial. Na szczęście postanowienie dotyczące czytania książek polskich autorów wypełniłam z nawiązką, a dodatkowo "Niewidoczni akademicy" zaliczyli się do wyzwania czytelniczego Kirimy (klasyka fantastyki).
Jak wyglądał Wasz czytelniczy czerwiec? Udało się Wam odkryć nowych ulubieńców? Czy może ten miesiąc był jednym z tych zupełnie przeciętnych? Dajcie znać w komentarzach!
wtorek, 3 lipca 2018
Niezakupowy book haul - czerwiec 2018☆ミ
Czerwiec (podobnie jak początek lipca) minął mi pod znakiem Mundialu i Ligii Narodów w siatkówce, w związku z czym nie miałam czasu ani na czytanie, ani na pisanie. Na dodatek nałożyłam na siebie zakaz zakupów książkowych, dzięki czemu w mojej biblioteczce pojawiły się wyłącznie mangi, e-booki za przysłowiową złotówkę i książki dostane z różnych okazji. Mogę więc z dumą stwierdzić, że udało mi się przeżyć bez kupowania nowych pozycji, co godne pochwały jest tym bardziej, że w czerwcu ukazało się multum nowych książek, na widok których aż ślinka mi ciekła.
Co w takim razie znalazło sobie drogę w moje ręce?
Zaraz na początku miesiąca przyszło do mnie "Gałęziste" Artura Urbanowicza, które miałam wcześniej okazję przeczytać w formie elektronicznej, ale autor był tak miły, że wysłał mi również wersję papierową. Lubię wracać do książek, nawet jeśli nie były one dla mnie pozycjami pięciogwiazdkowymi, a poza tym pięknie się "Gałęziste" będzie prezentować na półce.
Kolejną pozycją, którą otrzymałam, tym razem w konkursie instagramowym (pierwszą od początku mojej przygody z tą platformą), jest "Twarz Grety di Biase" Magdaleny Knedler. O dziwo, mimo że zazwyczaj nie czytam literatury obyczajowej, mam wielką ochotę zabrać się za tę książkę, tym bardziej, że podobno część dzieje się we Włoszech, z którymi mam wspólną historię, choć to rozmowa na inny czas.
Ponieważ ręce świerzbiły mnie do wydania pieniędzy, a chciałam jednak wytrwać w postanowieniu nie kupowania książek, zdecydowałam się na zaspokojenie moich potrzeb zakupowych w Book Offie, gdzie nabyłam tomy 2, 3 i 4 mangi "Shinrei Tantei Yakumo". Pierwszy tom był całkiem wciągający, w związku z czym stwierdziłam, że lepiej zaopatrzę się w większą ilość. Na niewiele się to zdało, wszystkie trzy tomiki przeczytałam w jeden dzień. No cóż, życie.
Jak to się stało, że zakaz zakupowy nie objął e-booków? Ano tak, że koleżanka, z którą znam się od czasów stypendium w Japonii i z którą łączyło mnie zamiłowanie do japońskich zespołów rockowych, wydała w czerwcu książkę pod tytułem "Guardians", która jest pierwszym tomem w jej debiutanckiej serii zatytułowanej "Reverberations". Powiedzcie sami, jak mogłam jej nie wesprzeć i nie kupić tego e-booka, no jak? Opowieść o zespole visualowym zyskującym super moce w stylu magical girls (tudzież boys w tym przypadku) brzmiała jak coś w sam raz na letnie, leniwe popołudnie i rzeczywiście, spełniła swoje zadanie. Bawiłam się przy niej wyśmienicie, bo choć nie jest to literatura najwyższych lotów, to dostarczyła mi sporo radości choćby ze względu na swoją tematykę.
Końcówka miesiąca okazała się nie mniej bogata w zdobycze. Najpierw z okazji Dnia Ojca dostałam od taty (wiem, nie powinno tak to działać, ale darowanemu koniowi i tak dalej) książkę dobrze wpisującą się w moje dalekowschodnie zainteresowania. "Istota ryżu. O duszy japońskiego jedzenia" Michaela Bootha brzmi przepysznie, choć o ile mi wiadomo autor znęca się w niej nad japońskim curry, co uważam za bluźnierstwo. Cóż, o gustach nie tylko kulinarnych się nie dyskutuje.
