piątek, 20 kwietnia 2018

Gdy Sztuczna Inteligencja bardziej moralną jest od człowieka - Neal Shusterman "Thunderhead"

   W październiku zeszłego roku po raz pierwszy zetknęłam się z twórczością Neala Shustermana i światem Kosiarzy, który stworzył. Z moich wspomnień, podpartych recenzją napisaną świeżo po przeczytaniu książki, wyłania się bardzo fajna młodzieżówka z niezwykle ciekawym światem, w którym Sztuczna Inteligencja, wszechobecna i wszechwiedząca, wprowadziła ludzkość w epokę nieśmiertelności, gdzie prawdziwa śmierć nadejść może tylko z ręki Kosiarza, czyli specjalnie w tym celu wybranego i wyszkolonego człowieka. Właściwie jedynym moim zarzutem był zbyt natarczywy (tudzież po prostu zbyt szybki) romans między dwójką młodych bohaterów, poza tym jednak czytało się "Kosiarza" bardzo dobrze i do drugiego tomu, który po angielsku wydany został w styczniu tego roku, nastawiona byłam pozytywnie, choć nie spodziewałam się wielkich fajerwerków. Ot, wystarczyłoby mi, gdyby autor zachował poziom części pierwszej z lekką poprawą w kwestii romansowej. Tym większe moje zaskoczenie i, co tu dużo mówić, zachwyt po przeczytaniu drugiego tomu. Ale po kolei.

   W drugim tomie, zatytułowanym "Thunderhead", nadal śledzimy losy Citry i Rowana, choć pojawia się również parę innych osób, nowych i starych, które poznajemy lepiej z kolejnymi kartami książki. Po wydarzeniach "Kosiarza" Rowan prowadzi samozwańczą krucjatę przeciwko skorumpowanym Kosiarzom, przyjmując pseudonim Lucyfera i przywdziewając czarną szatę (która to barwa jest w świecie Kosiarzy zakazana). Citra natomiast, jako Kosiarz Anastazja, stara się stawić czoła korupcji toczącej ich społeczność od środka. Przed obojgiem głównych bohaterów piętrzą się coraz trudniejsze wyzwania i nawet pomoc Kosiarzy Curie i Faradaya, a także niebezpośrednie wsparcie Thunderheada zdają się niewystarczającymi w obliczu raka toczącego ich społeczność. Jaka bowiem jest szansa na to, że ludzie, którym dano do ręki władzę nad śmiercią i nad którymi kontrolę sprawują tylko oni sami, zechcą się z tą władzą rozstać?

   "Kosiarz" był sprawnie napisaną młodzieżówką science-fiction, ale nadal tylko młodzieżówką. Drugi tom określiłabym raczej mianem dorosłej, dojrzałej fantastyki. Po części wynika to z przemiany bohaterów, którzy mimo swojego nadal bardzo młodego wieku (oboje mają bodajże po osiemnaście lat) dojrzeli pod wpływem wydarzeń z pierwszej części cyklu. Zmienił się również ton opowieści, gdzie ponura atmosfera i przeczucie nadchodzącego nieszczęścia dominują nad całą historią. Koniec treningu i szkolenia się w zawodzie, koniec wydarzeń na małą w globalnym ujęciu skalę MidMerici. Decyzje podejmowane przez Citrę i Rowana zaważyć mogą bowiem nad całym światem, nawet jeśli żadne z nich nie zdaje sobie z tego sprawy.

   Największą bezsprzecznie zmianę przynosi książce "postać" Thunderheada, AI sprawującego pieczę nad ludzkością. Tak jak w pierwszym tomie poznawaliśmy świat i Kosiarzy czytając fragmenty ich pamiętników, tak w tym wchodzimy w "głowę" Sztucznej Inteligencji, patrzymy na świat jej oczyma a także dowiadujemy się więcej o historii świata, w którym wszystko kontrolowane jest przez Thunderheada, wszystko oprócz narodzin i śmierci. Poznawanie człowieka z perspektywy jego największego dzieła, filozoficzne przemyślenia Thunderheada nad istotą stworzenia, Boga i zależności między dziełem i twórcą, to chyba moje ulubione fragmenty książki. Myślę, że to właśnie one nadały opowieści dojrzałość i głębię, których w "Kosiarzu" fragmentami brakowało.

