Moja współlokatorka ma kota, czy też raczej kot ma ją. Od kiedy mieszkamy razem, czuję, że ja również w jakichś dziesięciu procentach jestem sługą Kłaczka, bo tak się ta wdzięczna kotka nazywa. Od kiedy każdego popołudnia na moich kolanach rozkłada się ta puchata istota, moja miłość do wszystkiego co kocie wzrosła niepomiernie. Niech Was zatem nie dziwi, że poniższy wpis pełen będzie ochów i achów i ogólnego rozpływania się w zachwytach. Radzę tylko psychicznie się przygotować, chyba, że sami do wielbicieli mruczków się zaliczacie, w tym przypadku łączcie się ze mną w duchowym rozanieleniu.
"Ojisama to Neko" (co można przetłumaczyć jako "Starszy pan i kot") to manga autorstwa Sakurai Umi, która swoje początki miała na tweeterze tejże rysowniczki. Krótkie, jedno lub dwustronicowe początkowo historyjki zdobyły taką popularność, że zostały wydane w tym roku w postaci tomiku z prawdziwego zdarzenia.
Historia opowiada o dorosłym, grubym kocie, którego nikt nie chciał kupić, w związku z czym spędzał w sklepie ze zwierzętami długie dni wypełnione samotnością i złośliwymi komentarzami klientów. Pewnego dnia jednak jego los się odmienia, pojawia się bowiem starszy pan, który nie tylko chce go kupić, ale na dodatek stwierdza, że Fukumaru (gdyż tak został przez niego ochrzczony kot) to przesłodka istota. Od tego momentu śledzimy losy szczęśliwego Fukumaru (nawiasem mówiąc choć imię to zapisywane jest w hiraganie, czyli w jednym z dwóch sylabariuszy japońskich, kanji 福 fuku oznacza szczęście) i starszego pana, który okazuje się być nauczycielem muzyki w szkole podstawowej (lub przedszkolu, nie jest to sprecyzowane).
Gdybym chciała swoje uczucia wyrazić bez stworzenia chociaż z grubsza planu tej recenzji, byłaby ona pełna serduszek, emotikonów i niekoherentnego potoku słów, dlatego spróbuję ułożyć to wszystko w jako tako logiczną całość.
Po pierwsze wydanie. Tak pięknie wydanej mangi dawno już nie widziałam. Fukumaru z obwoluty przyciąga wzrok swoimi rozmiarami i roześmianą mordką, a pod obwolutą kryją się słodkie grafiki głównych bohaterów w postaci zminiaturyzowanej. Tomik posiada dodatkowo cztery strony kolorowe, o których nie da się nic opowiedzieć bez pisku zachwytu, więc poprzestanę na pokazaniu jednej z nich na zdjęciu obok. Kreska Sakurai Umi pasuje wręcz idealnie do opowiadanej historii, delikatna i prosta, a przy tym potrafiąca uchwycić wszystko to, co w kotach uwielbiamy. Fukumaru ugniatający fotel stojący przy fortepianie to wypisz wymaluj Kłaczek ugniatająca poduszki na kanapie!
Po drugie historia. Im starsza się robię, tym łatwiej się wzruszam, a na historii Fukumaru i jego opiekuna wylałam hektolitry łez, nie tylko smutku, ale i rozczulenia i śmiechu. Opowiastki te potrafią szarpnąć za serce na bardzo wiele sposobów, bo tak, jak np. wzruszyła mnie historia o tym, jak Fukumaru czeka na powrót starszego pana, tak strona poświęcona próbom zrobienia kotu zdjęcia przyprawiła mnie o współczujący chichot, kto z nas próbował bowiem zrobić kiedyś swojemu zwierzakowi zdjęcia przy jego całkowitym braku współpracy, ten wie, jak nierówna to walka.