Przy kolejnym pobycie w Japonii kontynuowałam serię zakupów mangowych z następnymi czterema tomikami "Shinrei Tantei Yakumo", mam nadzieję, że tym razem starczą na dłużej. Może powinnam je sobie dozować, jeden tomik na tydzień?
Nie mogłam się również oprzeć e-bookowi będącemu połączeniem opowieści o Sherlocku Holmesie i lovecraftowskich Przedwiecznych, o znamiennym tytule "Shadows Over Baker Street: New Tales of Terror!". Brzmi pulpowo? Mam nadzieję, że takim właśnie się okaże! Od czasu do czasu nachodzi mnie bowiem ochota na literaturę nie najwyższych lotów, ale za to jakże zabawną i dostarczającą przyjemności.
Ostatniego dnia miesiąca, zaraz po powrocie z Japonii, wyciągnęłam ze skrzynki ostatnią już pozycję, czyli "Horyzont umysłu" Thomasa Arnolda, którą dostałam do recenzji od samego autora. Mam nadzieję zabrać się za nią na początku lipca, choć przypuszczam, że dopóki nie skończą się Mistrzostwa Świata w piłce nożnej, dopóty z moim czytaniem będzie kiepsko.
Podsumowując, nie kupując ani jednej książki papierowej i tak zdobyłam ich cztery, rozmangowałam się na całego z siedmioma tomikami opowieści o detektywie medium, a także wspomogłam koleżankę w początkach jej drogi pisarskiej. No i nie zapominajmy o najbardziej znanym detektywie na świecie, który musiał się będzie zmierzyć z Cthulhu!
A jak prezentują się Wasze czerwcowe stosiki? Równie różnorodnie, czy jednak bardziej uporządkowanie i z sensem?
Co w takim razie znalazło sobie drogę w moje ręce?
Zaraz na początku miesiąca przyszło do mnie "Gałęziste" Artura Urbanowicza, które miałam wcześniej okazję przeczytać w formie elektronicznej, ale autor był tak miły, że wysłał mi również wersję papierową. Lubię wracać do książek, nawet jeśli nie były one dla mnie pozycjami pięciogwiazdkowymi, a poza tym pięknie się "Gałęziste" będzie prezentować na półce.
Kolejną pozycją, którą otrzymałam, tym razem w konkursie instagramowym (pierwszą od początku mojej przygody z tą platformą), jest "Twarz Grety di Biase" Magdaleny Knedler. O dziwo, mimo że zazwyczaj nie czytam literatury obyczajowej, mam wielką ochotę zabrać się za tę książkę, tym bardziej, że podobno część dzieje się we Włoszech, z którymi mam wspólną historię, choć to rozmowa na inny czas.
Ponieważ ręce świerzbiły mnie do wydania pieniędzy, a chciałam jednak wytrwać w postanowieniu nie kupowania książek, zdecydowałam się na zaspokojenie moich potrzeb zakupowych w Book Offie, gdzie nabyłam tomy 2, 3 i 4 mangi "Shinrei Tantei Yakumo". Pierwszy tom był całkiem wciągający, w związku z czym stwierdziłam, że lepiej zaopatrzę się w większą ilość. Na niewiele się to zdało, wszystkie trzy tomiki przeczytałam w jeden dzień. No cóż, życie.
Jak to się stało, że zakaz zakupowy nie objął e-booków? Ano tak, że koleżanka, z którą znam się od czasów stypendium w Japonii i z którą łączyło mnie zamiłowanie do japońskich zespołów rockowych, wydała w czerwcu książkę pod tytułem "Guardians", która jest pierwszym tomem w jej debiutanckiej serii zatytułowanej "Reverberations". Powiedzcie sami, jak mogłam jej nie wesprzeć i nie kupić tego e-booka, no jak? Opowieść o zespole visualowym zyskującym super moce w stylu magical girls (tudzież boys w tym przypadku) brzmiała jak coś w sam raz na letnie, leniwe popołudnie i rzeczywiście, spełniła swoje zadanie. Bawiłam się przy niej wyśmienicie, bo choć nie jest to literatura najwyższych lotów, to dostarczyła mi sporo radości choćby ze względu na swoją tematykę.