      Wspomniałam wcześniej o paru innych postaciach mających znaczenie w rozwoju fabuły. Ponownie spotykamy się z Xenocratesem, Najwyższym Ostrzem MidMerici, a także z mentorami głównych bohaterów - Kosiarzami Curie i Faradayem. Mamy również wątpliwą przyjemność zajrzeć do dwójki innych Kosiarzy, o których więcej nie powiem, bo spoilery. Najważniejszą jednak  dla przyszłości głównych bohaterów i, nie waham się powiedzieć, świata, osobą jest Greyson Tolliver, młody człowiek, który wbrew temu, co sam o sobie myśli, w oczach Thunderheada stanowi na równi z Citrą i Rowanem klucz do przyszłości ludzkości. Bardzo polubiłam tego zwyczajnego chłopaka, który z godnym podziwu zacięciem robi to, co musi, bo tak nakazuje mu jego sumienie, mimo że nie czeka go za to nic oprócz dużych kłopotów.

   W porównaniu z "Kosiarzem", w którym akcja toczyła się szybko i bez zbędnych przestojów, "Thunderhead" jest książką o wiele wolniejszą, choć pod koniec wydarzenia przyspieszają aż do bardzo emocjonującego (i odrobinę, przynajmniej dla mnie, niszczącego psychikę) finału. W tym tomie znamy już strukturę świata stworzonego przez Shustermana, w związku z czym możemy się skupić bardziej na polityce nim rządzącej, na jego historii i na samym Thunderheadzie. Nie znaczy to oczywiście, że nic się nie dzieje, wręcz przeciwnie, dzieje się dużo i to nie tylko w MidMerice, lecz także na innych kontynentach. Wszędzie widać oznaki nadchodzącej katastrofy, ale przyznam szczerze, że nie przewidziałam do końca sposobu, w jaki do niej w końcu dochodzi.

   Powiem tak: końcówka "Kosiarza" zapowiadała problemy w raju, finał "Thunderheada" jasno ukazuje nam, że raj zamieni się w piekło. W jaki sposób Neal Shusterman rozwiąże beznadziejną sytuację, w której znaleźli się bohaterowie? Nie mam pojęcia i nawet nie wiecie, jak mnie to cieszy! Nieco mniejszą radością napawa mnie natomiast fakt, że na kontynuację poczekać będę musiała dwa lata, bo zakładam, że tyle zajmie autorowi napisanie i publikacja trzeciego tomu. Sądząc jednak po poziomie, który trzyma pisarz w dwóch pierwszych częściach cyklu, warto będzie czekać. Czytelnicy w naszym kraju mogą natomiast cieszyć się na polską premierę "Thunderhead" (którego polski tytuł "Kosodom" przyprawia mnie o zdumienie i ból głowy), która planowana jest na dziewiątego maja bieżącego roku. Polecam sięgnąć po obie części cyklu, bo naprawdę warto.



tytuł: Thunderhead
cykl: Arc of Scythe (tom 2)
autor: Neal Shusterman
wydawnictwo: Simon & Schuster
liczba stron: 504



ocena: ★★★★☆

środa, 18 kwietnia 2018

Gdy człowiek szulerką żyje - Tomasz Marchewka "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział"

   Nie mam w sobie nawet najcieńszej żyłki hazardzistki, równocześnie jednak bardzo lubię oglądać filmy tematyce hazardowej poświęcone, zwłaszcza, jeśli gra w takiego na przykład pokera połączona jest z inteligentnym i zazwyczaj ryzykownym przekrętem na większą skalę. Nie widzę uroku w hazardzie samym w sobie, ale dreszczyk emocji związany ze sprytnym oszustwem? O, to potrafię zrozumieć. Do sięgnięcia po niżej zrecenzowaną książkę skłonił mnie opis okładkowy, z którego wyłaniała się fabuła wypełniona właśnie takim dreszczykiem, a i sama okładka natychmiast skojarzyła mi się z dobrym kryminalnym komiksem. 