Oprócz dwójki głównych bohaterów w mandze pojawiają się również historyjki poświęcone innym osobom, które miały styczność z naszą dwójką. Przyjaciel z dzieciństwa nauczyciela, dziewczyna opiekująca się Fukumaru w sklepie, młody nauczyciel ze szkoły, a także zmarła żona starszego pana, wszyscy oni odbili swój ślad na życiu naszych bohaterów. Zwłaszcza wspomnienia starszego pana o jego rodzinie potrafią chwycić za serce. Jedno jest pewne - tak sympatycznej pary chyba jeszcze w mandze nie spotkałam.
Na szczęście pani Sakurai cały czas tworzy nowe historyjki o Fukumaru, a kolejny tomik zapowiedziany jest na 22 listopada tego roku! Wszystkim, którzy chcieliby zapoznać się z uroczymi przygodami starszego pana i jego kota, proponuję poszukać na tumblrze, można tam znaleźć przetłumaczone na angielski pojedyncze opowiastki. W odmętach internetu istnieją może nawet tłumaczenia polskie, kto wie. W każdym razie dla wielbicieli kotów "Ojisama to Neko" to pozycja obowiązkowa!
tytuł: おじさまと猫 (Ojisama to Neko)
autor: Sakurai Umi
wydawnictwo: Square Enix
ilość stron: 148
ocena: ★★★★★ ♡♡♡♡
środa, 16 maja 2018
piątek, 11 maja 2018
Gdy czerwień staje się złotem - Pierce Brown "Golden Son" (tom 2 trylogii "Red Rising")
Wraz z kolejnymi moimi recenzjami nie tylko nabywam doświadczenia w pisaniu, ale też zaczynam sobie zdawać sprawę z wielu dziwactw, czy też raczej pewnych cech charakteryzujących mnie jako osobę piszącą o książkach. Ostatnio odkryłam kolejną - bardzo ciężko zabrać mi się za pisanie o swoich absolutnych ulubieńcach, o opowieściach, które poruszyły mnie i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Gniot? Proszę bardzo, jedno mrugnięcie okiem i potok słowny na kilka tysięcy znaków. Książka pięciogwiazdkowa? Przeczytana we wszystkie możliwe strony, wyobrażona i wyśniona ze szczegółami, a mimo to nie potrafię zasiąść przed klawiaturą i ubrać uczuć w słowa. Nie powinno zatem nikogo dziwić, że do recenzji drugiej i trzeciej części cyklu "Red Rising" Pierce'a Browna zabieram się od ponad tygodnia i dopiero dziś znalazłam w sobie siłę, żeby się z nimi zmierzyć.
"Golden Son" to drugi tom trylogii science fiction, która przypomniała mi, jak bardzo ten gatunek literacki lubię i jak bardzo mi go brakowało. Darrow, Czerwony syn Marsa, który w pierwszej części cyklu przenika do świata Złotych, stojących na samym szczycie drabiny społecznej znanego nam wszechświata, popada w niełaskę u swojego protektora i zarazem człowieka, którego nienawidzi najbardziej na świecie. Wystarczyło jedno potknięcie i z bohatera staje się outsiderem. Naciskany przez Synów Aresa z jednej, a własne sumienie z drugiej, stawia wszystko na jedną kartę i wywołuje wojnę domową wśród najważniejszych rodów skupionych wokół Luny i Marsa, wojnę, w której być może przyjdzie mu stanąć przeciwko ludziom, których nazwał swoimi przyjaciółmi.
W pierwszej części cyklu zachwyciło mnie to, jak skomplikowanym bohaterem jest Darrow. Młody człowiek, którego los rzucił w zupełnie obcy mu pod każdym względem świat, a który mimo to potrafi obrócić swoją inność w broń, dzięki której zdobywa miejsce w elitach tego świata. W "Złotym synu" jego postać rozwija się nadal i z każdym krokiem odkrywamy nowe głębie tego (nie)zwykłego chłopaka z kopalni czerwonej planety. Gdzieś przeczytałam opinię, że Darrow to taki Gary Stu, któremu wszystko się udaje, który wszystko wie i który przez to jest nudny i denerwujący. No cóż, widocznie nie czytaliśmy tej samej książki. Darrow nie tylko popełnia błędy, nie tylko pełen jest wahania i wewnętrznego rozdarcia, ale i traci więcej, niż ktokolwiek inny w tej opowieści.