Końcówka miesiąca okazała się nie mniej bogata w zdobycze. Najpierw z okazji Dnia Ojca dostałam od taty (wiem, nie powinno tak to działać, ale darowanemu koniowi i tak dalej) książkę dobrze wpisującą się w moje dalekowschodnie zainteresowania. "Istota ryżu. O duszy japońskiego jedzenia" Michaela Bootha brzmi przepysznie, choć o ile mi wiadomo autor znęca się w niej nad japońskim curry, co uważam za bluźnierstwo. Cóż, o gustach nie tylko kulinarnych się nie dyskutuje.
Przy kolejnym pobycie w Japonii kontynuowałam serię zakupów mangowych z następnymi czterema tomikami "Shinrei Tantei Yakumo", mam nadzieję, że tym razem starczą na dłużej. Może powinnam je sobie dozować, jeden tomik na tydzień?
Nie mogłam się również oprzeć e-bookowi będącemu połączeniem opowieści o Sherlocku Holmesie i lovecraftowskich Przedwiecznych, o znamiennym tytule "Shadows Over Baker Street: New Tales of Terror!". Brzmi pulpowo? Mam nadzieję, że takim właśnie się okaże! Od czasu do czasu nachodzi mnie bowiem ochota na literaturę nie najwyższych lotów, ale za to jakże zabawną i dostarczającą przyjemności.
Ostatniego dnia miesiąca, zaraz po powrocie z Japonii, wyciągnęłam ze skrzynki ostatnią już pozycję, czyli "Horyzont umysłu" Thomasa Arnolda, którą dostałam do recenzji od samego autora. Mam nadzieję zabrać się za nią na początku lipca, choć przypuszczam, że dopóki nie skończą się Mistrzostwa Świata w piłce nożnej, dopóty z moim czytaniem będzie kiepsko.
Podsumowując, nie kupując ani jednej książki papierowej i tak zdobyłam ich cztery, rozmangowałam się na całego z siedmioma tomikami opowieści o detektywie medium, a także wspomogłam koleżankę w początkach jej drogi pisarskiej. No i nie zapominajmy o najbardziej znanym detektywie na świecie, który musiał się będzie zmierzyć z Cthulhu!
A jak prezentują się Wasze czerwcowe stosiki? Równie różnorodnie, czy jednak bardziej uporządkowanie i z sensem?
poniedziałek, 2 lipca 2018
W okowach ciszy, lodu i ciemności - Dan Simmons "Terror"
Zanim przejdę do recenzji, zdradzę Wam, drodzy Odwiedzający, pewien interesujący fakt - jak nie lubię lata z jego upałami, wilgocią i gorącym przedpołudniowym słońcem, tak kocham zimę z jej mrozem, krótkimi dniami i długimi nocami, światem przykrytym śniegiem i zatopionym w ciszy. Przy minusowych temperaturach wzbiera we mnie chęć do robienia wszystkiego, do czego nie mogę się zabrać w trzydziestostopniowych upałach. A już góry w śniegu... nie ma piękniejszego widoku niż strome, skaliste szczyty lub pokryte lasami zbocza, ubrane w białą suknię Królowej Zimy. To powiedziawszy muszę również przyznać, że czuję przed nią duży respekt, bo choć piękna, potrafi być również przerażająca, okrutna i zabójcza. Bez wątpienia takie właśnie uczucia, choć podszyte o wiele większą dozą grozy towarzyszyły bohaterom książki Dana Simmonsa.
"Terror" jest opowieścią opartą na historycznych wydarzeniach, doprawionych bogatą wyobraźnią pisarza w elementy grozy i fantastyki i posypanych na okrasę mitologią Inuitów. To historia nieszczęsnej wyprawy dwóch statków, HMS Erebus i HMS Terror, które w 1845 roku wyruszyły z Anglii do Arktyki w poszukiwaniu Przejścia Północno - Zachodniego i które nigdy już nie wróciły do ojczystych brzegów. Tak naprawdę nie wiemy, co wydarzyło się na skutej lodami Północy i jak wyglądały ostatnie dni załóg obu statków, Dan Simmons zebrał jednak wszystkie dostępne informacje, relacje i domysły, a następnie spróbował odtworzyć losy sir Johna Franklina, komandora Croziera i ich podwładnych, wplatając w tę przerażającą opowieść mitologię ludów północy i tworząc iście wybuchową, atmosferyczną mieszankę.