   "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział" to debiut literacki Tomasza Marchewki, który dotychczas znany był przede wszystkim fanom gier komputerowych jako współtwórca scenariusza do "Wiedźmina 3" i jego dodatków. Opowieść o tym długim i bardzo opisowym tytule poświęcona jest miastu Hausenberg i działającym w nim hazardzistom, złodziejom i całej tej społeczności spod ciemnej gwiazdy. Główny bohater, młody szuler Slava, pragnie wykręcić numer, po którym całe miasto będzie go znało i podziwiało. Droga ku temu celowi jest jednak długa i z pewnością nie usłana różami. Slavie towarzyszą król złodziei Petr i zabójca Nino, a duchowo (i cieleśnie przy okazji) wspiera go Camilla, pierwsza tancerka Wielkiego Teatru Hausenberga. Po drodze okazuje się, że nawet najlepsze plany mogą zawieść, a Slava i jego kompani zamieszani zostają w intrygę o wiele większą i bardziej skomplikowaną, niż którykolwiek z nich mógłby przypuszczać.

   Jak już wspomniałam, "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział" jest książkowym debiutem autora. Nie wiem, jak inni recenzenci, ale ja do początków twórczości pisarzy podchodzę z dużym entuzjazmem i wybaczam wiele rzeczy, za które doświadczonym twórcom by się dostało. Równocześnie sprawia to, że mam spore problemy z w miarę obiektywną oceną. 

   Pan Marchewka przyprawił mnie o sporą zagwozdkę, bo plusy w jego opowieści są plusami ogromnymi, a minusy minusami dosyć sporymi. 

   Zacznę może od plusów. Największy należy się z pewnością za język. Autor operuje nim tak sprawnie, że nie uwierzyłabym, że to jego pierwsza powieść, gdybym o tym wcześniej nie wiedziała. Świetne wyważenie humoru z powagą, atmosferyczne opisy miasta, ciekawy slang uliczny - to wszystko sprawiło, że od strony językowej książkę czytało się z prawdziwą przyjemnością. Kolejnym plusem jest powiązanie ze sobą różnych wątków, które się przez powieść przewijają. Widać, że autor ma w planach kontynuację historii Slavy i "Wszyscy patrzyli..." jest zaledwie wprowadzeniem w świat Hausenbergu i jego mniej poważanej, że się tak wyrażę, części społeczeństwa. 

   Niestety, minusów jest również sporo.    

   Po pierwsze: bohaterowie. Niby dobrze wykreowani, niby mocno zarysowani, a tak przy tym irytujący i zupełnie do siebie nie przekonujący. Gdybym miała wymienić swoją ulubioną postać, nie potrafiłabym tego zrobić nawet po głębszym zastanowieniu. Może Caterina Murino, choć pojawiła się dopiero na ostatnich kartach książki? Slava jest irytującym, zbyt pewnym siebie chłopakiem, Petr, niby tak doświadczony, a nie potrafi przewidzieć problemów czających się za rogiem, które każdy czytelnik od razu dostrzeże. Nino stoi w cieniu tej dwójki i właściwie można o nim tylko powiedzieć, że jest dobry w tym, co robi, a przy okazji ma dosyć specyficzne poczucie humoru. Ciekawy mógłby być Profesor, ale z oczywistych (przy końcu książki) powodów jest go mało. Główny antagonista tego tomu, Silas Faugen, to w ogóle postać rozmemłana i nijaka. 