Swoją drogą muszę oddać panu Brownowi honory, udało mu się bowiem stworzyć narrację pierwszoosobową, która po raz pierwszy w moim czytelniczym życiu nie tylko mnie do siebie przekonała, ale także pozwoliła mi naprawdę "wejść" w bohatera i odczuwać to, co on czuje, i myśleć to, co on myśli. Brawo!
W "Golden Son" akcja toczy się jeszcze szybciej, niż w pierwszym tomie serii, a jej rozmach jest zupełnie nieporównywalny: z kopalni Marsa i terenów Instytutu przenosi się na powierzchnię planety i na Lunę, stanowiącą centrum wszystkiego. Tu batutę trzymają nie głowy rodów, które kierowały wychowankami Instytutu, lecz Octavia au Lune, rzeczywista władczyni świata. Darrow toczy na tej scenie nierówną walkę nie tylko o własne życie, lecz o przyszłość ludzkości.
Powtórzyć muszę ostrzeżenie z recenzji "Red Rising" - świat Złotych jest brutalny i czytelnik musi być na to przygotowany. To nie opowiastka, w której wszyscy doczekają szczęśliwego finału, lecz okrutna opowieść o wojnie, w której trzeba być przygotowanym na ofiary. A finał... finał "Złotego syna" doprowadził mnie do wściekłości i rozpaczy, z których długo nie mogłam się otrząsnąć. Mimo, iż zdawałam sobie sprawę, że to środkowa część serii i że najpierw musi być źle, żeby potem mogło być lepiej, nie byłam przygotowana na takie psychiczne sponiewieranie. Wszystkim pragnącym sięgnąć po trylogię pana Browna polecam od razu kupić wszystkie tomy, żeby móc natychmiast sięgnąć po następny, inaczej depresja gwarantowana.
Mogłabym tak ciągnąć te peany pochwalne jeszcze długo, mogłabym napisać o tym, jak wspaniale było powrócić do tych bohaterów i do skomplikowanej rzeczywistości społeczeństwa podzielonego ze względu na kolory, ale nie chcę zdradzić żadnej niespodzianki fabularnej, a prawdopodobnie bez spoilerów by się nie obeszło. Podsumuję więc krótko: jeśli nadal nie czytałeś/czytałaś trylogii Pierce'a Browna, to natychmiast rzuć to, co trzymasz w rękach i do księgarni tudzież biblioteki marsz!
tytuł: Golden Son
autor: Pierce Brown
cykl: Red Rising (tom 2)
wydawnictwo: Hodder & Stoughton General Division
ilość stron: 445
ocena: ★★★★★
"Golden Son" to drugi tom trylogii science fiction, która przypomniała mi, jak bardzo ten gatunek literacki lubię i jak bardzo mi go brakowało. Darrow, Czerwony syn Marsa, który w pierwszej części cyklu przenika do świata Złotych, stojących na samym szczycie drabiny społecznej znanego nam wszechświata, popada w niełaskę u swojego protektora i zarazem człowieka, którego nienawidzi najbardziej na świecie. Wystarczyło jedno potknięcie i z bohatera staje się outsiderem. Naciskany przez Synów Aresa z jednej, a własne sumienie z drugiej, stawia wszystko na jedną kartę i wywołuje wojnę domową wśród najważniejszych rodów skupionych wokół Luny i Marsa, wojnę, w której być może przyjdzie mu stanąć przeciwko ludziom, których nazwał swoimi przyjaciółmi.