Przyznaję, że nie wiem, od czego zacząć, jak opisać wielkie wrażenie, które wywarła na mnie ta książka. "Terror" jest bowiem opowieścią, w której próba odtworzenia losów marynarzy biorących udział w ekspedycji to tylko powierzchnia skutego lodem jeziora, którego głębiny skrywają bogate i fascynujące portrety psychologiczne postaci, opisy zależności w rozwarstwionym klasowo społeczeństwie, a także niezwykłe wymieszanie świata rzeczywistego z tym drugim, mistycznym i mitologicznym.
Dan Simmons oddaje narracje w ręce bohaterów pochodzących z różnych warstw społecznych ówczesnej Anglii, dzięki czemu na wydarzenia patrzymy nie tylko z perspektywy dowódców wyprawy, wykształconych oficerów i dżentelmenów, ale przyglądamy się im również oczami zwykłych marynarzy, a także okrętowego lekarza Goodsira, którego narracja prowadzona jest w formie zapisów w dzienniku. Ten sposób prowadzenia opowieści pozwolił stworzyć pisarzowi ciekawe i intrygujące portrety ludzi postawionych w sytuacji zagrożenia, z których każdy reaguje inaczej na przerażające wydarzenia będące ich udziałem. Co więcej, udało się Simmonsowi pokazać, jak bardzo konwenanse i zależności między różnymi warstwami społecznymi, które być może pomagały i ułatwiały codzienne życie w starej Anglii oraz dawały swoiste poczucie bezpieczeństwa w normalnej sytuacji, na pokładach uwięzionych statków nie raz i nie dwa prowadziły do błędów i w rezultacie pogłębiających się kłopotów ekspedycji.
"Terror", choć może zabrzmi to nieco patetycznie, to również studium dobra i zła istniejącego w duszy każdej istoty ludzkiej. Wystawieni na ekstremalne warunki lodowatej Północy, pozbawieni pożywienia i ciepła, bohaterowie Simmonsa pokazują swe prawdziwe oblicze, niekiedy zaskakująco pozytywne i szlachetne, częściej jednak mroczne i niemal równie okrutne jak to kryjącej się w mroku nocy istoty. Smutna i przygnębiająca jest dla mnie świadomość, że nawet w tak makabrycznych warunkach, gdy od współpracy i zaufania zależeć może przeżycie, istnieją ludzie, którzy nie mogą i nie chcą powstrzymać się od szerzenia chaosu i zła.
Oprócz warstwy faktologicznej mamy tu również tę drugą, mityczną i mistyczną, której uosobieniem jest przerażająca istota prześladująca załogi statków. Pisarz w przemyślny sposób połączył prawdziwe wierzenia Inuitów z odrobiną własnego pomysłu na Tuunbaqa, potęgując dodatkowo atmosferę grozy i pogłębiając ją z każdym kolejnym pojawieniem się potwora. Chylę czapkę z głowy przed kunsztem Simmonsa, z tak atmosferyczną i niezwykłą mieszanką rzeczywistości z fantastycznością dawno się w literaturze nie spotkałam.
Na osobne zachwyty zasługuje scena karnawału. Gdy ją czytałam, przed oczyma stanęły mi utwory mistrza prozy dziwnej i niesamowitej - Edgara Allana Poe. Nie byłam zatem zdziwiona, gdy okazało się, iż rzeczywiście w zamyśle była ta scena swoistym hołdem złożonym pisarzowi. Warto "Terror" przeczytać choćby dla niezwykłych, kolorowych pokoi stworzonych na lodowym pustkowiu oraz dla przerażającego finału ze starym, czarnym zegarem wybijającym północ.
Czytelników o słabszych żołądkach pragnę ostrzec: Simmons nie uchyla się przed makabrycznymi opisami skutków chorób (przede wszystkim szkorbutu), które dziesiątkowały niedożywionych, zmarzniętych ludzi, czy śmierci zadawanej przez niesamowitą, śnieżną istotę. Są one tak okrutne, jak okrutna była rzeczywistość uwięzionych w lodzie marynarzy.