   Po drugie: brakowało mi w całej książce emocji. Środkowa część dłużyła mi się niemiłosiernie, być może przez brak równowagi między opisami a dialogami (tych drugich stanowczo przydałoby się więcej, i piszę to ja, wielbicielka długich opisów). Dopiero finał opowieści przyspieszył i nabrał tempa i rumieńców.

   Po trzecie: ciężko mi wybaczyć źle napisane postaci kobiecie, a jeszcze ciężej ich brak w ogóle. U pana Marchewki jedynymi postaciami kobiecymi wspomnianymi z imienia i nie będącymi prostytutkami są Camilla (której i tak głównym zadaniem jest seks ze Slavą), Caterina pojawiająca się w finale, a także biorąca udział (bardziej jako ozdoba niż rzeczywisty uczestnik) w ostatecznej rozgrywce Anastazja Frey, znana zresztą przede wszystkim z bycia kochanką wicekróla. A, jeszcze gdzieś tam przewinęła się jakaś hazardzistka, jedyna kobieta w światku samych męskich mężczyzn, której imienia jednak nie jestem w stanie sobie przypomnieć, bo pojawiło się raz, może dwa. I tyle. Bez wątpienia jest to jeden z elementów, nad którymi autor powinien naprawdę popracować. Ja rozumiem męski, przestępczy świat, ale do jasnej anielki, kobiety naprawdę nadają się do czegoś poza seksem i bycia wystrojem wnętrz.

   Podsumowując, "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział" uważam za debiut całkiem udany, ale autor powinien jeszcze nad wieloma elementami popracować. Przy lepszym tempie akcji i bardziej dających się lubić (a przynajmniej wzbudzających większe emocje) bohaterach książka naprawdę mogłaby wciągnąć. Mimo narzekań czekam na drugi tom ze sporym optymizmem, bo wierzę, że Tomasz Marchewka potrafi stworzyć opowieść jeszcze lepszą, którą czytać będzie się z wypiekami emocji na twarzy.


tytuł: Wszyscy patrzyli, nikt nie widział
autor: Tomasz Marchewka
cykl: Miasto Szulerów (tom 1)
wydawnictwo: SQN (Sine Qua Non)
liczba stron: 336


ocena: ★★★☆☆

niedziela, 15 kwietnia 2018

W kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku - Lauren James "The Loneliest Girl in the Universe"

   Cytat, którym posłużyłam się w tytule wpisu, to slogan reklamowy jednego z najbardziej znanych i (nie waham się użyć tego słowa) kultowych kosmicznych horrorów, jakim jest "Obcy. Ósmy pasażer Nostromo". Uwielbiam ten gatunek i przerażenie, jakie we mnie wzbudza, uwielbiam poczucie odosobnienia i osaczenia, jakie towarzyszy bohaterom kosmicznych przerażających historii. Zamknięci w przysłowiowych czterech ścianach swoich pojazdów, otoczeni próżnią, stający do z góry wydawałoby się przegranej walki z potworami czającymi się za rogiem - oto ludzie, na których miejscu na pewno nie chciałabym się znaleźć. Niekiedy zdarza się jednak, że największym zagrożeniem wcale nie jest obca forma życia, lecz inny człowiek. Tak było w "Event Horizon", gdzie diaboliczny Sam Neil doprowadził do zagłady niemal całej swojej załogi (pod wpływem demonicznego statku, owszem, ale jednak), tak jest również w książce Lauren James.