W pierwszej części cyklu zachwyciło mnie to, jak skomplikowanym bohaterem jest Darrow. Młody człowiek, którego los rzucił w zupełnie obcy mu pod każdym względem świat, a który mimo to potrafi obrócić swoją inność w broń, dzięki której zdobywa miejsce w elitach tego świata. W "Złotym synu" jego postać rozwija się nadal i z każdym krokiem odkrywamy nowe głębie tego (nie)zwykłego chłopaka z kopalni czerwonej planety. Gdzieś przeczytałam opinię, że Darrow to taki Gary Stu, któremu wszystko się udaje, który wszystko wie i który przez to jest nudny i denerwujący. No cóż, widocznie nie czytaliśmy tej samej książki. Darrow nie tylko popełnia błędy, nie tylko pełen jest wahania i wewnętrznego rozdarcia, ale i traci więcej, niż ktokolwiek inny w tej opowieści.
Swoją drogą muszę oddać panu Brownowi honory, udało mu się bowiem stworzyć narrację pierwszoosobową, która po raz pierwszy w moim czytelniczym życiu nie tylko mnie do siebie przekonała, ale także pozwoliła mi naprawdę "wejść" w bohatera i odczuwać to, co on czuje, i myśleć to, co on myśli. Brawo!
W "Golden Son" akcja toczy się jeszcze szybciej, niż w pierwszym tomie serii, a jej rozmach jest zupełnie nieporównywalny: z kopalni Marsa i terenów Instytutu przenosi się na powierzchnię planety i na Lunę, stanowiącą centrum wszystkiego. Tu batutę trzymają nie głowy rodów, które kierowały wychowankami Instytutu, lecz Octavia au Lune, rzeczywista władczyni świata. Darrow toczy na tej scenie nierówną walkę nie tylko o własne życie, lecz o przyszłość ludzkości.
Powtórzyć muszę ostrzeżenie z recenzji "Red Rising" - świat Złotych jest brutalny i czytelnik musi być na to przygotowany. To nie opowiastka, w której wszyscy doczekają szczęśliwego finału, lecz okrutna opowieść o wojnie, w której trzeba być przygotowanym na ofiary. A finał... finał "Złotego syna" doprowadził mnie do wściekłości i rozpaczy, z których długo nie mogłam się otrząsnąć. Mimo, iż zdawałam sobie sprawę, że to środkowa część serii i że najpierw musi być źle, żeby potem mogło być lepiej, nie byłam przygotowana na takie psychiczne sponiewieranie. Wszystkim pragnącym sięgnąć po trylogię pana Browna polecam od razu kupić wszystkie tomy, żeby móc natychmiast sięgnąć po następny, inaczej depresja gwarantowana.
Mogłabym tak ciągnąć te peany pochwalne jeszcze długo, mogłabym napisać o tym, jak wspaniale było powrócić do tych bohaterów i do skomplikowanej rzeczywistości społeczeństwa podzielonego ze względu na kolory, ale nie chcę zdradzić żadnej niespodzianki fabularnej, a prawdopodobnie bez spoilerów by się nie obeszło. Podsumuję więc krótko: jeśli nadal nie czytałeś/czytałaś trylogii Pierce'a Browna, to natychmiast rzuć to, co trzymasz w rękach i do księgarni tudzież biblioteki marsz!
tytuł: Golden Son
autor: Pierce Brown
cykl: Red Rising (tom 2)
wydawnictwo: Hodder & Stoughton General Division
ilość stron: 445
ocena: ★★★★★
wtorek, 8 maja 2018
Minimalistyczny book haul - kwiecień 2018 + krótkie podsumowanie miesiąca
Przede mną podsumowanie majówkowego bookathonu i góra nie napisanych recenzji, ale postanowiłam zacząć od spóźnionego book haula i czytelniczego podsumowania poprzedniego miesiąca, bo drugi tydzień maja się zaczął, a na blogu pustki panują i wiatr wieje.