Na zakończenie nie mogę nie wspomnieć o jeszcze jednym bohaterze opowieści, którą jest sama natura. Zachwycające zorze polarne, wybrzuszające się i zapadające warstwy lodowe, seraki i pak, pokrywa lodowa gruba na kilkanaście stóp, a także mordercze minusowe temperatury i długa polarna noc, one wszystkie mają ogromny udział w budowaniu napięcia i atmosfery opowieści, raz jeszcze przypominając nam, jak małą i słabą w gruncie rzeczy istotą jest człowiek postawiony w obliczu dzikiej, nieokiełznanej przyrody.
Pozwolę sobie poświęcić również parę słów wydaniu. Wydawnictwo Vesper wykonało świetną robotę i z okazji premiery serialu opartego na dziele Simmonsa uraczyło nas piękną, grubą okładką z fakturą przypominającą zamarznięte płatki śniegu, dwustronną zakładką z rysunkami HMS Terror, oraz ciekawym posłowiem dr hab. Grzegorza Rachlewicza, które przybliża nam historię wypraw podobnych tej, na którą wyruszyli sir John Franklin i jego załoga, a wszystko zwieńczone jest galerią rycin i obrazów poświęconych tematyce książki. Brawo za wydanie, oby więcej takich trafiało w nasze ręce!
Drodzy Odwiedzający, nie zastanawiajcie się, czy warto zainwestować pieniądze i czas w lekturę "Terroru", tylko uwierzcie mi na słowo i bez wahania bierzcie opowieść Dana Simmonsa w ręce, by dać się wciągnąć w fascynującą drogę przez ciemne, przerażające lodowe pustkowie i jeszcze ciemniejsze zakątki ludzkiej duszy.
tytuł: Terror
autor: Dan Simmons
wydawnictwo: Vesper
liczba stron: 692
ocena: ★★★★★
"Terror" jest opowieścią opartą na historycznych wydarzeniach, doprawionych bogatą wyobraźnią pisarza w elementy grozy i fantastyki i posypanych na okrasę mitologią Inuitów. To historia nieszczęsnej wyprawy dwóch statków, HMS Erebus i HMS Terror, które w 1845 roku wyruszyły z Anglii do Arktyki w poszukiwaniu Przejścia Północno - Zachodniego i które nigdy już nie wróciły do ojczystych brzegów. Tak naprawdę nie wiemy, co wydarzyło się na skutej lodami Północy i jak wyglądały ostatnie dni załóg obu statków, Dan Simmons zebrał jednak wszystkie dostępne informacje, relacje i domysły, a następnie spróbował odtworzyć losy sir Johna Franklina, komandora Croziera i ich podwładnych, wplatając w tę przerażającą opowieść mitologię ludów północy i tworząc iście wybuchową, atmosferyczną mieszankę.
Przyznaję, że nie wiem, od czego zacząć, jak opisać wielkie wrażenie, które wywarła na mnie ta książka. "Terror" jest bowiem opowieścią, w której próba odtworzenia losów marynarzy biorących udział w ekspedycji to tylko powierzchnia skutego lodem jeziora, którego głębiny skrywają bogate i fascynujące portrety psychologiczne postaci, opisy zależności w rozwarstwionym klasowo społeczeństwie, a także niezwykłe wymieszanie świata rzeczywistego z tym drugim, mistycznym i mitologicznym.
Dan Simmons oddaje narracje w ręce bohaterów pochodzących z różnych warstw społecznych ówczesnej Anglii, dzięki czemu na wydarzenia patrzymy nie tylko z perspektywy dowódców wyprawy, wykształconych oficerów i dżentelmenów, ale przyglądamy się im również oczami zwykłych marynarzy, a także okrętowego lekarza Goodsira, którego narracja prowadzona jest w formie zapisów w dzienniku. Ten sposób prowadzenia opowieści pozwolił stworzyć pisarzowi ciekawe i intrygujące portrety ludzi postawionych w sytuacji zagrożenia, z których każdy reaguje inaczej na przerażające wydarzenia będące ich udziałem. Co więcej, udało się Simmonsowi pokazać, jak bardzo konwenanse i zależności między różnymi warstwami społecznymi, które być może pomagały i ułatwiały codzienne życie w starej Anglii oraz dawały swoiste poczucie bezpieczeństwa w normalnej sytuacji, na pokładach uwięzionych statków nie raz i nie dwa prowadziły do błędów i w rezultacie pogłębiających się kłopotów ekspedycji.