   "The Loneliest Girl in the Universe" opowiada historię Romy Silvers, dziewczyny, która poza swoim statkiem The Infinity nie zna niczego innego. Urodzona w kosmosie, osierocona przez rodziców, którzy zginęli w tajemniczych dla czytelnika okolicznościach, Romy została dowódcą statku, jego mechanikiem, biologiem i przyszłą przywódczynią nowej kolonii na Ziemi II, do której zmierza The Infinity. Jej jedynym kontaktem z Ziemią jest Molly, terapeutka pracująca w NASA, i choć rozmowa za pośrednictwem plików audio nie jest łatwa (biorąc pod uwagę ogromną odległość, którą pliki przebywają w kosmosie, by po pół roku dosięgnąć adresata), Romy jest może nie szczęśliwa, ale w miarę przyzwyczajona do swojego losu, a z samotnością radzi sobie oglądając słuchając muzyki, oglądając ukochany serial i pisząc do niego fanfiki. Pewnego dnia dostaje wiadomość, że jej osamotnienie dobiega końca - z Ziemi wysłany został kolejny statek kosmiczny The Eternity, który za parę miesięcy ma doścignąć jednostkę Romy i przyłączyć się do niej w drodze do nowej kolonii. Między dziewczyną a J, dowódcą The Eternity zawiązuje się przyjaźń, stopniowo przeistaczająca się w uczucie. Pewnego dnia bohaterka odkrywa jednak coś, co sprawia, że radość ze spotkania z J'em zamienia się w trwogę, a cała sytuacja przeistacza się w koszmar.

   Pierwszy raz w życiu spotkałam się z książką, w której kosmiczny horror miesza się z thrillerem, a główna bohaterka przez osiemdziesiąt procent książki jest jedyną postacią z krwi i kości, z którą mamy do czynienia. Romy, wydawałoby się zwyczajna nastolatka, jest niezwykłą postacią, dziewczyną, która nigdy w życiu nie spotkała nikogo poza swoimi rodzicami, która nie ma wielkiej wiedzy na temat konwenansów i relacji międzyludzkich, ale za to wie, jak uniknąć nadlatującego meteorytu, jak wymienić panele w systemie podtrzymywania życia i jak rozwiązać równania matematyczne, które dla przeciętnego człowieka brzmią jak czarna magia. Polubiłam Romy za jej siłę w radzeniu sobie z samotnością i koszmarami nękającymi ją od wypadku, w którym straciła rodziców, za jej humor, za bycie fangirlem i pisanie fanfików do ukochanego serialu. Może właśnie dlatego to, co się w drugiej części książki dzieje sprawiło, że z nerwów obgryzałam paznokcie i każdy, najmniejszy nawet szelest w mieszkaniu przyprawiał mnie o nerwowe drżenie.

   Tak, drodzy Odwiedzający, przyznaję bez bicia, że czytanie tej książki wieczorem nie było najlepszym z moich pomysłów. Lauren James w świetny sposób oddaje coraz bardziej przerażającą i przytłaczającą atmosferę na The Infinity. Zwłaszcza to, co działo się od momentu odkrycia, że coś jest z J'em nie tak, aż do momentu kulminacyjnego, to prawdziwy majstersztyk. Martwi astronauci w koszmarach Romy, drapiący w zewnętrzne poszycie statku, przerażenie ogarniające dziewczynę wraz ze świadomością, jak bardzo została oszukana... mało która książka ostatnimi czasy dostarczyła mi tylu emocji. Jest to tym bardziej godne uwagi, że "The Loneliest Girl..." nie jest książką specjalnie skomplikowaną pod względem fabularnym, ani zbyt głęboką pod względem psychologicznym, ot młodzieżówka, tylko zamiast w szkole dziejąca się w kosmosie. Cały mój zachwyt wynika natomiast właśnie z mistrzowskiego operowania przez autorkę atmosferą i nastrojem.

   Nie chcę zdradzać, co tak naprawdę wydarzyło się w dzieciństwie Romy (swoją drogą że też po czymś takim wyrosła na normalną osobę) ani kim jest tajemniczy J. Powiem tylko, że pani James ma nosa do tego, co może przerazić czytelnika z wyobraźnią taką jak moja.

   Książka nie jest zbyt długa, wiele z tego, co się dzieje na jej kartach to zapisy maili, które wysyłają sobie na wzajem Romy i J, przez co pochłania się ją w jeden wieczór (choć tym, którzy nie lubią się bać, polecam czytanie w dzień), ale ilości emocji, które przynosi, starczyłoby na książkę dwa razy dłuższą.