Kwiecień okazał się miesiącem, który udowodnił, że jak bardzo się postaram, to jestem w stanie ograniczyć zakupy książkowe do minimum. Być może przyczynił się do tego fakt, że przez połowę miesiąca nie było mnie w kraju, a także świadomość, że to maj wyznaczyłam sobie na miesiąc, w którym wykorzystam karty urodzinowe do Empiku i tym samym zasypię się książkami. Było nie było, zakupy kwietniowe ograniczyły się do stosiku na zdjęciu poniżej ↓
Jak widać, zdobycze kwietniowe to:
Kwiecień okazał się miesiącem, który udowodnił, że jak bardzo się postaram, to jestem w stanie ograniczyć zakupy książkowe do minimum. Być może przyczynił się do tego fakt, że przez połowę miesiąca nie było mnie w kraju, a także świadomość, że to maj wyznaczyłam sobie na miesiąc, w którym wykorzystam karty urodzinowe do Empiku i tym samym zasypię się książkami. Było nie było, zakupy kwietniowe ograniczyły się do stosiku na zdjęciu poniżej ↓
Jak widać, zdobycze kwietniowe to:
- cztery książki papierowe (dwie po polsku i dwie po angielsku),
- jeden e-book po angielsku,
- jeden komiks po polsku,
- dwie mangi po japońsku.
Dlaczego kupiłam najnowszy, trzydziesty pierwszy tomik "Haikyuu!!" i artbook do tejże serii, nie muszę chyba tłumaczyć. Uwielbiam i tyle. "Nightwinga" za to kupiłam z czystego sentymentu, dawno już nie czytałam komiksu z uniwersum DC, a do Nightwinga zawsze miałam słabość.
Na "Thunderhead" Neala Shustermana czekałam z niemałą niecierpliwością, bo pierwsza część tego młodzieżowego cyklu s-f całkiem mi się spodobała, a na dodatek słyszałam wiele opinii, że druga część jest jeszcze lepsza. "Rosemary's Baby" Iry Levina kupiłam niejako z rozpędu, bo jak już zamawiać książki na BookDepository, to lepiej w kupie, a poza tym miałam ochotę przekonać się, jak też ten klasyk odbiorę w formie oryginalnej, książkowej. Za to "Meet Cute" kupiłam tylko dlatego, że Amazon zaoferował cenę jednego dolara, a chciałam zobaczyć, czy moja niechęć do opowieści romantycznych będzie również obecna przy formach krótszych (książka jest zbiorem opowiadań).
O "Kobiecie w oknie" A.J.Finn i "Niedźwiedziu i słowiku" Katherine Arden wiem tylko tyle, ile zdołałam przeczytać na blogach tudzież zobaczyć na youtubie. Postanowiłam jednak, że wypadałoby się przekonać, czym to to jest i czy rzeczywiście warte jest swojego rozgłosu (plus okładka tej drugiej książki jest śliczna, podoba mi się bardziej niż wydania anglojęzycznego).
To tyle, jeśli chodzi o zakupy książkowe. Wiem, niektórzy powiedzą, że osiem pozycji to nadal dużo, ale dla mnie jest to stosik wyjątkowo niewielki, plus w połowie składający się z komiksów, więc ten tego. Przejdźmy zatem do czytelniczego posumowania miesiąca.
Na zdjęciu brakuje książki Trevora Noah, którą przekazałam w chętne ręce Mamy, a także "Gałęzistego" Artura Urbanowicza, którą czytałam w formie elektronicznej.
Tutaj również jest gorzej, niż w marcu, który był miesiącem rekordowym pod względem ilości przeczytanych książek, ale takie spowolnienie tempa chyba było mi potrzebne. Szkoda tylko, że mniejsza ilość pozycji (osiem bez wliczania arbooka do "Haikyuu!!, którego przeczytać się nie da ze względu na zawartość składającą się w dziewięćdziesięciu procentach z obrazków) nie równała się większej ilości recenzji, ale cóż poradzić, gdy do wyboru jest pisanie lub spanie, zwycięzca może być tylko jeden.