"Terror", choć może zabrzmi to nieco patetycznie, to również studium dobra i zła istniejącego w duszy każdej istoty ludzkiej. Wystawieni na ekstremalne warunki lodowatej Północy, pozbawieni pożywienia i ciepła, bohaterowie Simmonsa pokazują swe prawdziwe oblicze, niekiedy zaskakująco pozytywne i szlachetne, częściej jednak mroczne i niemal równie okrutne jak to kryjącej się w mroku nocy istoty. Smutna i przygnębiająca jest dla mnie świadomość, że nawet w tak makabrycznych warunkach, gdy od współpracy i zaufania zależeć może przeżycie, istnieją ludzie, którzy nie mogą i nie chcą powstrzymać się od szerzenia chaosu i zła.
Oprócz warstwy faktologicznej mamy tu również tę drugą, mityczną i mistyczną, której uosobieniem jest przerażająca istota prześladująca załogi statków. Pisarz w przemyślny sposób połączył prawdziwe wierzenia Inuitów z odrobiną własnego pomysłu na Tuunbaqa, potęgując dodatkowo atmosferę grozy i pogłębiając ją z każdym kolejnym pojawieniem się potwora. Chylę czapkę z głowy przed kunsztem Simmonsa, z tak atmosferyczną i niezwykłą mieszanką rzeczywistości z fantastycznością dawno się w literaturze nie spotkałam.
Na osobne zachwyty zasługuje scena karnawału. Gdy ją czytałam, przed oczyma stanęły mi utwory mistrza prozy dziwnej i niesamowitej - Edgara Allana Poe. Nie byłam zatem zdziwiona, gdy okazało się, iż rzeczywiście w zamyśle była ta scena swoistym hołdem złożonym pisarzowi. Warto "Terror" przeczytać choćby dla niezwykłych, kolorowych pokoi stworzonych na lodowym pustkowiu oraz dla przerażającego finału ze starym, czarnym zegarem wybijającym północ.
Czytelników o słabszych żołądkach pragnę ostrzec: Simmons nie uchyla się przed makabrycznymi opisami skutków chorób (przede wszystkim szkorbutu), które dziesiątkowały niedożywionych, zmarzniętych ludzi, czy śmierci zadawanej przez niesamowitą, śnieżną istotę. Są one tak okrutne, jak okrutna była rzeczywistość uwięzionych w lodzie marynarzy.
Na zakończenie nie mogę nie wspomnieć o jeszcze jednym bohaterze opowieści, którą jest sama natura. Zachwycające zorze polarne, wybrzuszające się i zapadające warstwy lodowe, seraki i pak, pokrywa lodowa gruba na kilkanaście stóp, a także mordercze minusowe temperatury i długa polarna noc, one wszystkie mają ogromny udział w budowaniu napięcia i atmosfery opowieści, raz jeszcze przypominając nam, jak małą i słabą w gruncie rzeczy istotą jest człowiek postawiony w obliczu dzikiej, nieokiełznanej przyrody.
Pozwolę sobie poświęcić również parę słów wydaniu. Wydawnictwo Vesper wykonało świetną robotę i z okazji premiery serialu opartego na dziele Simmonsa uraczyło nas piękną, grubą okładką z fakturą przypominającą zamarznięte płatki śniegu, dwustronną zakładką z rysunkami HMS Terror, oraz ciekawym posłowiem dr hab. Grzegorza Rachlewicza, które przybliża nam historię wypraw podobnych tej, na którą wyruszyli sir John Franklin i jego załoga, a wszystko zwieńczone jest galerią rycin i obrazów poświęconych tematyce książki. Brawo za wydanie, oby więcej takich trafiało w nasze ręce!
Drodzy Odwiedzający, nie zastanawiajcie się, czy warto zainwestować pieniądze i czas w lekturę "Terroru", tylko uwierzcie mi na słowo i bez wahania bierzcie opowieść Dana Simmonsa w ręce, by dać się wciągnąć w fascynującą drogę przez ciemne, przerażające lodowe pustkowie i jeszcze ciemniejsze zakątki ludzkiej duszy.
tytuł: Terror
autor: Dan Simmons
wydawnictwo: Vesper
liczba stron: 692
ocena: ★★★★★
Subskrybuj:
Posty (Atom)