   Polecam wszystkim lubiącym zarówno science-fiction, jak i kosmiczny horror (choć tym razem bez potworów z obcych planet).



tytuł: The Loneliest Girl in the Universe
autor: Lauren James
wydawnictwo: Walker Books
liczba stron: 290


ocena: ★★★★☆

piątek, 13 kwietnia 2018

Fanstastyka w wydaniu afrykańskim - Tomi Adeyemi „Children of Blood and Bone

   Były opowieści fantastyczne inspirowane europejskim średniowieczem, były i takie sięgające do kultur Dalekiego czy Bliskiego Wschodu, aż nadszedł wreszcie moment, w którym Tomi Adeyemi sięgnęła po kulturę zupełnie inną, mało ludziom Zachodu znaną, dzięki czemu powstała fantastyczna opowieść inspirowana Afryką, tamtejszymi wierzeniami i obyczajami.

   "Children of Blood and Bone", pierwsza część nowego cyklu fantastycznego dziejącego się w świecie przywołującym na myśl rozległe sawanny, gorące pustynie i gęste dżungle Afryki, opowiada historię grupki młodych ludzi związanych ze sobą okrutnymi wydarzeniami z przeszłości ich kraju zwanego Orïsha, kiedy to władca-tyran Saran niszczy magię i w straszliwym ludobójczym ataku morduje całą dorosłą społeczność maji, czyli tych, którzy magią władali. Mijają lata, dzieci zabitych w pogromie traktowane są jak niewolnicy, podludzie i wydaje się, że divîners, jak nazywani są potomkowie maji, w końcu znikną ze świata, podobnie jak zniknęli ich bogowie. Ale magię nie tak łatwo zniszczyć i to właśnie od wspomnianej grupy młodych ludzi zależeć będzie przyszłość całej Orïshy.

   Tomi Adeyemi, amerykańsko-nigeryjska pisarka studiowała zachodnio-afrykańską mitologię, kulturę i religie i to widać. Świat Orïshy przed nadejściem Sarana zamieszkiwali bogowie i boginie zupełnie różni od tych znanych nam z mitologii starożytnej, ludność kraju mówi różnymi językami wzorowanymi na językach afrykańskich, a skóra bohaterów opowieści bogata jest w odcienie brązu i czerni. Sam system magiczny, choć niezbyt skomplikowany, fascynuje swoją odmiennością, z ashe płynącą w krwi maji, pozwalającą im używać magii, z licznymi klanami maji i ich odmiennymi umiejętnościami, z bogami i boginiami związanymi z danym klanem, czy wreszcie z majacite, metalem zdolnym niszczyć magię i osobę nią się posługującą.

   Opowieść prowadzona jest z perspektywy trzech całkowicie odmiennych od siebie osobowości.

   Zélie Adebola należy do divîners, potomków maji, charakteryzujących się białymi włosami. Dziewczyna, podobnie jak reszta jej współbratymców, pozbawiona jest magii i prowadzi ciężkie życie pod żelaznymi rządami Sarana, za przyjaciół mając innych divînersów, ojca, brata Tzaina i Mamę Agbę, która opiekuje się stadkiem białowłosych dziewcząt. Dziewczyna jest silna, krnąbrna i łatwo pakuje się w kłopoty, ale też zrobiłaby wszystko dla swojej rodziny, zwłaszcza od kiedy jako małe dziecko była świadkiem zamordowania jej matki, potężnej magini, przez żołnierzy króla.

   Amari, królewska córka, która nigdy nie postawiła stopy poza murami pałacu, za jedyną przyjaciółkę ma divînerską służkę Bintę. Gdy Binta zostaje brutalnie zabita przez jej ojca, Amari stawia wszystko na jedną kartę i kradnie spod nosa jednej z głównodowodzących armii królewskiej tajemniczy zwój, który podobno może przywrócić magię do Orïshy.