"Dear Martin" Nica Stone'a to poruszająca opowieść o młodym czarnoskórym Amerykaninie, który boryka się z traumą po bezzasadnym i brutalnym aresztowaniu przez policję, a także z ogólną znieczulicą i rasizmem, wszechobecnym z społeczeństwie amerykańskim. Recenzję mam nadzieję pewnego dnia napisać, na razie powiem tylko tyle, że o ile tematy poruszane przez autora są ważne i dające do myślenia, o tyle nie do końca przekonał mnie język pisarza i postać głównego bohatera.
Dla odmiany Trevor Noah w swoim "Nielegalnym" przekonał mnie wszystkim, i językiem, i humorem, i zaskakującą ilością informacji na temat apartheidu, o którym do tej pory niewiele wiedziałam. Więcej o książce znajdziecie w jednej z niewielu recenzji napisanych w kwietniu, o tu.
Jako wielbicielkę horrorów, którą od czasu do czasu nachodzi ochota na maratony filmowe tego gatunku (spędzam wtedy godziny przed ekranem komputera, aż ogarnia mnie znieczulica i przestaję się bać), wyjątkowo mało ruszają mnie opowieści przerażające w formie pisanej. Owszem, zwłaszcza wieczorami ogarnia mnie nieprzyjemne uczucie bycia obserwowaną, a wyobraźnia w każdym cieniu widzi potwora, ale przyzwyczaiłam się już do tego, że właśnie słowo nieprzyjemny najlepiej określa moje doświadczenie z taką literaturą. Także "Rosemary's Baby" Iry Levina tym słowem bym określiła, przy czym dodałabym trochę o świetnym budowaniu napięcia, zupełnym niezestarzeniu się opowieści i uczuciu, że rzeczywiście ma się do czynienia z klasyką.
Obie polskie pozycje - "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział" Tomasza Marchewki i "Gałęziste" Artura Urbanowicza - to powieści debiutanckie, w którym widać duży potencjał autorów, ale i pewne niedociągnięcia warsztatowe (u Marchewki z budowaniem napięcia i postaci, u Urbanowicza z językiem i postaciami). Myślę jednak, że warto sięgnąć po te książki, by przy kolejnych pozycjach zaobserwować rozwój obu pisarzy.
Ostatnią z napisanych w kwietniu recenzji była ta o "Thunderhead" Neala Shustermana. Autorowi udało się coś, co nie jest wcale częste w przypadku cykli książkowych - drugi tom jest lepszy niż pierwszy! Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona, w jakim kierunku przebiegł nie tylko rozwój fabuły, ale i rozwój głównych bohaterów. Wszystkim, którzy zastanawiają się, czy sięgnąć po polskie wydanie, które albo już, albo za chwilę ma się na polskim rynku pojawić, mogę powiedzieć, że warto.
Na koniec zostawiłam sobie "Golden Son" Pierce'a Browna, drugiej części trylogii "Red Rising", do której recenzji jeszcze nie napisałam, ale którą zachwyciłam się niesamowicie, podobnie jak trzecim tomem przeczytanym już w maju. Cóż to była za jazda, co za emocje! Dawno już nie czytałam książki science fiction, która tak by mnie poruszyła. Nadal nie ochłonęłam do końca, ale gdy w końcu wezmę się za recenzję, możecie spodziewać się dużej ilości ochów i achów.
Podsumowanie gwiazdkowe
trzy książki ★★★
trzy książki ★★★★
jedna książka ★★★★★
Po raz pierwszy w tym roku nie udało mi się spełnić postanowienia noworocznego dotyczącego czytania 1/3 book haula z poprzedniego miesiąca. Na czternaście książek kupionych w marcu udało mi się przeczytać w kwietniu zaledwie cztery. Wstyd! Za to pojawiły się na liście przeczytanych dwie pozycje polskich autorów, a "Rosemary's Baby" zasiliło kwartalne wyzwanie czytelnicze Kirimy dotyczące klasyki.