   Inan, brat Amari, wierzy w ideologię głoszoną przez swojego ojca i nie pragnąc niczego bardziej, niż być przez króla docenionym i kochanym, postanawia nie dopuścić do powrotu magii, wyrusza więc w pogoń za swoją siostrą, pragnąc ją ocalić, a równocześnie zniszczyć wszystko, co stanie na drodze całkowitej dominacji Sarana nad społeczeństwem Orïshy.

   Główną bohaterką opowieści jest bez wątpienia Zélie. To ona wikła się w walkę z Saranem i jego ideologią, to na jej barkach spoczywa obowiązek uratowania społeczności divînersów od całkowitego zniszczenia. Zélie jest jedyną osobą zdolną wykorzystać trzy tajemnicze artefakty i przywrócić światu magię. Równocześnie jest typową nastolatką, pakującą się w kłopoty, popełniającą błędy i zakochującą się w zupełnie nieodpowiedniej osobie. Jako główna bohaterka sprawdza się całkiem nieźle, choć przyznam, że minęło parę rozdziałów, zanim zdołałam ją polubić.

   Dla mnie najlepiej napisaną, najbardziej dojrzałą i najsympatyczniejszą osobą jest bez wątpienia księżniczka Amari. Mimo, że wychowywana wśród czterech ścian, mająca za opiekunów okrutnego ojca i zimną matkę, dziewczyna zaskakuje odwagą i dobrym sercem. To właściwie od niej zaczyna się całe zamieszanie z magicznym zwojem i to wielokrotnie tylko dzięki niej reszta bohaterów nie rzuca się sobie do gardeł. Jako jedyna z głównej trójki nie ma w sobie nawet cienia magii, a szkoda, bo prawdopodobnie władałaby nią o wiele lepiej od Zélie, nie mówiąc już o Inanie.

   Przechodząc do Inana... ależ mnie ten chłopak irytował! Rozumiem, w jak ciężkim położeniu się znalazł, rozdarty między poczuciem obowiązku i wychowaniem w atmosferze nienawiści do magii, a niezaprzeczalną prawdą o własnej naturze. Ale do jasnej ciasnej, jak już decydujesz się na stanięcie po jednej stronie, doprowadź to do końca, a nie lataj tam i z powrotem, jak wiatr zawieje!! Inan, mimo że zdaje sobie sprawę, jakim człowiekiem jest jego ojciec, nie potrafi wyrwać się spod jego ręki, mimo że fizycznie i psychicznie powinien być o wiele silniejszy od swojej siostry. A już jego zachowanie pod koniec książki to kompletna katastrofa.

   Mówiąc o katastrofie, niezbyt udał się pani Adeyemi wątek miłosny między Zélie i Inanem (wiem, wiem, spoiler, ale powiedzmy szczerze, jeśli po pierwszych paru interakcjach tej dwójki nie zorientujecie się, do czego to prowadzi, to polecam mocniejsze okulary), mający wszystkie znamiona tzw. instalove. Mało przekonujący, zbyt szybki i noszący wszelkie znamiona nadchodzącej katastrofy. Można było go napisać lepiej, tym bardziej przy takiej a nie innej charakterystyce Inana.

   Poza tym drobnym (ha! zajmującym sporą część książki) wątkiem, "Children of Blood and Bone" wnosi powiew świeżości do fantastyki, przede wszystkim ze względu na bogactwo przedstawionego świata i jego wyjątkowość, choćby pod względem społeczeństwa, w którym nie uświadczysz białego człowieka. Pierwszy tom cyklu? trylogii? kończy się sporym zawieszeniem akcji i osobiście nie mogę się doczekać, jak zmieni się świat Orïshy w kolejnych odsłonach opowieści.



tytuł: Children of Blood and Bone
autor: Tomi Adeyemi
cykl: Legacy of Orïsha (tom 1)
wydawnictwo: Pan Macmillan
liczba stron: 531



ocena: ★★★★☆