Jak wyglądał Wasz kwiecień? Udało się przeczytać te książki, których ukończenie sobie zaplanowaliście? Mam nadzieję, że maj będzie dla Was miesiącem czytania w plenerze, bo pogoda zachęca do pikników z ukochanymi książkami jak nigdy.
Etykiety:
anglojęzyczne,
book haul,
fantastyka,
horror,
japońskojęzyczne,
komiks,
kryminał,
manga,
młodzieżówka,
opowiadania,
podsumowanie,
science fiction,
ya
wtorek, 1 maja 2018
Majówkowy maraton czytelniczy BookAThon - wiosna 2018
Majówka rozpoczęta, pogoda za oknem piękna, koteł szaleje na balkonie, słowem marzenie. W moim wypadku co prawda krótkotrwałe, bo od czwartku pracuję, ale pierwsze dwa dni planuję spędzić na nicnierobieniu, spaniu i czytaniu książek. Niech ktoś mi powie, że mało ambitna ze mnie bestia, no śmiało!
Majówkowy BookAThon to tygodniowy maraton czytelniczy, którego autorkami są Karolina Żebrowska i Ewelina Mierzwińska, a trwać on będzie od wtorku do niedzieli (01-06.05). Organizatorki przygotowały trzy wyzwania czytelnicze, a także wyzwania instagramowe. Chciałabym powiedzieć, że przy tak skromnych wymaganiach ukończę BookAThon z palcem w nosie, ale praca może stanąć na przeszkodzie. W każdym razie lista TBR została wybrana i prezentuje się następująco↓
① Przeczytaj 500 stron (przeczytaj jedną grubą książkę, która ma co najmniej 500 stron)
Tutaj jak znalazł wpasowała się moja obecna obsesja, czyli "Morning Star" Pierce'a Browna, trzeci tom jego cyklu science fiction opowiadającego historię świata, w którym zdrada, miłość, chciwość i zemsta przeplatane są wielkimi bitwami w kosmosie i w trzewiach planet, a Wasza uniżona czytelniczka nie może się od pochłaniania strony za stroną oderwać. Książka ma 530 stron, grubasek jeden.
② Książka na poprawę nastroju (przeczytaj książkę, która jest wesoła, humorystyczna lub jej tematyka wprawia Cię w dobry humor)
Ponieważ czasu w majówkę mam niewiele, postanowiłam sięgnąć po mangę. Tym razem na tapecie znalazła się przesłodka historia przygód starszego pana, który staje się właścicielem grubiutkiego kocura nazwanego przez niego Fukumaru. Uwierzcie mi, bardziej kochanej i wprawiającej w dobry humor historii dawno nie widziałam. No bo sami zobaczcie!
③ Książka odłożona na bok (przeczytaj książkę, która kiedyś została przez Ciebie odłożona na bok)
Tutaj naginam trochę wyzwanie, bo "Legion" Brandona Sandersona teoretycznie zaczęłam czytać i nie skończyłam, ale tak naprawdę wygląda to nieco bardziej skomplikowanie. Otóż przeczytałam pierwsze z dwóch opowiadań zawartych w tym zbiorze w wersji elektronicznej po angielsku i nie miałam bladego pojęcia, że jest ich więcej. Dopiero gdy kupiłam sobie wersję papierową po polsku zdałam sobie sprawę, że choć teoretycznie "Legion" przeczytałam, w praktyce została mi połowa książki. Do teraz stała sobie ona cicho na półce z innymi opowieściami Sandersona, aż wreszcie zdarzył się ten maraton i to wyzwanie, dzięki któremu nie tylko przypomnę sobie to, co już znam, ale poznam inne przygody Stephena Leedsa i jego zatłoczonego umysłu.
Wyzwania instagramowe również chciałabym wypełnić, bo nagrody prezentują się naprawdę zachęcająco, ale oznaczałoby to potrzebę wyjścia z mieszkania, a dla mnie dwa dni wolnego to świętość, czas, który spędzam z kotełem na kolanach na ulubionej kanapie. No nic, pożyjemy zobaczymy.
A Wy, drodzy Odwiedzający, bierzecie udział w majówkowym maratonie? A może po prostu spędzicie pierwsze dni miesiąca gdzieś w otoczeniu przyrody, z przyjaciółmi, rodziną i ulubioną książką w ręce?
Majówkowy BookAThon to tygodniowy maraton czytelniczy, którego autorkami są Karolina Żebrowska i Ewelina Mierzwińska, a trwać on będzie od wtorku do niedzieli (01-06.05). Organizatorki przygotowały trzy wyzwania czytelnicze, a także wyzwania instagramowe. Chciałabym powiedzieć, że przy tak skromnych wymaganiach ukończę BookAThon z palcem w nosie, ale praca może stanąć na przeszkodzie. W każdym razie lista TBR została wybrana i prezentuje się następująco↓
① Przeczytaj 500 stron (przeczytaj jedną grubą książkę, która ma co najmniej 500 stron)
Tutaj jak znalazł wpasowała się moja obecna obsesja, czyli "Morning Star" Pierce'a Browna, trzeci tom jego cyklu science fiction opowiadającego historię świata, w którym zdrada, miłość, chciwość i zemsta przeplatane są wielkimi bitwami w kosmosie i w trzewiach planet, a Wasza uniżona czytelniczka nie może się od pochłaniania strony za stroną oderwać. Książka ma 530 stron, grubasek jeden.
② Książka na poprawę nastroju (przeczytaj książkę, która jest wesoła, humorystyczna lub jej tematyka wprawia Cię w dobry humor)
Ponieważ czasu w majówkę mam niewiele, postanowiłam sięgnąć po mangę. Tym razem na tapecie znalazła się przesłodka historia przygód starszego pana, który staje się właścicielem grubiutkiego kocura nazwanego przez niego Fukumaru. Uwierzcie mi, bardziej kochanej i wprawiającej w dobry humor historii dawno nie widziałam. No bo sami zobaczcie!
③ Książka odłożona na bok (przeczytaj książkę, która kiedyś została przez Ciebie odłożona na bok)
Tutaj naginam trochę wyzwanie, bo "Legion" Brandona Sandersona teoretycznie zaczęłam czytać i nie skończyłam, ale tak naprawdę wygląda to nieco bardziej skomplikowanie. Otóż przeczytałam pierwsze z dwóch opowiadań zawartych w tym zbiorze w wersji elektronicznej po angielsku i nie miałam bladego pojęcia, że jest ich więcej. Dopiero gdy kupiłam sobie wersję papierową po polsku zdałam sobie sprawę, że choć teoretycznie "Legion" przeczytałam, w praktyce została mi połowa książki. Do teraz stała sobie ona cicho na półce z innymi opowieściami Sandersona, aż wreszcie zdarzył się ten maraton i to wyzwanie, dzięki któremu nie tylko przypomnę sobie to, co już znam, ale poznam inne przygody Stephena Leedsa i jego zatłoczonego umysłu.
Wyzwania instagramowe również chciałabym wypełnić, bo nagrody prezentują się naprawdę zachęcająco, ale oznaczałoby to potrzebę wyjścia z mieszkania, a dla mnie dwa dni wolnego to świętość, czas, który spędzam z kotełem na kolanach na ulubionej kanapie. No nic, pożyjemy zobaczymy.
A Wy, drodzy Odwiedzający, bierzecie udział w majówkowym maratonie? A może po prostu spędzicie pierwsze dni miesiąca gdzieś w otoczeniu przyrody, z przyjaciółmi, rodziną i ulubioną książką w ręce?
Subskrybuj:
Posty (Atom)


